Po dwóch przegranych meczach z Amerykankami i Brazylijczykami, Polki kończą zmagania w tegorocznej Lidze Narodów. Mimo porażek, pojawiło się coś, czego dawno nie mogliśmy dostrzec – drużyna.

Polki w Chinach miały przed sobą bardzo trudne zadanie. W grupie znalazły się z Amerykankami i Brazylijczykami. Obie reprezentacje to absolutny top światowej światówki, zarówno w żeńskimi, jak i męskim wydaniu. Mimo to Biało-Czerwone były o krok od sprawienia niemałej niespodzianki.

W pierwszym meczy stanęły na przeciwko Amerykanek. Świetnie rozpoczęły zmagania o najlepszą czwórkę. Solidny blok i ciągła walka przyczyniły się do wygrania pierwszej partii. Potem jednak to rywalki przejęły inicjatywę. Skuteczność ataku zawodniczek Jacka Nawrockiego także szwankowała, a wszystko rozpoczęło się od sporych kłopotów w przyjęciu. Niedokładne dogrania do siatki, z którymi nawet Joanna Wołosz nie była w stanie nic zrobić.

O krok od historii

Dużą okazję do przełamania Polki miały w końcówce czwartego seta. Przy prowadzeniu Amerykanek 2:1 mało brakowało, a doszłoby do tie-breaka. Czego zabrakło? Odrobiny szczęścia i chwilami boiskowego zgrania. Warto zaznaczyć, że Wołosz dołączyła do zespołu najpóźniej, co z pewnością przyczyniło się na ich zgranie. Przegrana 1:3 w pierwszym meczu dawała szansę na pojawienie się w dalszym etapie Final Six. By tam się znaleźć potrzebne było zwycięstwo w drugim spotkaniu, a tam czekały Canarinhos.

Walki i serce nie można im odmówić

Drugi mecz Biało-Czerwone zaczęły w takim samym składzie. Na rozegraniu niezmiennie Joanna Wołosz, na ataku niezawodna Malwina Smarzek, na skrzydłach Natalia Mędrzyk i Magdalena Stysiak, na środku siatki Zuzanna Efimienko i Agnieszka Kąkolewska oraz Maria Stenzel jako libero. Zdecydowanie najmocniejszy skład, jakim na chwilę obecną dysponuje trener Nawrocki. Początek ostatniego starcia w tegorocznej Lidze Narodów wyglądał podobnie do poprzedniego. Znów odważnie, bez strachu przed siatkarską potęgą Polki dobrze rozpoczęły, wygrając otwierającą partię.

Nieoceniona Smarzek

Potem znów to słaba skuteczność ataku dała o sobie znać. Stysiak nie mogła trafić w boisko, a Smarzek coraz częściej była zatrzymywana przez brazylijski blok. Mimo to dla liderki polskiego zespołu był to kolejny historyczny mecz. Podczas trzeciego seta na liczniku punktowym Malwiny Smarzek wybiła okrągła liczba – 400 zdobytych oczek. Jest to niesamowity wyczyn polskiej siatkarki.

W trzeciej partii Polki znów wyszły na prowadzenie 2:1, pewnie wygrały tego seta i do pełni szczęścia brakowało ostatniego wykończenie. Niestety, Brazylijki znów zdołały odrobić straty. Czwarty set to ich całkowita dominacja niemalże w każdym elemencie. Na tablicy wyników pojawił się remis 2:2, a przed nimi tie-break ostatniej szansy.

W nim, mimo walki i chęci, nie udało się zbyt wiele ugrać. To rywalki pewnie dokończyły to spotkanie, wygrywając 3:2 i tym samym pozbawiając Polki szansy na dalszy udział w turnieju.

Nadzieja, jakiej dawno nie było

Choć Polki nie zdołały zakwalifikować się do strefy medalowej, to oba mecze pokazały na co je stać. Z pewnością jest nad czym pracować, ale te kilka tygodni zmagań z najlepszymi na świecie były dla nich cenną lekcją. Smarzek okazał się niezawodną liderką. Stysiak pokazała, że mimo młodego wieku warto zwrócić na nią uwagę. To samo można powiedzieć o libero Marii Stenzel. Przed siatkarkami teraz na pewno kilka dni wolnego, po to by w pełni sił wrócić do treningów i przygotowań. Sezon kadrowy dopiero się rozpoczyna.


Autor: Zuzanna Kuczyńska
Zdjęcie: Oficjalna storna Volleyball Nations League