Rozmowa z pisarką Nadią Szagdaj, urodzoną i mieszkającą we Wrocławiu.

Debiutowała powieścią fantasy „Przepowiednia”. Jest autorką trylogii „Kronik” o młodej detektyw, Klarze Schulz, która tropi seryjne zbrodnie. Napisała również „Love” – psychologiczny thriller o dziennikarce prowadzącej śledztwo w sprawie zaginięcia koleżanki z liceum. 17 lutego ukaże się kolejna książka z Klarą Schulz w roli głównej – „Nowe śledztwa Klary Schulz. Tajemnica Nathaniela”.

Daniel Stojanowski: Kim była Nadia Szagdaj przed wydaniem wszystkich książek?

Nadia Szagdaj: – To jest dobre pytanie. Jeszcze nikt mi takiego nie zadał. Tak mi się wydaje, że już siebie nie pamiętam sprzed tych książek. Pamiętam tylko tyle, że kiedy zaczęłam pisać pierwszą książkę, pisałam ją dla dzieci. Pisałam teksty piosenek, wiersze, dużo czytałam. Ale to czytanie powodowało u mnie niechęć do sięgania po kolejną książkę, bo w końcu chciałam coś swojego. Napisałam  więc „Przepowiednię”. Kiedy się ukazała, pojawiła się zupełnie inna Nadia Szagdaj, inaczej funkcjonująca w świecie pisarskim. Pierwsze wrażenie to było zachłyśnięcie się debiutem. Tym, że jestem taka super, bo mnie wydano.

Że jestem pisarką.

– Tak. Po czym okazało się, że to zupełna nieprawda. Kiedy telefony się urwały, przestano wysyłać do mnie zaproszenia na wywiady, stwierdziłam, że wypadałoby znowu coś napisać. I od tamtej pory publikuję co roku.

Jesteś odważna?

– Nie sądzę.  Nie jestem tak odważna, jak bohaterki moich książek.  One są też bardziej przebojowe, choć staram się trzymać je w ryzach. Co prawda są moim odbiciem lustrzanym, ale bez tej przebojowości nie byłyby tak ciekawe.

Lubisz dużo robić. Czy to wynika z myślenia „jak nie spróbuję, to się nie przekonam”?

– Też. Po pierwsze, to jest mój sposób na przełamanie wszelkich lęków. Dlatego planuję zrobić kurs na lotnię. Uwielbiam eksplorować, poznawać empirycznie, odczuwać wszystkie emocje, nawet te związane ze strachem. Po drugie, jestem niestała w uczuciach. Jednego dnia lubię prowadzić, a drugiego dnia wolę iść. Jednego dnia chcę się spotkać z ludźmi, a drugiego wyjechać w góry całkiem samej. Czasami jest tak, że porzucam pisanie na rzecz fotografii, albo fotografię na rzecz filmu, bo w danym momencie to wyraża mnie najlepiej. Próbuję gdzieś wylać emocje, które się we mnie nagromadziły, a to przybiera różną formę. Najczęściej jest to jednak książka. Ostatnio podjęłam się nauki języka rosyjskiego. Zawsze jest czas, żeby poznać coś nowego.

To dlatego, że jedna forma wyrazu nie wystarcza?

– Tak samo, jak nie umiem się zamknąć w jednym gatunku literackim, tak nie umiem się zamknąć w jednym gatunku sztuki. To jest zdrowa korespondencja sztuk, którą się wyznawało w baroku. Ten mój, że tak powiem, haremik, złożony z pasji, które są moimi żonami, nie jest dziełem przypadku. Ja muszę mieć je wszystkie naraz, żeby się łączyły, bo jedna drugą inspiruje. A one muszą się mną dzielić.

Jak dużą rolę w Twoim pisaniu odgrywają sny? „Przepowiednia” i postać Klary Schulz wzięły się ze snu.

– Grają bardzo dużą rolę. One w pewnym sensie generują pomysł, który w danym momencie biorę na siebie. Są moją inspiracją. Ale zauważyłam ostatnio, niestety, że pojawiają się, kiedy jestem wypoczęta, co się rzadko zdarza. Jesteś pierwszą osobą, która to usłyszy. W październiku zaczęłam pisać książkę też opartą na śnie, ale kiedy przyśniłam coś lepszego, to momentalnie ją zostawiłam po kilkunastu stronach i zaczęłam pisać inną. Ten nowy sen był tak ciekawy i tak wyrazisty, że zdecydowałam się pójść za ciosem.

Pierwszy jest sen, a potem research, czy kreślenie treści?

– Potem jest momentalne kreślenie treści. Im szybciej zacznę pisać, tym szybciej się w ten sen wkręcę. Uważam, że pod względem miejsca, powinnam się skupić na Wrocławiu, wtedy nie muszę robić researchu i idzie mi lepiej. Jeżeli go robię, to przeważnie do Klary. Mimo to, miejsce zbrodni, które opisałam w „Love”, istnieje naprawdę. Musiałam tam pójść, wszystko zobaczyć, uruchomić wyobraźnię.

Wolisz pisać rano, czy wieczorem?

– Piszę, kiedy mam wenę. Lubię pisać w nocy. Kiedy piszę rano, lubię to robić w knajpie. Zupełnie nie przeszkadza mi to, że ludzie rozmawiają. Czasami się zdarza, że jak jest grubo po terminie, albo termin się zbliża i muszę pisać, to nie zawsze wychodzi. Jak napiszę 20 stron, to nie przerywam, bo  czuję, że dobrze mi idzie. Jak już zaczynam pisać bzdury, i wiem, że to jest złe, przerywam. Czasami jest tak, że sklecę jedno zdanie i kończę, bo czuję, że to nie będzie to.

Długo myślisz nad pierwszym zdaniem?

– Przy Klarze Schulz tak. Pierwsze zdanie z reguły zawsze opisuje Wrocław.

Specjalnie wczoraj sprawdziłem. W pierwszej części Klary, pierwsze zdanie brzmi: „Klara stała i obserwowała zwłoki delikatnie kołyszące się na linie”.

– Chodzi mi bardziej o sceny. Czy to jest brama, czy jej dom, czy ulica. Wtedy muszę się długo zastanawiać, jak to wtedy wyglądało, gdzie można było zaparkować automobil. W książce, którą teraz piszę, a która nie jest osadzona w żadnym konkretnym miejscu, nie zastanawiam się nad tym. Tym bardziej, że to jest pierwsza książka, którą piszę w osobie pierwszej, w formie wspomnienia. Jestem ciekawa, jak mi to wyjdzie. Najważniejsze jest, żeby pisać, nie przerywać, eksperymentować.

Twoje bohaterki rozwiązują sprawy często mając kaca, albo nawet pijąc alkohol. Jaką on gra rolę?

– Tak jak powiedziałam, one mają dużo ze mnie, więc ja czasami na planie filmowym też jestem wczorajsza.

Czyli jak piszesz, to gdzieś obok jest szklaneczka koniaku?

– Koniaku nie cierpię, natomiast pasuje mi do Klary, bo ona sięga raczej po męskie atrybuty. Ona uważa, że wino byłoby dla niej za słabe. Pamiętam, że jak w okresie pisania „Przepowiedni” imprezowałam w domu z jakimś towarzystwem, w którymś momencie stwierdziłam, że mam wenę i będę pisać. Pomyślałam: – Jeśli to okaże się najlepszym fragmentem w tej książce, to zostanę alkoholikiem, obiecuję. Ale następnego dnia wszystko poszło do kosza.

Premiera kolejnej książki z Klarą Schulz: 17.02.2017r.

Jesteś muzykiem. Czy pisząc, słyszysz głosy swoich bohaterów w głowie?

– Zdecydowanie. Kiedy się denerwują, nie widzę ich twarzy, tylko słyszę podniesiony głos i intonację. To sprawia, że jestem w stanie wyobrazić sobie ich emocje. Dlatego wydaje mi się, że moi bohaterowie nie mają szczególnie bogatej mimiki. Słyszę dialogi, więc jest ich dużo.

Wspominałaś o syntezie sztuk. Bycie śpiewaczką operową, filmowcem i fotografem ułatwia pisanie?

– To mnie bardzo inspiruje. Zdjęcie, które zrobię, może być motorem do opisu miejsca. Aczkolwiek w Klarze korzystam ze starych zdjęć, które ktoś już zrobił. Po napisaniu książki, jej treść inspiruje mnie do zrobienia filmu. Mój film przeważnie jest bardzo artystyczny. Spełniam się jako reżyser.

Właśnie miałem pytać, czy musisz czuć władzę w ręku.

– Niestety tak. Lubię dominować, lubię szefować i, niestety, robię to też w domu. To nie rzutuje najlepiej na moje stosunki ze współpracownikami, ale jednocześnie mam wpływ na efekt końcowy i biorę na siebie 80 procent odpowiedzialności. Mam taką świadomość, że jak coś pójdzie nie tak, to będzie moja wina, ale sama też będę wiedziała, jak to naprawić.

Między debiutancką powieścią, a pierwszą Klarą, były 4 lata przerwy. Blokada pisarska? 

– Nie, raczej formalne trudności. Po „Przepowiedni” podpisałam z nowym wydawcą kontrakt i dali mi trzy miesiące na napisanie książki. Oni chyba nie przypuszczali, że naprawdę dam radę, więc nie wzięli mnie pod uwagę w budżecie.

Czyli napisanie tego kryminału, to było sprawdzenie siebie?

– Kryminał wziął się z tego, że zaczęłam odkrywać Breslau, fotografować Stare Miasto i dlatego umieściłam tu Klarę. Ale zależało mi, żeby znalazła się w tym najpiękniejszym mieście, czyli przed I Wojną Światową.

Otwarcie przyznajesz, że Klara to Ty. Dlatego, że łatwiej pisze się o sobie?

– Tak, szczególnie, kiedy trzeba napisać coś złego. Bo oszkalować kogoś jest łatwo, ale można wyciągnąć też błędne wnioski.

Ale przecież możesz oszkalować kogoś, kogo nie ma. 

– No właśnie to już nie jest takie proste. Mam pewne typy zachowań, których nie lubię u ludzi. Jeżeli chcę nabrać dystansu do swojej postaci i chcę, żeby była z krwi i kości, to najlepiej, żebym pisała o rzeczach, które mnie denerwują w samej sobie.

Łatwiej sobie wtedy z nimi radzisz?

– Zdecydowanie. Wiele różnych emocji, które targają Klarą, to są absolutnie moje emocje. Jestem w stanie przyznać, że strach mnie paraliżuje. Że zatykam nos i usta, żeby nie było słychać, jak oddycham. Że chodzę na palcach, uginając całe ciało. Ona robi to samo. Większość postaci, które są w moich książkach, istnieją naprawdę. W pierwszej Klarze jest postać Jaana Brycka, która ma swój pierwowzór w człowieku, który ma całkiem podobne nazwisko. Znalazł się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. 

Jesteś trochę wredna.

– Na pewno, ale Klara też jest.

Co z Iną z „Love”? Jest dziennikarką po rozwodzie, z długami, nie może pisać tekstów, bo właśnie ma tę blokadę.

– Długi przerobiłam sama. Po rozwodzie nie jestem, aczkolwiek moje małżeństwo do kryształowych nie należy i też mogę czerpać z niego inspiracje. Mój mąż bardzo dobrze o tym wie, więc to żadna tajemnica i śmiało możesz o tym pisać. Chociaż ja nigdy… Nie. Był taki moment, że po jednej niedobrej sytuacji w życiu miałam problem z pisaniem. Natomiast pisarz pracuje na ogół wtedy, kiedy jest nieszczęśliwy i łatwiej przychodzi mu pisanie o ludzkiej niedoli. Jeżeli kiedyś nie będę w stanie pisać, to uznam, że jestem zbyt szczęśliwa i trzeba coś zmienić.

Problem z pisaniem to tragedia?

– Na pewno, to byłaby wielka tragedia. Uważny obserwator, który angażuje się w życie publiczne, kulturalne, rodzinne, polityczne, tematy ma na ziemi. Trzeba zacząć rozmawiać, bo zawsze jest o czym. Wszystko co się dzieje, jest dobrym tematem, żeby go opisać. Ale w razie czego są pozostałe pasje-żony. Mam nadzieję, że one ode mnie nie odejdą.

Klara uwielbia Breslau, chociaż mówi o „nieśmiertelnym zaścianku”. Akcja dzieje się w tym mieście. Skąd miłość do niego?

– Urodziłam się tutaj, wychowałam. Pamiętam wszystkie remonty. Obserwowałam to miasto od początku i bardzo mi się podobało. Mam to szczęście, że mam rodziców, którzy dali mi więcej, niż się spodziewałam.

Więcej dali niż ja im dałam?

– Myślę, że teraz im oddaję. Staram się oddawać z nawiązką, bo dali mi poczucie wdzięczności, swobody, a jednocześnie miałam na uwadze, że dzięki tej swobodzie mogę ich zawieść. Moja mama urodziła się w tym samym mieście. Zawsze mówiła, że ono jest brzydkie i brudne. W okresie buntu nastoletniego chciałam na przekór jej pokazać, że to miasto może się podobać. Nauczyłam ją postrzegać je w inny sposób. Może trochę przez moje książki, a może przez stare zdjęcia. Teraz można powiedzieć, że jest fanką tego obecnego Wrocławia. Cała sytuacja dobrze się skończyła. Dałam sobie inspirację do napisania całkiem ciekawych kryminałów.

Który Wrocław jest lepszy? Ten z początku XX wieku, czy obecny?

– Kiedyś na pewno był zupełnie inny. Sentyment powoduje, że może faktycznie było ładniejszy. Natomiast to, co się stało, jeśli chodzi o architekturę, ma ogromny urok. Szczególnie z perspektywy osoby, która tutaj mieszka od zawsze. Ale czasami nie nadążam. Po powrocie z trzeciej wizyty w Berlinie uznałam, że panuje tu syf i można by było coś z tym zrobić. Nie chcę też demonizować. Jak wracam z Londynu, to się cieszę, bo Wrocław jest przyjemniejszy.

Jak już tak spacerujesz po tym mieście, widzisz bramy, zakątki, zakamarki, to w głowie rodzą się pomysły na zbrodnie?

– Zabrzmi to okrutnie, ale do zbrodni bardziej inspirują mnie sytuacje z życia. Czyli prawdziwi zbrodniarze, których złapano i odbywają wyroki. Tak było z pierwszą częścią „Kronik Klary Schulz”, w której są trzy autentyczne zabójstwa i zrobiły one na mnie ogromne wrażenie. Te ciemne bramy aż tak na mnie nie działają. Myślę, że najciekawszym miejscem na zbrodnię jest otwarta przestrzeń, w dzień uczęszczana, a w nocy już nie.

Stawiasz się tylko w roli głównej bohaterki, czy też w roli mordercy? A może to jest „ja, Klara” albo „ja, Ina” i „on, zbrodniarz”? 

– Najśmieszniejsze jest to, że moi zbrodniarze mają te cechy, które mi podobają się w ludziach najbardziej. Może to głupio zabrzmi, ale możesz to śmiało napisać – mam jakiś pociąg do drani. Nie czekam na księcia na białym koniu.

Ludzie są z natury dobrzy, czy źli?

– Uważam, że człowiek jest z natury okrutny. Bo człowiek od dziecka zabija, na przykład mrówki. Jesteśmy drapieżnikami. Natomiast to, czy potrafimy z tym walczyć, czyni nas ludźmi. Spełniając siebie, trzeba myśleć, czy nie krzywdzimy innych. I nie krzywdzić siebie, myśląc o innych. Bycie człowiekiem to wyrzeczenie się tego okrucieństwa, czyli tego, o czym piszę. Mamy wolę, dzięki której możemy się temu nie poddać.

Wierzysz w dobro ludzi?

– Ja w ogóle wierzę w ludzi, to jest moja jedyna wiara, jaką wyznaję. To, że ludzie mogą zmienić ten świat. I zawsze podkreślam, że moja wiara jest codziennie wystawiana na próbę.

Spotkałaś już jakiegoś boga między ludźmi?

– Wydaje mi się, że my wszyscy jesteśmy trochę boscy i rościmy sobie prawo by układać świat, co nie powinno mieć miejsca. Powinniśmy z nim współpracować, żyć z nim. Genetyka dała nam tę szansę, powinniśmy z tego skorzystać.

Budzisz się rano, jesz śniadanie, idziesz na siłownię. Jakie masz pragnienia?

– Dużo rzeczy robię po to, żeby przeżyć sto lat. Sto jeden. Żeby móc powiedzieć, że sto lat temu było inaczej. Móc ocenić z perspektywy czasu, co się zmieniło, bo jestem ciekawa, jak ten świat będzie wyglądał. Moim największym pragnieniem jest pozostać nieśmiertelną. Ale nieśmiertelną będę tylko wtedy, kiedy pozostawię po sobie coś wielkiego. I na to staram się cały czas pracować. Z tych książek można sobie zbudować schody do nieśmiertelności.

Kim Nadia Szagdaj jest dziś?

– Nadia Szagdaj dzisiaj jest spełnioną mamą. Żoną, która w miarę możliwości stara się funkcjonować w tej roli. Jestem też osobą, która nie przestaje się uczyć. No i dzisiaj, Nadia Szagdaj na pewno jest kimś, kto podaje w formularzu osobowym w rubryce „zawód” – pisarz. Od drugiej książki wiedziałam, że to będzie moje być albo nie być.

 


Rozmawiał: Daniel Stojanowski