Słowo „licencjat” na pierwszym roku studiów znaczy tyle co nic. Na trzecim staje się słowem przewodnim, słowem klątwą. Słowem, Którego Nie Wolno Wymawiać.

Z licencjatem jest tak, jak z pierwszą sesją na studiach – nie wiadomo z czym to się je, dopóki nie przeżyje się tego na własnej skórze. Przeżycie to może okazać się dość traumatyczne. Jak więc napisać licencjat, dobrnąć do obrony i nie zwariować?

A…?

Początkowo zaczyna się niewinnie, choć nie bez pierwszych objawów stresu. Wybór promotora. A kogo wybrać? A czy to dobry wybór? Tego znam, tego nie znam… A do kiedy mamy czas? A jaki temat pracy? A czy ten promotor będzie orientował się w tym temacie?

Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B

Potem przychodzi pierwsze seminarium, czyli badanie gruntu. Wtedy dopiero dowiadujemy się, jak będzie wyglądała nasza praca z wybranym promotorem. Promotorzy z kolei mają bardzo różne style bycia i „promotorowania”.

Jedni oczekują systematycznej pracy, drudzy – dadzą wolną rękę. Jedni będą ponaglać do oddawania poszczególnych etapów pracy, podczas gdy inni o ustalonych terminach przypominać się nie będą. Są promotorzy, którzy w razie dylematów doradzą, podpowiedzą, pomogą znaleźć dodatkową bibliografię. Są też tacy, którzy wypuszczą nas na szerokie wody samodzielności i pozwolą nam poprowadzić pracę licencjacką po naszemu.

W sytuacji krytycznej, kiedy współpraca będzie układała się jak o grudzie, można wystąpić z wnioskiem o zmianę promotora. Ze względu na niezgodność charakterów.

Można też przyjąć sytuację tak, jak jest. Najważniejsze przecież do napisać pracę i oddać ją w terminie. No właśnie…

C, czyli czemu nie zabrałam/-em się za pisanie wcześniej?

Choć w teorii na napisanie pracy licencjackiej mamy cały trzeci rok studiów, to w zdecydowanej większości przypadków proces pisania zaczyna się dopiero wtedy, gdy zostaje nam mniej niż miesiąc. Niby nie ma spiny, są drugie terminy (czyli bronienie się we wrześniu), jednak z drugiej strony w perspektywie stoją trzy miesiące wakacji ze spokojną głową.

Niby można sumiennie usiąść i zacząć pisać. Fragmentami. Na spokojnie. Sumiennie i systematycznie. Jednak oprócz pisania licencjatu, jest jeszcze życie. Studenckie życie, bo dawno niewidziani znajomi zapraszają na wspólne wyjście.  Życie uczelniane, bo semestr trzeba jakoś zaliczyć. Życie zawodowe, bo w pracy pożar, trzeba zrobić coś z terminem na wczoraj, a licencjat dopiero za pół roku.

Z zabraniem się do pisania budzimy się więc zdecydowanie za późno. I co teraz? Wrzesień czy spokojne wakacje. A często nawet nie tyle wakacje, co po prostu myśl, żeby mieć już to wszystko za sobą.

Myśl ta motywuje nas do tego stopnia, że piszemy z nadzieją i wbrew nadziei. Nawet gdy z czterech tygodni zostały nam nagle cztery dni do ostatecznego terminu oddania pracy. Nieprzespane noce, hektolitry wlewanej w siebie kawy i energetyków, nieobecności na zajęciach, skurcze nadgarstków od stukania w klawiaturę, nerwowe zerkanie na zegarek. Potem tysiąc maili do promotora, jeszcze bardziej nerwowe czekanie na odpowiedź, lista poprawek do wprowadzenia. I od początku – nieprzespane noce, hektolitry kawy i energetyków, nieobecności…

Finalnie – zwycięstwo. Praca zostaje przyjęta przez promotora. To jednak jeszcze nie koniec.

Dziekanat. Ostatnia bitwa

Kiedy już, wydawałoby się, ostatni i najgorszy etap licencjatu mamy za sobą, okazuje się, że wcale nie to było najgorsze. Trzeba jeszcze przejść ostatnią próbę – Absolutną Próbę Dziekanatu, w skrócie nazywaną APD.

Przedmiotu, który przygotowałby nas na to, jak ją przejść, w programie studiów nie umieszczono. Instrukcję, a właściwie kilka instrukcji, które czasami przeczą same sobie, można znaleźć w internecie. Jest też kilka uczelnianych dokumentów, które objaśniają co i jak, jednak nikt wcześniej o ich istnieniu nawet nie wspominał.

Ten  etap przetrwają jedynie najsilniejsi. Najbardziej odporni psychicznie. Czas, przestrzeń, współtowarzysze niedoli, niekiedy nawet technologia obraca się przeciw nam. Absolutna Próba Dziekanatu potrafi zdezintegrować nawet najlepiej współdziałającą grupę studentów. A informacje na tym etapie są na wagę złota.

Najważniejsze to wgrać pracę licencjacką do systemu APD – oczywiście w formie PDF, odpowiednio opisaną – i uzupełnić o niej niezbędne informacje. Już w tym momencie warto zaopatrzyć się w amulety i dobre zaklęcia. Ochronią nas lub przynajmniej załagodzą klątwy wyrywania sobie włosów z głowy i rosnących wrzodów.

Potem rusza zdradziecka machina antyplagiatu. Bezlitosna bestia o dwóch głowach wyłapie nie tylko Inkantacje Copy-Paste’a, lecz także dłuższe cytaty, ciągi nazwisk i anglojęzyczne tytuły użyte w bibliografii. Tutaj przydaje się dobra współpraca z promotorem, który w momencie nieprzychylnego z powodu cytatów wyniku powstrzyma powikłania Uroku Paniki.

W trzecim kroku kluczową rolę odgrywa umiejętność współdziałania w grupie. Studenci ostatniego roku mają największą szansę przetrwać ostatnią próbę, dzieląc się zdobytymi informacjami. Tym, że pracę po przejściu antyplagiatu trzeba zanieść do dziekanatu. Tylko w formie „Do druku” pobranej z APD, w kartonowej oprawie, we właściwym odcieniu.

Tym, że do tego trzeba dołączyć oświadczenie o prawach autorskich w 2 egzemplarzach, w tym jedno wpięte w pracę licencjacką. Że do tego potrzebna jest też wersja elektroniczna wgrana na płycie CD w białej kopercie. Że do tego jeszcze ogólny raport antyplagiatowy z podpisem promotora (choć to ponoć zależy od promotora i od wyniku. Niektórzy promotorzy sami zanoszą lub wysyłają raporty do dziekanatu). Do tego pierwsza strona dodatkowego raportu antyplagiatowego.

Dodatkowo jeszcze raz wydrukowana strona tytułowa pracy. Dodatkowo 4 zdjęcia w stroju formalnym, czarno-białe, w wymiarach 4,5 x 6,5 cm. Do tego potwierdzenie przelewu opłaty za dyplom (każdy student ma indywidualny numer konta do wpłat, który znajdzie w USOSie).

F, G, H… aż do Z jak Zaliczenie

Potem następuje szereg kolejnych liter alfabetu – F, G, H – z reguły oznaczających nieparlamentarne wyrażenia. Z reguły z każdym kolejnym powrotem do kolejki do dziekanatu z brakującymi dokumentami. Finalnie: I Jak? – zadane przez kolegów po wyjściu z dziekanatu.

Na koniec jeszcze formalności – zaliczenie ostatniego semestru, podbicie karty zobowiązań (Gdzie też ona jest? A w ogóle, to co to takiego?) i oddanie jej do znienawidzonego już przez nas dziekanatu, pobranie protokołu potwierdzającego zaliczenie semestru, bo bez tego nie dopuszczą nas do obrony…

Potem już z górki, tylko obrona w wyznaczonym terminie. Oczywiście, z czym to się je, także okaże się dopiero, gdy przekroczymy drzwi sali egzaminacyjnej.


Autor: Karolina Stachera
Zdjęcie: mat. wewnętrzne