Zmęczony po zajęciach wracasz na stancje lub do akademika, a najgorszą rzeczą która cię spotyka wcale nie jest stos brudnych naczyć w zlewie: obcy ludzie korzystający z twojej łazienki, kolega którego trzeba pilnie zawieźć na SOR z poparzoną ręką czy żywa świnia witająca cię chrumkaniem. Brzmi nierealnie? A jednak, studenckie życie wśród szalonych domowników i właścicieli „widzimisię” przypomina koło fortuny – albo się uda, albo nie.

 

Studenckich historii jest tak wiele, że można by pokusić się o wydanie obszernej książki, w której każdą stronę czytałoby się z otwartymi ustami.

– Kolega szukał mieszkania na wynajem we Wrocławiu. Znalazł pokój w samym centrum. Cena była zadziwiająco niska – jakieś 400 złotych. Jedynym zastrzeżeniem w ofercie było to, że w mieszkaniu jest zwierzę. Stwierdził, że w ogóle mu to nie przeszkadza, więc umówił się na spotkanie z właścicielką, która również tam mieszkała. Na klatce schodowej zapachy były dość dziwne, trochę jak w kurniku, ale przecież nikt kur nie trzyma w bloku w centrum Wrocławia. Wszedł dalej, zapukał do drzwi. Właścicielka otworzyła, ale nie sama. Zaraz przy jej nodze stanęło zwierzę, o którym mowa była w ofercie. Jak się okazało to żaden pies ani kot tylko… świnia! Zwykła, polska świnia hodowlana. Kolega podziękował za wynajem pokoju mimo niskiej ceny. (Monika)


– Kiedyś zatkała nam się toaleta, i to po imprezie, na której mnie akurat nie było. Na początku chcieliśmy sami to naprawić, więc do akcji wkroczył przepychacz. Nie pomogło. Zalewaliśmy „kretem” muszlę chyba ze trzy razy. Pewnego dnia, kiedy „kret” był w środku, mój wspaniały chłopak (też współlokator) po trzech piwkach uznał, że on to naprawi. Była około 1 w nocy, a on siedział w toalecie i walczył z muszlą. Nie wziął pod uwagę, że „kret” był w wodzie, a on wkładał do niej rękę. I nagle miałam pobudkę, bo usłyszałam, że ktoś krzyczy. I od razu pojechaliśmy do szpitala, bo poparzył sobie rękę. Tak więc półprzytomna prowadziłam auto. Na SORze czekaliśmy jakieś 2 godziny. Opatrzyli mu dłoń, posmarowali jakąś maścią. Problem w tym, że ręka nie chciała się goić z powodu chemicznego poparzenia, więc zostałam pielęgniarką do zmieniania opatrunków na jakieś 3 tygodnie. (Dagmara)


– Wróciłam z uczelni, byłam głodna, więc postanowiłam zrobić coś na szybko do zjedzenia. Otworzyłam szafkę, w której zazwyczaj trzymałyśmy mąkę, sól i cukier. Stało tam pudełko w którym zauważyłam jakiś woreczek. Trochę mnie to zdziwiło, bo nie pamiętam żebym coś tam wkładała. Kiedy je otworzyłam, nie mogłam uwierzyć. Zaczęłam krzyczeć, z pokoju przybiegła koleżanka i razem stałyśmy jak wryte, bo w tym pudełku było gniazdo z larwami moli. Były ich miliony. To była najbardziej obrzydliwa rzecz jaką widziałam w życiu. Wygląda na to, że słabo ostatnio sprzątałyśmy. Potem nie dziwił nas już fakt, że co jakiś czas małe, białe gąsienice wiły nam się po suficie w kuchni. Fuj! Nie wiem co nam też strzeliło do głowy, bo zamiast od razu wyrzucić worek z robalami, zostawiłyśmy go przed drzwiami wyjściowymi. Następnego dnia rano były wszędzie, a koleżanka latała z miotłą żeby je wszystkie sprzątnąć z sufitu. (Ola)


– Wynajmowałyśmy z koleżanką dwa pokoje jednoosobowe, trzeci stał wolny. Właścicielka nie nalegała żeby ktoś tam mieszkał, więc mogłyśmy śmiało korzystać z całego mieszkania. Wprowadziłyśmy się tam jakoś w październiku. Kiedy była przerwa międzyświąteczna, ja wyjechałam do Zakopanego wraz z rodzicami, a współlokatorka planowała zostać do Sylwestra we Wrocławiu. Nagle dostałam od niej telefon: „Anka, tu jacyś ludzie weszli łazienkę rozbierać! Chcą nas wyrzucić z mieszkania, bo podobno kupili i mają umowę! Co mam robić?!”. Zadzwoniłyśmy więc do osoby, z którą my także miałyśmy podpisaną umowę wynajmu i okazało się, że pani, która podawała się za właścicielkę mieszkania, była tylko siostrą prawnego właściciela, który przebywał za granicą i w międzyczasie sprzedał mieszkanie nie informując nikogo o tym. I nagle wszyscy byli bezradni: nowi właściciele (no bo co oni winni) i pani od wynajmu (udająca przejętą). A my? My miałyśmy po prostu się wynieść. (Ania)


– Współlokatorki, z którymi mieszkałam, miały przeurocze doniczki w kolorach żółtym, zielonym i czerwonym, które trzymały na parapecie, na zewnątrz, przy drzwiach wejściowych. Hodowały w nich konopie. Zawsze po „dymnej sesji” ze znajomymi u nich w pokoju, z lodówki znikało w tajemniczych okolicznościach moje jedzenie. Pewnego dnia przyszedł do mnie właściciel z kolorową doniczką w ręce i przyciszonym głosem spytał, czy to konopie. Nie chciałam być konfidentem, ale starszego pana nie miałam serca okłamywać, więc odpowiedziałam, że chyba tak. „Już kilka im wyrzuciłem” – odparł. – „Te też wyrzucę”. (Beata)


– Właściciel był starym kawalerem, który jawnie nie znosił kobiet i z tego powodu nieraz, kiedy coś zepsuło nam się w mieszkaniu (na przykład ogrzewanie w środku zimy) przez kilka dni w ogóle nie reagował i mówił, że mamy radzić sobie same. Przez tydzień spałyśmy po dwie w jednym łóżku pod kilkoma kołdrami, a kąpać się chodziłyśmy do znajomych albo na siłownię. Przed dniem naszej wyprowadzki był akurat mecz Polska-Szwajcaria. Na drugi dzień właściciel miał przyjechać po klucze o godzinie 11. Nie dotarł na czas, więc zadzwoniłyśmy, a on powiedział ze już jest w pociągu i będzie za 20 minut. O 12 znowu zaczął kręcić, że się spóźni, ale nie podał powodu. Dopiero kiedy zadzwonił do niego tata naszej współlokatorki (facet myślał, ze jesteśmy same w mieszkaniu) przyznał, że upił się z okazji meczu, jeszcze nie wytrzeźwiał i jednak go nie będzie. Ostatecznie kazał nam wysłać klucze pocztą, a zaliczki nie oddał nam do dzisiaj. W ostatnim telefonie powiedział tylko „kocham was moje laseczki” (Natalia)

Ilu studentów, tyle historii. Jedno jest pewne. Za kilkadziesiąt lat każdy będzie mógł sobie pomyśleć: „Chyba jednak mam o czym opowiadać swoim wnukom”.

 


Autor: Adrianna Świątkowska
Zdjęcie: Karolina Zdyb