Coroczny wyścig szczurów po statuetkę złotego człowieka z mieczem trwa. Spekulacji już wydaje się być za dużo, więc postanowiłyśmy dolać do tego koktajlu nieco własnych opinii i tak zapraszamy na nasze subiektywne recenzje wybranych filmów, które – prawdopodobnie – zostaną nominowane do Oscara w kategorii Najlepszy Film – piszą Justyna Kościółek i Justyna Tkaczyńska.


  1. Pasażerowie, reż. Morten Tyldum

Justyna Kościółek: To nie jest oscarowy film


… ale jest dobrym blockbusterem. Mimo sporadycznych szlochów Jennifer Lawrence, która płacząc wygląda jak strzyga, to Pasażerowie naprawdę trzymają poziom.


Aktorstwo: Zarówno Chris Pratt, jak i JLow nie są moimi faworytami jeśli chodzi o role roku, to oglądało się ich – o dziwo – całkiem dobrze. Obydwoje zrozumieli swoich bohaterów i naprawdę oddali dramatyzm, który w tej historii ma największe znaczenie.
Scenariusz: Do samej fabuły przyczepić się nie można. Dwoje ludzi uwięzionych w kosmicznym statku pasażerskim budzi się na kilkadziesiąt lat przed zakończeniem podróży. Prom oczywiście jest popsuty, jednak zarówno załoga, jak i pozostali podróżnicy, śpią. Statek naprawić trzeba, ale dzięki Bogu Jim jest mechanikiem i na dodatek potrafi sadzić drzewa w podłogach. Do tego scenarzyści dodali jakże oczywisty i nieunikniony wątek romantyczny, kochaną postać drugoplanową w formie androida Arthura i tak przyciągnęli miliony widzów do kin.

Scenografia i reżyseria: Trudno pisać o scenografii w filmie nakręconym na greenscrenie. Wnętrza statku za to były przerażająco nowoczesne – w większości składające się z pustki, szarych bądź białych ścian i ledowych lamp, których scenografowie nie poszczędzili (były nawet pod łóżkami). Tę pustkę dobrze uchwycił reżyser, często wybierając kadry, gdzie postać nie miała znaczenia wobec wszechogarniającej nicości.
Efekty specjalne: Jak w każdym filmie typu lecimy-statkiem-na-inną- planetę-ale-po-drodze-prawie-giniemy efekty są zachwycające. Przestrzeń kosmiczna zbudowana jest perfekcyjnie, czuć jej głębię i przestwór.
Podsumowanie: Z kina wyszłam z wieloma pytaniami, ale sam film naprawdę przypadł mi do gustu jako komedia romantyczna z dużą dozą akcji. Nie jako film oscarowy.

7/10

Justyna Tkaczyńska.: Jakbym mogła, nagrodziłabym Oscarem za efekty specjalne

źródło: movietvtechgeeks.com

Aktorstwo: Po każdej kolejnej produkcji z udziałem Jennifer Lawrence utwierdzam się w mojej opinii na jej temat: ona nie gra filmowych bohaterek, ona się nimi staje. Tym razem nie było inaczej. Między nią, a odtwórcą męskiej głównej roli – Chrisem Prattem jest wyraźna chemia. Śledzenie ich losów w towarzystwie androida-dżentelmena (Michael Sheen) to czysta przyjemność.

Scenariusz: 5000 osób decyduje się opuścić Ziemię, aby po 120 latach w stanie hibernacji na statku kosmicznym Avalon dotrzeć na jeszcze niezaludnioną planetę Homestead II. Na skutek nieprzewidzianych okoliczności Jim Preston i Aurora Lane budzą się o 90 lat za wcześnie. Do czego będą w stanie się posunąć, mając perspektywę spędzenia reszty życia w kosmosie bez możliwości kontaktu z Ziemią? Podczas seansu „Pasażerów” nie sposób się nudzić. Fabuła trzyma widza w napięciu od samego początku do końca. Całość dopełnia „kosmiczna” muzyka Thomasa Newmana.

Scenografia: Nowoczesny, zautomatyzowany statek kosmiczny o jasnych, przestronnych wnętrzach – zachwyca. Przez cały film chciałam się na nim znaleźć!

Efekty specjalne: Robią ogromne wrażenie, zwłaszcza ujęcia statku z zewnątrz i spacery bohaterów po kosmicznej przestrzeni.

Podsumowanie: Idealna propozycja dla fanów hollywoodzkich widowisk. To nie jest dobry wybór, jeśli mamy ochotę doszukiwać się w filmie piętnastego dna i prawdy o życiu, chociaż niektóre wątki poruszają kwestie moralne i etyczne. Moim zdaniem fantastyczny, bardzo przypadł mi do gustu, ale nie sądzę, żeby Akademia przyznała statuetkę za najlepszy film. Duże szanse mają aktorzy i jak wcześniej wspomniałam – efekty specjalne.

7.5/10


  1. Przełęcz ocalonych, reż. Mel Gibson

Justyna Kościółek: Ckliwa opowieść dla fanów historii

Kolejny film wojenny o bohaterze z ideałami, które są na bakier z rzeczywistością. Ile można? Fani tematyki drugiej wojny światowej zapewne się zakochali, jednakże ja, jej antyfanka, pytam – nie wystarczy Wam Szeregowiec Ryan?

Aktorstwo: Ryzykownie dobrani aktorzy na czele z Andym Garfieldem poradzili sobie dobrze. Jako swoista kompania braci stworzyło wianuszek charakterów, gdzie niemal każdy może znaleźć kogoś, z kim można się utożsamić. Dlaczego niemal każdy? Ja nie znalazłam, bo kobietom pozostaje wybór między piękną Dorothy a Bertą Dhoss…

Scenariusz: Jak już wcześniej pisałam, opiera się na walce o utrzymanie własnych przekonań, które w wojsku są nie do pomyślenia – odmowa posługiwania się bronią na polu walki to niezbyt mądra decyzja w okolicznościach otaczających Desmonda. Jednak on postanawia udowodnić, że i bezbronny człowiek w wojnie może stać się bohaterem i podejmuje wyzwanie uratowania jak największej liczby osób. W skrócie – kolejny patetyczny film kreujący (co prawda fikcyjnego) amerykańskiego bohatera.

Scenografia i reżyseria: Mel Gibson nie miał dużego budżetu do dyspozycji – 45 milionów dolarów to mało, zważając na kwestie scenografii, kostiumografii i charakteryzacji. Dlatego ten element raczej jest skromny, jednak praca kamery częściowo zakrywa ubogość planu i ujęcia dalej są przekonywujące.

Efekty specjalne: Wybuchy, strzały, dym, płomienie… Nic wielkiego. Pirotechnicy dali radę, dźwiękowcy utrzymali wiarygodność nagrań i w wysadzane miny uwierzyć można.

Podsumowanie: Film po prostu mnie nie zachwycił. Nie przepadam za historiami z jednej strony obijającymi się o bohaterstwo, a z drugiej strony starającymi się dostarczyć jak najwięcej emocji związanych z jakiegokolwiek typu walką. Niestety się nudziłam.

5/10

Justyna Tkaczyńska: Totalne rozczarowanie

Poglądy i wartości zakazują żołnierzowi używania broni. Jak przetrwa na polu walki? Dobry pomysł na film. Niestety, niewykorzystany.

Aktorstwo: Andrew Garfield – można go pokochać za „Spiderman’a”, a znienawidzić za „Przełęcz ocalonych”. To prawdopodobnie kwestia granej postaci, a nie wina aktora, bo problem nie polega na tym, że był nieprzekonujący. Czy twórcy musieli wykreować postać Desmonda Dossa na anemicznego chłopaka, który mówi jakby miał się zaraz rozpłakać? Grana przez Teresę Palmer Dorothy, (bardzo) delikatnie mówiąc, nie wzbudza sympatii. Rozchwiana emocjonalnie ładna dziewczyna, która sama nie wie, czego chce. Jeden z niewielu pozytywów filmu to postać Kapitana Glovera (Sam Worthington). Zdecydowany, silny charakter. Glover budzi respekt, a nie śmiech, jak sierżant Howell, który jest parodią surowego przełożonego.

Scenografia i reżyseria: Potencjał ciekawej historii został zmarnowany przez dobór aktorów i przerysowanie postaci, ale jeśli chodzi o scenografię, kostiumy itp. przyczepić się nie można. Wizualny aspekt filmu udany, również ze względu na kolory, które pasują do stylu epoki, bohaterów.

Efekty specjalne: Jak w większości filmów ze scenami walki, dość realistyczne bomby, strzały i wybuchy.

Podsumowanie: Nie rozumiem zachwytów nad tym filmem i mam nadzieję, że nie zachwyci on Akademii Filmowej. Podczas seansu ja też się wynudziłam, a bardzo lubię tematykę wojenną.

5/10


  1. Aż do piekła, reż. David Mackenzie

Justyna Kościółek: Rodzinny dramat w kowbojskim kapeluszu

Znając Akademię, zapewne dla dzieła Davida Mackenzie poświęcone zostanie kilka statuetek. W końcu to historia o rabunku, którego powodem jest desperacka walka o własne życie. Podczas oglądania od razu skojarzył mi się z Witaj w klubie z 2013 – jasne, historie inne, ale trącają tę samą nutę w widzach – współczucie.

Aktorstwo: Tutaj aktorzy są przezroczyści, w tym pozytywnym znaczeniu: żaden z dobranych artystów nie zwrócił mojej uwagi irytującą manierą czy brakiem odpowiednich reakcji. Niestety żaden też nie wyróżniał się w drugą stronę.

Scenariusz: Dwoje mężczyzn, wcześniej karany Tanner oraz jego brat, Toby, by ocalić rodzinną farmę decydują się na skok na bank. Okazuje się, że z rabunkiem jest jak z tatuażami – zrobisz jeden, to na pewno zdecydujesz się na kolejny. Tak główni bohaterowie wpadają w niemałe kłopoty, a w ślad za nimi rusza Marcus, następca Chucka Norrisa. Cała historia to nie moja bajka, jednak wywołuje niemałe emocje i porywa od pierwszych minut.  

Scenografia: Pustynie Teksasu, nisko zabudowane miasteczka i szerokie kadry autorstwa Mackenzie dają wrażenie ogromnej pustki. Sam wybór miejsc nie był wyjątkowy bądź wybitny, ale na pewno wszystkie lokacje wpasowały się w klimat opowiadanej historii. Dodać muszę, że montażyści dali radę i obraz ma świetną koloryzację.

Efekty specjalne: Film nie jest nimi okraszony, jednak przy scenach rabunku oczywiście się przydały. Nie wyróżniają się zbytnio na tle innych tego typu filmów.

Podsumowanie: Podczas oglądania na pewno się nie wynudziłam, mimo niechęci do filmów około rabunkowych. Polubiłam bohaterów, a scenarzyści potrafili sprawić, bym mogła ich także zrozumieć. Dodatkowo, plakat filmu jest beznadziejny – prezentuje trend półprzezroczystych twarzy obecny w latach osiemdziesiątych i poważnie zniechęca.

8/10

Justyna Tkaczyńska: Pozytywne zaskoczenie współczesnym… westernem.

Spróbuj, nawet jeśli nie spodobał ci się „Strażnik Teksasu”, czy „Za garść dolarów”.

Aktorstwo: Ben Foster i Chris Pine w nietypowej dla siebie roli okazali się dobrze dobranym duetem. Bankowi rabusie, których… da się lubić! Szczególnie grany przez Pine’a Toby, który wzbudza współczucie jako, co prawda zagubiony, ale o dobrym sercu człowiek. Drugim udanym, zabawnym duetem są policjanci – Jeff Bridges i Gil Birmingham.

Scenariusz: Dwaj bracia o skomplikowanej sytuacji rodzinnej rabują okoliczne banki. Dla Tannera, który niejednokrotnie siedział w więzieniu to niekonwencjonalne hobby, ale Toby robi to dla swojej rodziny. Na przestępców „polują” Marcus i Alberto – wiecznie sprzeczający się ze sobą policjanci. Trudno się nudzić podczas oglądania tego filmu.

Scenografia i reżyseria: Piękne ujęcia przestrzeni Teksasu, klimatyczna muzyka (Nick Cave), kostiumy i amerykańskie bary sprawiają, że możemy poczuć się, jakbyśmy naprawdę trafili na Dziki Zachód. Dodatkowym „smaczkiem” są sceny z drugoplanowymi, żeby nie powiedzieć epizodycznymi postaciami: pierwszy napad, scena rabunku z odważnym dziadkiem, czy ta z średnio profesjonalną kelnerką.

Podsumowanie: Wciągający, dobrze wykonany film. Uważam, że zasłużył na wyróżnienie nagrodą. Nie tylko dla fanów westernów!

7/10


  1. La La Land,  reż. Damien Chazelle

Justyna K.: Musical jak każdy inny

Ale grają w nim znane twarze, więc musimy się zachwycać. Taka właśnie presja, mam wrażenie, panuje podczas oglądania La La Landu. Film, nawet jeśli nadaje się na oscarowego kandydata do Best Picture, to po prostu na samą statuetkę nie zasługuje.

Aktorstwo: Emma Stone i Ryan Gosling, którzy już tyle taśm filmowych dzielili, i tym razem pokazują, że nie obcy im romans na ekranie. Oczywiście muszę docenić ich odwagę – nie każdy tak znany aktor zdobyłby się na taniec i śpiewy – wychodzi im to nawet całkiem dobrze. Najważniejsze jest to, że mi nie przeszkadzali, ale chyba pozostanę przy ich występie w Crazy, Stupid, Love.

Scenariusz: Oryginalny, ale niestety spadł z wysokiego konia. Autor chciał napisać dramat romantyczny, któremu przygrywałby jazz, jednak nie udało się to w stu procentach. Wątek jazzu gdzieś w tle przepadł, a ten z historią początkującej aktorki Mii Dolan został aż za dobrze potraktowany (można było darować sobie kilka scen). Jednak romantyczna strona filmu bardzo mnie zadowoliła – wydaje mi się, że to pierwszy tego typu film, którego zakończenie nie jest cukierkowe. Bardzo spodobała mi się przestawiona na końcu koncepcja innego zakończenia; nieco przypomniała mi  Efekt Motyla.

Scenografia: Wzgórza Los Angeles i małe, kameralne wnętrza – lubię takie rozwiązania. Cieszę się, że ogromna większość filmu w kadrze miała lokacje zewnętrzne i że scengorafowie nie katowali mnie wyszukanymi wnętrzami.

Muzyka i choreografia: Miałam wrażenie, że piosenki były oderwane od scenariusza. Nawiązywały do niego w jakiś sposób, jednak czasem, w danym kontekście i momencie historii, wydawały się jak z innej bajki – szczególnie scena otwierająca film… Wyglądała jak hit klasy A, tej bollywoodzkiej. Podobne odczucia miałam, jeśli chodzi o scenę w obserwatorium. Taniec w kosmosie? Zaraz obok Jowisza? Wołajcie Aurorę i Jima, niech im dadzą kombinezony z tlenem.

Podsumowanie: Jak na kogoś, kto nie lubi musicali i ogólnie piosenek w filmach, naprawdę dobrze się bawiłam. Ale znów, jak przy Pasażerach – ten musical nie zasługuje na Oscara. Nie niesie w sobie nic prócz rozrywki, ani porywającej historii, ani muzyki, która chwyta za serca. Po prostu… jest. I zgarnia nagrody w większości za nic.

6/10

Justyna T.: Nie dostał tych 7 Złotych Globów za nic.

„Za głupców, którzy marzą!”, czyli bajka z fabułą dla trochę starszych

Aktorstwo: Sprawdzony duet w swojej najlepszej (z dobrych) odsłonie. Stone jako aspirująca aktorka, która wiecznie czeka na „oddzwonienie” i Gosling – artysta, pasjonat jazzu, który broni tej świętości przed profanacją kultury popularnej. To się nie mogło nie udać. Oboje fenomenalnie wcielili się w swoje postacie, czyniąc je barwnymi, ciekawymi osobowościami. P.S. Co Ryan Gosling ma w sobie takiego, że podoba się prawdopodobnie 99.9% kobiet?

Scenariusz: Prawdziwie bajkowy: książę Sebastian wkracza do szarego świata Mii, aby przywrócić jej wiarę w marzenia. Pojawia się nawet scena jak z „Kopciuszka”. Po tym jak Mia zdjęła buty do tańczenia, Sebastian zanosi je do jej karety – Toyoty Prius. Urzekająca, ciekawa historia dwójki dorosłych ludzi, którzy nie zatracili jeszcze dziecięcego zapału do spełniania marzeń i ideałów. Przysparza im to trochę kłopotów życiowych, związanych z utrzymaniem, bo nie odnajdują się w zwykłej, nudnej pracy i przyziemnych obowiązkach.

Scenografia i reżyseria: Kalifornia, wieczne lato i palmy. Okolice kawiarni, w której pracuje główna bohaterka to uliczki z miejscami, znanymi z klasycznych filmów. Wieczorami klimatyczne jazzowe kluby na obrzeżach. Reżyser zabiera widza na wycieczkę po Los Angeles, podczas której trudno się tym “City of Stars” nie zachwycić. Kolorowe mieszkanie, które Mia dzieli z przyjaciółkami i amerykański samochód retro Sebastiana to po prostu perełki. Ciekawe i wymowne podzielenie filmu na dwie części – bajkową, magiczną, w której jest więcej scen śpiewanych i drugą: bardziej przyziemną.

Muzyka: Idealnie wpasowuje się w bajkowo-magiczny klimat filmu i pomaga w zarażeniu nim widza. Nie mogę przestać słuchać soundtracku, przy którym nawet sprzątanie staje się przyjemniejsze. Aktorzy sprostali muzycznemu wyzwaniu. Nie obyło się jednak bez wpadek – uniesienie (dosłownie) bohaterów na chmurkę było po prostu śmieszne. No i co właściwie miała oznaczać pierwsza scena? Dopiero po chwili zorientowałam się, że to już film…

Podsumowanie: Propozycja zdecydowanie wyróżniająca się w 2016. Piękne widowisko, które ma przekonać widza, że warto marzyć i spełniać te marzenia. Zawsze doceniam filmy (i nie tylko), które mają dużą siłę oddziaływania na odbiorcę, a ten z pewnością taki jest. Z kina wyszłam zachwycona. „La La Land” zasługuje na niejedną statuetkę i z pewnością je otrzyma.

9/10


Niestety nie dane nam było obejrzeć wszystkich proponowanych przez znawców obrazów – szczególnie żałujemy braku możliwości zobaczenia Moonlight i Manchester by the Sea. Mimo wszystko przygotowałyśmy to zestawienie – przewodnik po najsilniejszych zawodnikach. Jesteśmy ciekawe jakie są wasze typy i już nie możemy się doczekać 24 stycznia, kiedy okaże się, czy nasze przewidywania były trafne.

 

Autorki | Justyna Kościółek i Justyna Tkaczyńska