Idąc na Wyspę Psów, najnowszą produkcję Wesa Andersona, nie wiedziałam dwóch rzeczy: że jest to najbardziej wyczekiwana premiera tej wiosny, oraz że zamiast aktorów na ekranie zobaczę… lalki. I na pozór bajkową historię, w której nie brakuje ironii na temat współczesnej rzeczywistości.

O Wesie Andersonie usłyszałam w dniu polskiej premiery Wyspy Psów, jak na prawdziwego filmowego laika przystało. Wybierając się na jego najnowszą produkcję z polecenia osoby, która kinem zajmuje się zawodowo, postanowiłam nie nadrabiać swoich braków wiedzy dotyczących biografii, dorobku i estetyki reżysera, tylko podejść do najbardziej wyczekiwanej premiery tej wiosny bez jakichkolwiek oczekiwań, poza jednym – chciałam się na nim dobrze bawić. Pozbawiona możliwości doszukiwania się autorskich smaczków i oczek puszczanych do widzów przez reżysera, postanowiłam poszukać czegoś, czym produkcja mnie zauroczy, i znalazłam rzeczy niemało.

Pieskie życie

Wyspę Psów otwiera prolog, w którym dowiadujemy się o tragicznym losie, jaki spotkał w przeszłości te czworonogi. W skrócie poznajemy historię upadku ich wolności oraz statusu na rzecz kotów, faworyzowanych przez wpływowy ród Kobayashi, którego przedstawiciel jest burmistrzem Megasaki, miasta, które staje się punktem wyjściowym dla właściwej historii. Jest to metropolia bliskiej przyszłości (bo oddalona od współczesnych nam czasów jedynie o dwadzieścia lat do przodu), która nękana jest nadmierną liczbą psów, zarażonych psią grypą, której wirus staje się niebezpieczny również dla ludzi. Burmistrz Kobayashi ogłasza stan wyjątkowy i nakazuje zesłać wszystkie psy na Wyspę Śmieci, oddalone i odgrodzone od miasta wysypisko. Jako pierwszy na wyspie zjawia się Ciapek – pies – stróż Atariego Kobayashi, nastoletniego podopiecznego burmistrza.

Psy wprowadzają na wyspie własny porządek, a głównymi bohaterami filmu jest wataha samców alfa, wabiących się: Król, Książę, Reks, Szef i Wódz. Walczą oni o przetrwanie, a pewnego dnia zauważają, że na wyspie rozbił się samolot z człowiekiem. Tym sposobem na wyspie zjawia się Atari w celu odnalezienia Ciapka. Wataha pomaga mu w tym celu, a poszukiwania chłopca w Megasaki oraz szum medialny wokół planu całkowitej eksterminacji psów stają się impulsem dla Walter, uczennicy, do zabrania głosu w sprawie czworonogów. Wszczyna ona śledztwo, które ujawnia spisek, jaki został zawiązany przeciwko psom.

Kadr z filmu "Wyspa psów", reż. W. Anderson

Produkcja zachwyca wizualnie już od pierwszych kadrów. Technika animacji poklatkowej, jaką została ona wykonana, została doprowadzona do najwyższego poziomu pietyzmu. Falująca sierść psów, płynność ruchów postaci, ich plastyczność sprawiają, że już na samym początku ma się ochotę bić brawa za wykonanie. Post-apokaliptyczna sceneria Wyspy Psów, na której rozgrywa się większość akcji, została wyeksponowana dzięki silnemu kontrastowi brązujących, ciepłych barw wysypiska i zwierząt z białym niebem.

Mały Książę w stylu japońskim

Wes Anderson zgrabnie żongluje motywami ze sztuki czy stereotypami. W prologu psy płyną na Wielkiej Fali w Kanagawie, a rozbijający się Atari przywodzi na myśl Pilota z historii o Małym Księciu. Postaci ludzi zostały ukazane stereotypowo – Japończycy wzruszają się za każdym razem, gdy ktoś powie haiku, a Amerykańska uczennica jest aż nadto wścibska i hałaśliwa. Anderson nie wyśmiewa się z tych przywar, tylko humorystycznie je przerysowuje, pokazując, że nikt nie jest idealny.

Poświęćmy jednak trochę uwagi psom, najważniejszym bohaterom filmu. Historię śledzimy głównie z ich perspektywy (do tego stopnia, że tak jak one nie rozumiemy, co mówi Atari – jego kwestie nie są tłumaczone z języka japońskiego), poznając ich punkt widzenia na świat i na relację człowiek-zwierzę. Czworonogi tęsknią do swoich panów, bycia udomowionym, przeżywają miłości, należą do zupełnie różnych środowisk (Szef był psem maskotką drużyny baseballowej, a Gałka to piękna wystawowa suczka), mają różnorodne talenty i zdolności (tutaj warto zwrócić uwagę na świetnie skonstruowane postaci dwóch psów-jasnowidzów, w tym puga umiejącego odczytywać przepowiednie wyroczni, którą jest telewizja). Ciekawe odwrócenie punktu widzenia sprawia, że możemy go lepiej zrozumieć, jednocześnie dystansując się od problemu.

Wyspa Psów to animacja, która pod przykrywką komizmu i absurdu pokazuje, jak bardzo rządy potrafią manipulować swoimi obywatelami do uzyskania własnych celów – choć wniosek ten pozostawiam do interpretacji każdemu widzowi z osobna.


Tekst: Nina Paśniewska

Zdjęcia: materiały prasowe Wyspy Psów