Na Grunwaldzie, przy ulicy Marii Curie-Skłodowskiej 40, w latach 1957-1982, żył i pracował wybitny wrocławski pisarz Tadeusz Kurtyka, kojarzony też jako Henryk Worcell. 

Był szanowanym, lubianym starszym panem – byłym prezesem wrocławskiego oddziału Związku Literatów Polskich i… tajnym współpracownikiem UB oraz SB.

Ale po kolei.

Wiadomo, że przed 1940 rokiem pracował jako kelner. W czasie przerw czytał „Sonatę Kreutzerowską”. Kiedy Michał Choromański, jedna z czołowych postaci przedwojennego życia literackiego, dowiedział się, że kelner nie tylko czyta, ale i pisze pamiętnik, zaczął zachęcać go do nauki i literatury. I to on wymyślił mu pseudonim – Henryk Worcell.

Najtrudniejszym okresem w życiu Kurtyki/Worcella były lata 1943-1945, gdy został wywieziony jako przymusowy robotnik do Niemiec. Po wojnie wrócił na swoją ziemię, ale miał poważny problem – nie wiedział, co ze sobą zrobić. Zabrał się za pisanie powieści, która miała opowiadać o jego doświadczeniach podczas pracy przymusowej. Fragment ukazał się w październiku w 1945 roku w „Tygodniku Powszechnym” zatytułowany: „Wojna skończy się o północy”. W momencie, gdy postanowił, że jego wspomnieniowe dzieło jest w zawieszeniu, wrócił do pracy w gospodarstwie.

Jednak pióro cały czas było mu bliskie. Niebawem jego reportaż pt.: „Gorący dzień w Heinzendorfie” został opublikowany w „Odrze”. Kontynuował też pisanie powieści „Odwet”. Sam mówił, że cieszy go praca nad nią, jednakże czuł lęk przed dalszym ciągiem twórczości. Temat powieści był dla niego jeszcze zbyt świeży. Nie umiał zdobyć odpowiedniego dystansu. Skończył ją w 1948 roku pod zmienionym tytułem „Wotan odjechał pociągiem” i przesłany do wydawnictwa Czytelnik, które zaakceptowało ją do druku.

We Wrocławiu był uznawany. Zygmunt Jakubiszyn o Kurtyce napisał: „W środowisku literatów wrocławskich cieszy się on autorytetem i jest lubiany przez wszystkich, ze swoimi poglądami postępowymi nie ukrywa się. Nigdzie nie pracuje, a utrzymuje się tylko z wydawnictw”. Jest to wypowiedź z 1955 roku, co potwierdza, że jego osoba już wtedy była znacząca dla miasta.

Kiedy zmarł w 2005 roku, wrocławski pisarz Stanisław Srokowski napisał we wspomnieniu: „I oto zabrakło nam tego starszego, o uważnym, dociekliwym spojrzeniu pana, którego  można było spotkać na Świdnickiej lub w Klubie Związków Twórczych i podjąć z nim rozmowę o życiu i literaturze”.

Pozostały po nim dzienniki i pamiętniki, w których zawarł żywy obraz lat 1964-1982. Szkoda jednak, że żaden wydawca nie spieszy, by je opublikować.

Teadusz Kurtyka, Henryk Worcell, dom, Wrocław, pisarz, kultura
Dom, w którym mieszkał Kurtyka.

Autor: Małgorzata Adamczewska