Współczesne kobiety wychodzą na ulice. Wspierają się w walce z nierównością płci. Opowiadają w internecie o przypadkach, kiedy spotkały się z szowinizmem. Coraz śmielej manifestują swój sprzeciw wobec seksizmu. A co mogły zrobić ich koleżanki sprzed trzydziestu lat? Wyjść na kort tenisowy, jak Billie Jean King.

 

Wojna płci, choć tytuł mógłby sugerować nam, że to kolejna komedia romantyczna, nie należy do tego gatunku. Opowiada bowiem o… meczu tenisowym rozegranym w 1973 roku między Billie Jean King (Emma Stone) a Bobbym Riggsem (Steve Carell). Ale to nie sport jest najważniejszym punktem tego filmu, a seksistowska polityka obecna nie tylko w Narodowej Lidze Tenisa Stanów Zjednoczonych, ale dotykająca amerykańskie (i nie tylko) kobiety na każdym kroku. W duchu rewolucji obyczajowo-seksualnej również tenisistki zaczynają walkę: o płace, które będą odpowiadały tym przyznawanym w męskim tenisie, o poważne traktowanie, o szacunek. Na ich czele staje najbardziej wówczas rozpoznawalna, pozostająca na pierwszym miejscu w światowym rankingu Billie Jean King. Początkowo starająca się dotrzeć do grubych tenisowych ryb racjonalnymi argumentami, ostatecznie zostaje wciągnięta w medialną grę. Prowokatorem staje się Bobby Riggs – były czempion w męskim tenisie ziemnym, uwielbiający przebywać w świetle reflektorów szowinista i kanciarz.

Przez film jesteśmy prowadzeni z perspektywy Billie Jean King. Razem z nią cieszymy się z każdej wygranej i denerwujemy, kiedy ranga kobiecego tenisa jest umniejszana. Bardzo dobre odegranie tej roli przez Emmę Stone pozwala nam całkowicie dać się pochłonąć opowieści. Dokładnie tak, jak jej bohaterka jest pochłonięta przez świat sportu. I pomimo tego, że romantyczny tytuł filmu może być dość zwodniczy, w Wojnie płci, obok głównego, feministycznego wątku, pojawia się także wątek miłosny. Choć można odnieść wrażenie, że jest on potraktowany po macoszemu, to zdaje się to być o tyle zrozumiałe, że Billie Jean King stawiała swoje uczucia zawsze dopiero po grze w tenisa. Płytkie relacje głównej bohaterki zarówno z mężem (Austin Stowell), jak i z kochanką (Andrea Riseborough) są w tym przypadku uzasadnione – to tenis ma tutaj pierwszeństwo.

Postać Billie Jean King twórcy filmu budują także na zasadzie kontrastu. Tytułowa „wojna płci” zdaje się objawiać nie tylko na korcie, na którym spotka się dwójka jej uczestników, ale również w ich charakterach. Ona – skupiona na treningach, chroniąca swoje życie prywatne, walcząca o równouprawnienie. On – celebryta, ekstrawertyk, dla którego prywatność wymienia się na pieniądze, a kobieta najlepiej wygląda w kuchni. Mimo tego, że ich mecz staje się ogromnym wydarzeniem medialnym, czasami bardziej przypominającym cyrkową arenę, to w umysłach Amerykanów ma bardzo symboliczny wydźwięk. Koniec szowinizmu i nierówności płci – tak rysuje się wizja idealnego świata, który ma się utworzyć, jeśli tylko wygra kobieta.

Mimo że momentami trudno jest uwierzyć w to, że film jest oparty na prawdziwych wydarzeniach, a kwestie wypowiadane przez męskie postaci były w tamtych czasach społecznie akceptowane, to podkreślić trzeba fakt, że nie bez przyczyny Wojna płci pojawia się w kinach właśnie teraz. Zachowania pokazane na ekranie nie są bowiem echem przeszłości, a raczej przestrogą i wezwaniem do obudzenia się ze snu, w którym nierówność płci dawno nie istnieje. Idylliczna wizja aktywistek takich, jak Billie Jean King, cóż… wciąż pozostaje idylliczna. Właśnie dlatego warto oglądać tak pełne kobiecej siły filmy, jak Wojna płci.

W POLSKICH KINACH OD 8 GRUDNIA!

 


Recenzowała: Aleksandra Matusik