Jeremy Lin, młody koszykarz, który wiążąc koniec z końcem obraca losy nie tylko swojej kariery czy drużyny, ale też postrzegania mniejszości azjatyckiej w USA. Jak osoba znikąd nagle znajduje się na ustach każdego fana NBA?

Aby lepiej zrozumieć fenomen Linsanity należy zobaczyć jak patowa była sytuacja New York Knicks w połowie sezonu 2011/12. Przegrali jedenaście z ostatnich trzynastu spotkań. Zarówno koszykarze, jak i fani byli sfrustrowani złą formą. Carmelo Anthony, niekwestionowana gwiazda drużyny nie radził sobie bez odpowiedniego wsparcia. Większość rozgrywających była kontuzjowana lub kompletnie bez formy. Mike D’Antoni, trener Knicks dał szansę Linowi na dłuższy występ 4 lutego 2012 roku. Chyba nawet on sam nie spodziewał się, że chłopak da takie show i zostanie bohaterem Madison Square Garden.

„Chińczyk” niech liczy na siebie

Jeremy Lin od początku miał ciężko przez swój kolor skóry. Jeszcze za czasów szkoły średniej wygrał ze swoją drużyną Mistrzostwo Stanu Kalifornia. Nie otrzymał jednak żadnej oferty od poważnych drużyn uczelnianych. Nigdy też nie dostał stypendium sportowego. Jak sam to tłumaczył:

Jeżeli byłbym czarnoskóry, to najprawdopodobniej dostałbym  pieniężną pomoc i rozwijał się w najlepszych uczelniach USA

Brak wyboru w drafcie NBA poprowadził go do tzw. D-League. Grali tam tacy jak on – koszykarze z marzeniami, często zbyt wygórowanymi. Lin był (bo grał to za dużo powiedziane) w dwóch drużynach NBA – Golden State Warriors oraz Houston Rockets, jednak w obu nie przebywał za długo. Ostatnią szansą miał być dla niego Nowy York.

– Jeżeli nie udałoby mi się w Knicks musiałbym szukać szczęścia w Europie, albo podjąć się pracy nie związanej z koszykówką – powiedział 23-latek.

Z taką mentalnością musiał podchodzić do swoich spotkań jeszcze za czasów uniwersyteckich. Pomimo dobrych wyników nigdy nie był brany pod uwagę przez skautów NBA.

Według badań z 2015 roku tylko 0,2% graczy NBA to Azjaci. „Nie powinniście grać w kosza” – dość częsty stereotyp, który Lin mógł słyszeć na swojej drodze. To jednak sprawiło, że był gotowy na momenty jak te z 4 lutego 2012 roku. Gotowy, pomimo że musiał nocować na kanapie swojego klubowego kolegi – Landry’ego Fieldsa.

Lin
Lin w koszulce drużyny Uniwersytetu Harvard. Źródło: Instagram

Początek Linsanity

Wracamy do momentu z początku. Mecz New York Knicks – New Jersey Nets. Widownia Madison Square Garden skromnie, ale ciepło wita wchodzącego na parkiet Lina.

– Nie wyglądał na przestraszonego. Wiedział, że jeżeli nie zaprezentuje się z dobrej strony, to jego przygoda z koszykówką może się skończyć po tym meczu  – powiedział agent Lina.

Boiskową determinacje koszykarza można było zobaczyć od pierwszego kontaktu z piłką. Robił wiele, o wiele więcej niż każdy myślał. Zdobywał kolejne punkty, asystował, ale przede wszystkim pomagał Knicks zwiększać prowadzenie.

„W drugiej połowie oszalał” – skomentował brat sportowca, Joseph. Widząc rozwój sytuacji na parkiecie trener D’Antoni pozwolił dać jeszcze więcej minut Linowi. Kibice przecierając oczy obserwowali jak 23-latek bierze sprawy w swoje ręce i tworzy historię. Ławka rezerwowych Knicks szalała z radości, Lin szalał natomiast na parkiecie. Robił co chciał, przedzierał się przez obronę Nets zdobywając kolejne punkty. Ostatecznie Nowy York zwyciężył 99-92, a rozgrywający zdobył 25 punktów. Nieźle jak na gościa, który przed meczem nie brał udziału w żadnych sesjach treningowych drużyny –  był tam „w razie kontuzji” któregoś z graczy.

Jedna jaskółka wiosny nie czyni

Tak jak mówi tytuł nagłówka przed Linem stały kolejne wyzwania. Komentator Walt Frazier po meczu z New Jersey zapytał „Czy jego występ zostanie zapamiętany?” Dwa dni później D’Antoni wystawił 23-latka w wyjściowej piątce na spotkanie z Utah Jazz, pierwszy raz w jego karierze. Sytuacja skomplikowała się, gdy w pierwszej połowie Carmelo Anthony opuścił parkiet z powodu kontuzji. Na meczu zabrakło również Amar’e Stoudemire’a. To dwóch z pięciu wyjściowych zawodników Knicks. Brakowało lidera. Sprawy w swoje ręce ponownie wziął Jeremy Lin.

Lin3
Lin podczas meczu przeciwko Utah Jazz. 6 lutego 2012 Źródło: Fanpage New York Knicks

Jak nakazał grać D’Antoni? Kolega z drużyny stawia zasłonę, a Lin uwolniony od obrońcy wjeżdża z piłką pod kosz, tzw. pick & roll. Dzięki tej taktyce przewaga nad Utah zaczęła rosnąć, a Jeremy i spółka kontrolowali przebieg meczu. Był poza radarem skautów. Nie znali ani mocnych, ani słabych stron rozgrywającego Knicks. Dorobek punktowy 23-latka z tego meczu to 28 oczek.

Dwa mecze to wciąż mało, ale Linsanity robił to dalej. W wyjazdowym spotkaniu z Washington Wizards miał za zadanie kryć John’a Wall’a – pierwszy wybór draftu 2010 roku (ten sam rok, w którym Lin nie został wybrany). To miało być pierwsze poważne wyzwanie dla nowego lidera Knicks. Wynik? Zwycięstwo na wyjeździe i double-double opiewające o 23 punkty i 10 asyst. Wizytówką meczu jest ten oto wsad Lina:

Cały świat cię teraz widzi

Po meczu z Wizards Lin podpisał kontrakt do końca sezonu. Wcześniej mógł znajdować się poza radarem skautów – teraz wszyscy przeciwnicy zaczęli śledzić Linsanity. No prawie wszyscy. Do MSG zawitali Los Angeles Lakers z Kobe Bryant’em na czele. Nagłówki gazet cytowały wypowiedź gwiazdora Jeziorowców mówiącą wprost, że ten nie wie kim jest Jeremy Lin i nie śledzi wszechobecnego szaleństwa. To tylko zmotywowało 23-latka do pokazania się z jak najlepszej strony. Dodatkowo, mecz miał być transmitowany na żywo w krajowej telewizji ESPN. To był idealny moment na zaprezentowanie się szerszej publiczności.

Lin grał bardzo agresywnie. Trafiał wszystko – półdystans, trójki. Najczęściej jednak wbiegał pod kosz i efektownie wykańczał akcję floater’ami nad wyższymi obrońcami. Robił jeszcze więcej niż przedtem. Wywierał dużą presję w defensywie, co przekładało się na punkty dla Knicks. Po pierwszej połowie uzbierał ich aż 18. Kobe jednak nie dawał za wygraną. Zdobywał oczka dla Lakers z sytuacji iście nierealnych.

Lin
Lin zdobywa punkty przeciwko Los Angeles Lakers. 10 lutego 2012. Źródło: Fanpage New York Knicks

Gdy mecz wkraczał w decydującą fazę Jeremy rzucił trójkę z rogu boiska, a Madison Square Garden oszalało.

– To mój ulubiony rzut z tego sezonu. Może dlatego, że wokół tego meczu był tak wielki szum – powiedział Lin.

23-latek skończył z rekordem życiowym 38 punktów (utrzymującym się do teraz, raz wyrównanym), a jego Knicks pokonali Lakers 92-85. W pomeczowej konferencji Lin zachował trzeźwość umysłu i gdy został zapytany „Jak myślisz, czy Kobe wie teraz kim jesteś?”, odpowiedział: „Nie wiem, myślę że musicie zapytać jego.” 

Granica

Ten właśnie mecz wprowadził Linsanity do mainstreamu. Każdy w Ameryce żył jego historią. Nie trzeba było śledzić koszykówki, aby móc o nim usłyszeć. Problemem był sposób z jakim odnoszono się do sukcesu Lina.

– Ameryka nie docenia Azjatów. Ameryka nie boi się nas tak, jak boi się np. muzułmanów, czy czarnoskórych. Dlatego akceptowane jest żartowanie z nas – powiedział Eddie Huang.

Reporter ESPN Anthony Frederico wydał numer gazety zatytułowany Chink In The Armor, który wyśmiewał pochodzenie koszykarza. Floyd Mayweather natomiast opublikował tweeta mówiącego:

– Linsanity było chyba najważniejszym momentem dla Azjatów mieszkających w USA mojej generacji. […] Nigdy nie widziałem tylu azjatyckich dzieciaków grających w kosza, czy idących przez miasto z takim zadowoleniem – stwierdził Jay Caspian Kang, pisarz.

(Spadająca) Gwiazda

Jeremy Lin nie zakończył swojej szalonej serii na meczu z Lakers. 14 lutego w meczu przeciwko Toronto Raptors trafił decydujący rzut, dzięki któremu wygrali 90-87. New York Knicks przegrali swoje następne spotkanie, pierwsze od momentu narodzin Linsanity. Zwycięska seria trwała 6 meczów. Do końca sezonu Lin zdobywał średnio 17,7 punktów na mecz, jednak do gry weszły kontuzję oraz… Carmelo Anthony. Pomimo otwartej aprobaty i radości sukcesem Lina, ten powiedział zarządowi Knicks, iż nie podoba mu się atencja wokół rozgrywającego i nie chce go w „swojej” drużynie.

New York Knicks postanowili też zmienić trenera. To była jedna z kolejnych próśb Anthony’ego. Mike Woodson zastąpił Mike’a D’Antoniego. Ten nie pozwalał Linowi w pełni rozwijać swoich skrzydeł na boisku. Pomimo świetnego sezonu zarząd Knicks nie zdecydował się na przedłużenie kontraktu z rozgrywającym, przez co ten musiał szukać miejsca gdzie indziej. Tak powoli rozpoczął się regres Lina.

Spośród sześciu drużyn, w których zdążył zagrać od 2012 roku Lin nigdzie nie odnalazł swojego starego rytmu. Powodem była mała ilość minut na boisku lub inny styl gry drużyn. W Knicks Jeremy mógł zdobywać punkty dzięki częstym zasłonom. Teraz jest tylko jednym z wielu Co teraz z Linem? Obecnie gra w Toronto Raptors, gdzie pełni rolę zmiennika. Jego drużyna gra w półfinale konferencji przeciwko Philadelphii 76ers.

Lin2
Lin podczas meczu swojej obecnej drużyny – Toronto Raptors. Źródło: Instagram

Autor: Filip Skiba
Zdjęcia: Instagram, Fanpage New York Knicks