Z Jakubem Roskoszem o jego pasjach, blogu i o tym, że własna działalność to ciężki kawałek chleba – rozmawia Mariusz Bartodziej.


JAKUB ROSKOSZ – entuzjasta mody męskiej i koszykówki. W wieku 18 lat założył stronę poświęconą modzie męskiej jakubroskosz.com. Po sześciu latach jest jednym z najpopularniejszych blogerów w Polsce. Zawodowo pomaga w kreowaniu wizerunku, organizuje sesje zdjęciowe i jest właścicielem największego w Polsce magazynu o koszykówce – MVP Magazyn. Robi to, co lubi i na tym zarabia.


*

Mariusz Bartodziej: Dzisiejszy ubiór jest przypadkowy?

JAKUB ROSKOSZ: – Nigdy nie jest, ale dziś żadna okazja nie wymagała ode mnie bardzo eleganckiego ubioru. Postawiłem na smart casual. Rzeczy stylowe, a bardzo wygodne. To istotne, żeby czuć się komfortowo. Szczególnie wtedy, gdy dzień jest naprawdę długi.

Mariusz Bartodziej: Na co ostatnio w swoim wyglądzie zwracasz uwagę przed wyjściem?

JAKUB ROSKOSZ: – Po pierwsze, czy wszystko zabrałem. Nie zastanawiam się nad ubiorem, bo gdy wybieram coś z garderoby, to wiem, co będzie do tego pasowało. Tak kompletuję swoją garderobę. Po drugie, czy wziąłem zegarek. Tylko kilka razy zdarzyło mi się wyjść bez niego i natychmiast wracałem. Źle się czuję, gdy nie mam go na ręce.

Mariusz Bartodziej: Kiedy zacząłeś się nimi interesować?

JAKUB ROSKOSZ: – Jeśli facet interesuje się modą męską, to w pewnym stopniu także zegarkami. Są bardzo istotnym elementem garderoby. Wiele osób uważa, że to jedyna biżuteria, na którą może pozwolić sobie mężczyzna. Jednak nie jestem ekspertem w tej dziedzinie. Raczej miłośnikiem, entuzjastą. Z tej perspektywy przedstawiam je na blogu w dedykowanej zakładce. Staram się też wyjaśnić wiele spraw z nimi związanych, między innymi dlaczego niektóre są tak drogie.

Mariusz Bartodziej: Jednak blisko dwa lata temu autor bloga Szarmant wskazał, że to zamiłowanie wyróżnia Cię wśród innych blogerów.

JAKUB ROSKOSZ: – Fakt jest taki, że wielu z nich pomija tematykę zegarków, jakby ich zupełnie nie było. Lub co gorsze – przedstawia je, biorąc jedynie pod uwagę estetykę i patrząc na nie jak na element stylizacji, który tylko musi idealnie zagrać z resztą. Zegarek jednak to coś więcej.

Mariusz Bartodziej: W drodze na nasze spotkanie dostrzegłeś ciekawą stylizację?

JAKUB ROSKOSZ: – Nawet jeśli, to zapomniałem. Nie przyglądam się ubiorowi innych. Przeszkadza mi jedynie, gdy ktoś niepotrzebnie próbuje zwrócić uwagę swoim ubiorem w sposób nieodpowiedni.

Mariusz Bartodziej: Nie interesowałeś się modą od zawsze.

JAKUB ROSKOSZ: – Nikt nie rodzi się ekspertem ani pasjonatem. Moje zainteresowanie elegancją zaczęło się w okolicach studniówki. Potem pojawiły się prace w firmach, w których musiałem dobrze się prezentować pod względem kompetencji, ale i ubioru.

Mariusz Bartodziej: A co w takim razie z ubiorem w dzieciństwie? Zbyt luźne spodnie i koszulki z logo bajki?

JAKUB ROSKOSZ: – Rodzice mówią, że lubiłem chodzić w eleganckich ciuchach. Jednak nie wyróżniałem się. Przez długi czas grałem w koszykówkę, więc ubierałem się na sportowo. Jordany na nogach, szersze spodnie i bluzy z kapturem.

Mariusz Bartodziej: A kiedy zacząłeś sam kompletować garderobę?

JAKUB ROSKOSZ: – Bardzo szybko. Już pod koniec podstawówki rodzice nie mieli wpływu na to, co noszę. Mówiłem, co bym chciał, ale nie spełniali moich wszystkich zachcianek. W gimnazjum dorabiałem i wiele rzeczy kupowałem sam. Nie rozumiem mężczyzn, których ubierają mamy czy dziewczyny i żony. Wystarczy spojrzeć na nich podczas polskich wesel. Za większością z nich stoją kobiety, które po prostu nie mają większego pojęcia o modzie męskiej. I o ile kolorystycznie jeszcze sobie jakoś radzą, tak niestety proporcje, kroje i ogólna wiedza dotycząca dress code leży i kwiczy. To bardzo niemęskie, gdy facet nie robi sam zakupów i nie decyduje o tym, co będzie nosić. Chyba że robi to z braku czasu i ufa specjalistom, którzy dbają o cały jego wizerunek. Ale to kompletnie inna bajka.

Mariusz Bartodziej: Kluczowym etapem w Twojej karierze była wizyta na paryskim Fashion Week. Wtedy postanowiłeś, że chcesz stworzyć „coś swojego”.

JAKUB ROSKOSZ: – Choć wcześniej uczestniczyłem w polskich imprezach modowych, to rzeczywiście przełomowy był dwutygodniowy wyjazd do Paryża. Jako młody chłopak zobaczyłem, jak wygląda świat mody. Kluczowe dla tej decyzji były nie same pokazy, ale również czternaście dni chodzenia po dzielnicach z butikami, eventach, krawcach. Spodobało mi się. Zdecydowałem, że skoro mam podstawową wiedzą dotyczącą mody męskiej i prowadzenia social mediów, to w tym kierunku będę się rozwijał.

Mariusz Bartodziej: Trudno było najpierw przerwać studia, a później jeszcze zrezygnować z etatu?

JAKUB ROSKOSZ: – Zdecydowanie. Od gimnazjum wiedziałem, że chcę studiować biotechnologię, bo lubiłem biologię i informatykę. Dostałem się, ale po trzech, czterech tygodniach rzuciłem studia. Nie wiedziałem jeszcze, co będę robił. Ten rok poświęciłem na samorozwój. Naukę angielskiego, bezpłatne staże, praktyki. Nie zmarnowałem go, ponieważ po roku już pracowałem na etacie, a po kolejnych trzech latach z niego zrezygnowałem, mimo że był niezły. Zarówno ja, jak i osoby w firmie, wiedziały, że nie było już dla mnie możliwości rozwoju. Dzięki pracy jednak poznałem branżę mody męskiej od kuchni i zdobyłem niezwykle cenne doświadczenie, odpowiadając za dział mody męskiej w całym multibrandzie, czy robiąc kontraktacje luksusowej odzieży między innymi we Włoszech.

Mariusz Bartodziej: Jak spoglądasz na tę decyzję z dzisiejszej perspektywy?

JAKUB ROSKOSZ: – Mimo że rzucenie etatu było ryzykowne, uważam to za jedną z kilku najlepszych decyzji w życiu. Własną działalność polecam każdemu, kto ma choć odrobinę regularności, samozaparcia i potrafi się motywować. To ciekawe doświadczenie, ponieważ nawet gdy przychodzą problemy, trzeba umieć sobie radzić z nimi samemu. A na etacie człowiek dwa dni nic nie zrobi w pracy, a pieniądze nadal na konto wpływają. To doprowadza do marazmu, a nawet do rezygnacji z samorealizacji. W przypadku własnej działalności tyle, ile się napracujesz, tyle zarobisz. Ktoś mówi: „Ciągle podróżujesz, możesz w każdym momencie wylecieć”. Owszem, mogę, ale najpierw muszę na to zarobić. To wymaga ciężkiej pracy, a ludzie widzą tylko jej efekty. Nie dostrzegają nocy spędzonych przed komputerem, spotkań, negocjacji.

Mariusz Bartodziej: A jakbyś określił to, czym się obecnie zawodowo zajmujesz?

JAKUB ROSKOSZ: – Trudno powiedzieć. Raz, prowadzę jednego z największych w Polsce blogów o klasycznej modzie męskiej. Dwa, jestem właścicielem największego serwisu koszykarskiego w Polsce, Magazynu MVP, który był drukowany przez kilka lat. Trzy, mam firmę konsultingowo-doradczą. Organizujemy rozmaite szkolenia dotyczące wizerunku i ubioru. Robię wiele rzeczy, na szczęście mam wokół siebie ludzi, którzy mi w tym pomagają. Agencję PR, informatyków zarządzających stronami, redaktorów w MVP. Ja nadaję temu odpowiedni tor. Nie sztuka pracować dwadzieścia cztery godziny na dobę i paść na zawał w wieku trzydziestu lat. Sztuką jest żyć i robić wiele ciekawych rzeczy. Żeby móc to robić, trzeba doskonale radzić sobie w delegowaniu zadań.

Mariusz Bartodziej: Ciekawym punktem twojego bloga są wyjazdy sponsorowane.

JAKUB ROSKOSZ: – Też je lubię! Marka zaprasza mnie  na przykład w celu testowania samochodu czy obejrzenia fabryki od środka. Efektem jest bardzo ciekawy materiał na blogu jak i również relacja live z wyjazdu na moich kanałach Social Media. Jednak podejmuję współpracę wyłącznie z firmami, których produktów używam i które lubię. Jednym z ciekawszych wyjazdów w ramach cyklu #JakubRoskoszTravels były odwiedziny fabryki wełny w Islandii.

Mariusz Bartodziej: Ten wpis szczególnie mnie zaintrygował. Zareklamowałeś tamtejsze swetry, ale też wyjaśniłeś, jak ogromne znaczenie mają warunki atmosferyczne, w których żyje owca, na jakość i cenę jej wełny.

JAKUB ROSKOSZ: – Jeśli ktoś się  zagłębia w treści na blogu, to widzi, że zawsze staram się przekazać konkretną wiedzę dotyczącą sposobu produkcji czy wpływu detali na cenę. „Chciałbym poznać historię tego swetra”. Śmieję się z tego, ale zawsze za produktem stoi historia, którą warto ludziom przedstawić. Ktoś może się dziwić, że zegarek kosztuje trzydzieści tysięcy i skrytykuje cię, jeśli taki masz. Ale mało kto bierze pod uwagę, że one są składane przez ludzi w Szwajcarii, którzy pracują na odpowiednich umowach, w świetnych warunkach i którym się dobrze za wykonywaną pracę płaci. To wszystko kosztuje.

Podobnie w Islandii. Swetry produkują tradycyjną metodą, nie zlecają roboty w Chinach. Dlatego zwracam zawsze uwagę na jakość i cieszę się, że po wizycie w takiej fabryce mogę ludziom wyjaśnić, dlaczego on kosztuje sześćset złotych, a nie czterdzieści. Wtedy czytelnik jest bardziej wyedukowany. Nie oceniam tego, ile zapłaci za swoje ubranie. To mnie nie interesuje. Ważne, by tę decyzję podjął świadomie. Ludzie często narzekają, że w Chinach wykorzystują pracowników, a później idą do sklepu i kupują produkty made in China za dziesięć złotych i jeszcze narzekają na jakość.

Mariusz Bartodziej: Zaintrygował mnie także Twój wywiad z kolekcjonerem Danielem Kiestrą. Kolekcja dwu i pół tysiąca krawatów, warta około dwa i pół miliona złotych, pięćset koszul i stu marynarek. Jaką garderobą Ty możesz się pochwalić?

JAKUB ROSKOSZ: – Mam setki krawatów, ale nie tysiące. To niewyobrażalna liczba, ponieważ przez blisko siedem lat może chodzić codziennie w innym krawacie. Ze względu na pracę mam także wiele par butów, spodni, czy marynarek. Często wiszą nieużywane i po jakimś czasie odkrywam, że są. Gdybym musiał zmieniać mieszkanie, to garderoba musiałaby być wielkości obecnego lokum.

Mariusz Bartodziej: Na blogu także doradzasz. Że „dobre buty mają ponadczasowy, uniwersalny, niezwykle klasyczny wygląd” i jak mantrę powtarzasz, że mamy skłonność do noszenia zbyt dużych rozmiarów.

JAKUB ROSKOSZ: – To prawda. Polacy często to robią, bo chcą się czuć swobodnie. Niestety to ogromny błąd, ponieważ one tylko dodają nam kilogramów. A to, że źle się czujemy w odpowiednim rozmiarze, może być spowodowane złym uszyciem albo kiepską jakością tkaniny. Natomiast mężczyźni często nie lubią ubierać garniturów, ponieważ przez wiele lat chodzili w tych poliestrowych, które nie przepuszczały powietrza. A wystarczy wybrać marynarkę z wełny, bez podszewki, niekoniecznie rujnującą nasz portfel. Nawyki starszych trudno zmienić, ale młodzi coraz częściej wybierają odpowiednie rozmiary. Zamiast krytykować, lepiej zacząć chwalić. Sukces mojego bloga zawdzięczam między innymi zwróceniu uwagi na ubiór i poprawie świadomości młodych ludzi w tej kwesti.

Mariusz Bartodziej: W komentarzach pod tekstami poradnikowymi niektórzy hejtują Cię, bo ich zdaniem są one tylko powielaniem schematów i nic nowego nie wnoszą.

JAKUB ROSKOSZ: – Wiele moich tekstów jest unikatowych i wyjątkowych w polskiej blogosferze jak chociażby wspomniane wizyty w manufakturach. Choć oczywiście znajdują się też treści podobne do tych na innych stronach. Uważam jednak, że nie ma w tym nic złego, bo lepiej sięgnąć do kilku źródeł, by wyrobić sobie zdanie. Takie komentarze pisze często osoba, która chodzi świetnie ubrana i czyta dziesięć blogów. Dla niej piętnaście zasad noszenia garnituru to nuda. Ale widzę po odsłonach i wyszukiwaniach, że najpopularniejsze są teksty z podstawami, a nie dotyczące kultowych marek, jak Loro Piana. Tego typu posty trafiają do garstki pasjonatów. Ludzie chcą wiedzieć, jak zawiązać krawat i czy marynarka nie jest za duża. Im więcej osób się wyedukuje, tym widoczniejsze będzie to na ulicach.

Mariusz Bartodziej: Hejt Cię „napędza, motywuje i bawi”.

JAKUB ROSKOSZ: – A dlaczego mam się nim przejmować? Zastanawiałeś się, kto hejtuje? Jeśli czyjś blog mi się nie podoba, to go nie czytam, a nie zostawiam hejt w komentarzach. Trzeba założyć konto, zalogować się, zastanowić, co napisać. To muszą robić ludzie, którzy mają zbyt wiele czasu i prowadzą nudne życie. Rozróżniam krytykę od hejtu. Ta konstruktywna musi się pojawiać i zawsze na nią odpowiadam. To między innymi dzięki niej staję się lepszy. Ale jeżeli ktoś mnie obraża, to mnie to bawi. Minęły czasy, w których się tym przejmowałem.

Mariusz Bartodziej: Powiedziałeś: „Można zdziałać cuda, gdy ma się wiedzę, jak za pomocą ubioru manipulować opinią innych osób i swoim wizerunkiem”. Trochę przerażające.

JAKUB ROSKOSZ: – Może i tak, ale to prawda. Ludzie rzadko wiedzieli, że mam dwadzieścia dwa lata. Wystarczył zarost, krawat, biała koszula, garnitur i robiłem z siebie trzydziestolatka. To były świadome zagrania. Podobnie z politykami. Bodajże David Cameron podczas jednej z kampanii wyborczych zrezygnował z poszetki, ponieważ kojarzyła się z ludźmi z wyższych sfer, a on potrzebował wówczas głosów niższych klas społecznych.

Mariusz Bartodziej: W takim razie osoby, które nie przykładają dużej wagi do swojego ubioru, są na straconej pozycji?

JAKUB ROSKOSZ: – Niedbanie o swój wizerunek też jest elementem wizerunku. Trzeba zdać sobie sprawę z wagi ubioru. To bardzo istotne, ponieważ ludzie są coraz bardziej powierzchowni. Mamy mniej czasu na konsumpcję treści, dlatego postrzegamy je pobieżnie i podobnie oceniamy ludzi. Czy są na przegranej pozycji? Ja ciągle wierzę, że najważniejsze są kompetencje. Choć zależy od sytuacji. Jeżeli nie dostosujesz ubioru na pogrzeb, będą na ciebie krzywo patrzyli. A w niektórych branżach tatuaż na ręce nadal budzi kontrowersje.

Mariusz Bartodziej: Zostawmy na moment modę, bo to niejedyna Twoja pasja. Od dziecka grałeś w koszykówkę.

JAKUB ROSKOSZ: – Na początku tradycyjnie w piłkę nożną, ale w drugiej klasie podstawówki pojawił się basket. Głównie ze względu na mojego ojca, z którym zacząłem chodzić na mecze koszykarskie Śląska Wrocław. Byłem ogromnym kibicem jeszcze tej drużyny z Adamem Wójcikiem, Maciejem Zielińskim, czy Dominikiem Tomczykiem. Złotej ekipy, która w latach dziewięćdziesiątych niemal rok w rok zdobywała medale mistrzostw Polski i z sukcesami grała w Eurolidze.

Mariusz Bartodziej: Przeszedłeś długą drogę związaną z tym sportem.

JAKUB ROSKOSZ: – Zainteresowałem się koszykówką, przez wiele lat ją trenowałem i oglądałem spotkania. Później zacząłem pisać za darmo relacje z meczów dla różnych portali. A następnie dostałem się na staż w Magazynie MVP. Prowadziłem social media, a w grudniu ubiegłego roku zostałem jego właścicielem. Wcześniej też pracowałem dla koszykarskiego Śląska Wrocław. Zawsze marzyłem o zawodowej grze. Choć jak patrzę, w którym kierunku zmierza ten sport, to się cieszę, że poszedłem inną drogą.

Mariusz Bartodziej: Dlaczego?

JAKUB ROSKOSZ: – Często sport to już tylko pieniądze, marketing, niezdrowa rywalizacja, ustawiane spotkania i doping. Przy tak ogromnej konkurencji trzeba stawiać sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Organizm jest wyeksploatowany i nieraz karierę kończysz kontuzją. W wieku czterdziestu lat musisz cały czas poddawać się rozmaitym badaniom. Wydaje mi się, że w dłuższej perspektywie zawodowy sport przynosi więcej strat niż zysków. Oczywiście zawsze znajdą się wyjątki, ale to one podobno potwierdzają regułę.

Mariusz Bartodziej: Przebiegłeś też maraton.

JAKUB ROSKOSZ: – Tak, przygotowywałem się do niego przez pół roku pod okiem mojego brata, zawodowego maratończyka i triatlończyka. Ale to nie miało wiele wspólnego z zainteresowaniami. Ego wzięło górę. Siostra powiedziała, że mi się nie uda, więc jej pokazałem, że się myliła. To wynika z mojego charakteru. Teraz nie czuję już potrzeby udowadniania. Ten czas w moim życiu minął. Żyję dla siebie i nie muszę nikomu niczego udowadniać. Wystarczy mi, że przebywam dwadzieścia cztery godziny na dobę z osobą, która najwięcej ode mnie wymaga w każdym aspekcie życia i stawia poprzeczkę coraz wyżej – samym sobą. Gdyby ktoś powiedział, że nie ukończę triatlonu, to odpowiedziałbym: „Owszem, i co z tego?”. Ale przebiegłem maraton (śmiech).

Mariusz Bartodziej: A propos mody i sportu. Współpracujesz z reprezentantem Polski, Grzegorzem Krychowiakiem.

JAKUB ROSKOSZ: – Cały czas mamy dobry kontakt. Zazwyczaj współpraca dotyczyła ubioru na sesje zdjęciowe. Grzesiek jest też pasjonatem mody męskiej. Ma świetne wyczucie stylu. Przeszedł ogromną drogę, także piłkarską. To jeden ze sportowców, którzy mnie inspirują. Trzeba mieć odwagę, by na własne życzenie przejść do rezerw, żeby móc się rozwijać i grać regularnie.

Mariusz Bartodziej: Moda w świecie sportu to też twoja działka?

JAKUB ROSKOSZ: – Poniekąd tak, ponieważ sportowcy zwracają uwagę na ubiór, i mają odpowiednie środki. Wielu z nich czyta mojego bloga, co widzę po kontaktach ze strony ich agentów. Coraz więcej sportsmenów rozumie, że jeśli chcą przedłużyć swoją karierę, to muszą dbać o swój wizerunek, na który składa się również ubiór. Bo gdy kończą z zawodowym sportem, to stają się trenerami, celebrytami albo zostają na lodzie. Naturalne, że będą korzystali z usług takich osób jak ja.

Mariusz Bartodziej: Zyskujesz coraz większą sławę i coraz większe pieniądze. Czy w parze z tym idzie coraz większa skromność?

JAKUB ROSKOSZ: – Nigdy nie byłem skromny, nie będę ukrywał. Od zawsze jestem pewny siebie i znam swoją wartość. Jednak potrafię spojrzeć z boku na to, co robię. Patrząc na osoby, z którymi się spotykam, dochodzę do wniosku, że nic wielkiego nie osiągnąłem. Krychowiak w moim wieku podpisuje ogromne kontrakty, a firma znajomego biznesmena wchodzi na giełdę. Rzekłbym raczej, że im dalej, tym nabieram coraz większego dystansu do życia.

Nie zwracam uwagi na wzrastającą sławę. Nigdy nie była dla mnie priorytetem. A jeśli chodzi o pieniądze, to owszem, są w życiu bardzo ważne, ale nie najważniejsze i ich posiadanie nigdy nie było celem mojej pracy. Traktuję je jedynie jako narzędzie spełniania swoich marzeń. Nieraz spotykam osoby znacznie bogatsze ode mnie, które zazdroszczą mi życia, bo, mimo majątku, nie są pełni radości. A najbardziej imponują mi moi rodzice. Żyją na standardowym poziomie i myślę, że są bardziej szczęśliwi niż niejeden znany mi milioner.

Mariusz Bartodziej: Powiedziałeś: „Im mniej czasu, tym lepiej nim gospodarujesz”. Jak to wygląda w praktyce?

JAKUB ROSKOSZ: – Wtedy nie ma wyboru. Jeśli nie spotkam się z kimś teraz, to dopiero za trzy tygodnie. Muszę lepiej zarządzać czasem, aby mieć go dla siebie, dla rodziców, dla dziewczyny. A w związku z prowadzeniem kolejnej firmy, Magazynu MVP, konieczna jest asertywność. Choć gdy się umawiam, to słowa dotrzymuję, bo jest dla mnie święte. Jeżeli czasu jest dużo, człowiek się rozleniwia. Najlepsze wyniki w szkole osiągałem, gdy najintensywniej trenowałem w kosza. Podobnie jest teraz z pracą.

Mariusz Bartodziej: Jaką jeszcze zasadą się kierujesz?

JAKUB ROSKOSZ: – Żeby nie zwariować i z codziennych czynności czerpać jak najwięcej przyjemności. Angażuję się tylko w te projekty, które sprawiają mi radość. Nie chcę mieć uczucia, że idę do pracy. Że „jutro poniedziałek”. Denerwują mnie wpisy i memy tego typu. To nie poniedziałki są złe, tylko twoja praca, więc zmień ją. Ja nie widzę różnicy między pierwszym, a ostatnim dniem tygodnia. Mimo że dziś wstałem o siódmej i przez dwanaście godzin robiliśmy sesję zdjęciową, nie jestem zmęczony. Ktoś po tylu godzinach byłby wyczerpany, więc napiłby się piwa i obejrzał mecz. Ja jeszcze odpisywałem na maile, a teraz rozmawiamy w restauracji i nie uważam, że zrobiłem coś mozolnego. Dlatego, ponieważ kocham swoją pracę. I bez znaczenia co będę robił w przyszłości, chciałbym, żeby tak było już zawsze.

Mariusz Bartodziej: Abstrahując od dotychczasowej rozmowy. Usłyszałem, że Leonardo DiCaprio sprowadził na galę Oscarów stylistkę brwi z Australii. Za zabieg zapłacił dwieście dolarów, a do tego pokrył koszty jej przelotu i pobytu. W twojej ocenie to śmieszność?

JAKUB ROSKOSZ: – Nic złego w tym nie widzę. Mamy taką naturę, że krytykujemy coś, czego nie rozumiemy. DiCaprio widać bardzo dba o swój wizerunek, a to była zwykła zachcianka. Abstrahuję od tego, że każdy o tym mówi i może właśnie na tym mu zależało? Prawda też jest taka, że im więcej mamy, tym więcej wydajemy. Trzeba spojrzeć na to z innej perspektywy. Jeśli ktoś zarabia dwa tysiące złotych i wyda dziesięć, to dla niego mało. A jeśli ktoś ma na koncie dwa miliardy i wyda dziesięć milionów? Na nas robi to wrażenie, na nim nieszczególnie. Wiem, że takie historie bawią, ale staram się to zrozumieć.


Rozmawiał: Mariusz Bartodziej

Zdjęcie: Michał Śliwiński