Co by się stało, gdyby Piękną i Bestię wyciągnąć zza szklanego ekranu animacji? Gdyby zamienić las i wielką posiadłość na realia zeszłego wieku i obecne konflikty? W Kształcie wody można zobaczyć nie tylko multitematyczny kolaż, ale również sceny, o których nie śniło się wytwórni Disney’a…

Może się wydawać, że twórcy idą własnym tropem tworząc markę z historii znanej z dziecięcych lat. Przedstawiają czołowe zderzenie realizmu z baśniowością. Nie jest to jednak śmiercionośny wypadek, a raczej wybuch supernowej. Do rządowej bazy, w której pracuje niema sprzątaczka Elisa, zostaje przewieziony materiał do nowego eksperymentu. Postać o boskich mocach przypomina mutanta z głębin oceanicznych. Gość zostaje przywitany dawką tortur od agenta Stricklanda. Gdy rządowi naukowcy zastanawiają się jak wykorzystać przybysza do walki z Sowietami, między nim a Elisą rodzi się więź, która później prowokuje najbardziej zadziwiające sytuacje. A im głębiej w Kształt wody, tym więcej surrealizmu.

Wszyscy pozytywni bohaterowie tworzą plejadę outsiderów, więc każdy typ człowieka znajdzie coś dla siebie. To przekłada się również na składniki fabuły. Amerykański sen lat 60. połączono z dreszczowcem, kryminałem, rasizmem, biblijnymi toposami, baśniami i sporą ilością seksu z tworem nadprzyrodzonym, a to nie wszystko! Takie połączenie może się okazać albo nadzwyczajnie niewłaściwe, albo niesamowicie piękne. Choć Guillermo del Toro w świecie reżyserii jest znany z nieopłacalnych filmów, tym razem stworzył coś niepowtarzalnego. Wydaje się, że takie zróżnicowanie prędzej przyprawi o przemęczenie materiału i przejedzenie, a pozostawia niedosyt a nawet głód. Wszystko tworzy spójną, angażującą całość, choć wydaje się niespójne. Do oryginalnej historii dochodzi powalająco płynny montaż. Kolory i muzyka budują klimat i nastrój, który zostaje z widzem na resztę wieczoru.

Kształt wody można określić jako hymn dziwaków. Del Toro oprócz niemej bohaterki do historii dodaje homoseksualnego intelektualistę, hetero Afroamerykankę, kalekę i konspiracyjnego agenta o wielkim sercu. Staje w ich obronie nadając nowy wymiar pojęciu ideału. Tworzy autorski film, który walczy o Oscary, a jednocześnie podoba się społeczeństwu. Nic dziwnego, urocza Sally Hawkins (Elisa) dzięki świetnej grze aktorskiej wprowadza widza w stan bohaterki i pokazuje, że najważniejsze relacje nie wymagają słów, a jedynie uczuć i gestów. Słowem – największym potworem jest człowiek. Oprócz tego Octavia Spencer i Richard Jenkins nadają lekkość i łatwo przyswajalny dowcip, a demoniczny Michael Shannon po raz kolejny pokazuje, że został stworzony, by być czarnym charakterem. To tylko kropla w morzu zalet. Tę produkcję trzeba po prostu zobaczyć, bo dzięki del Toro każdy odnajdzie swój Kształt wody.

 

 

 


Autor: Joanna Kowalska

Zdjęcia: filmweb.pl, kinodrom.pl