Z Agnieszką Tyszką, autorką książek dla dzieci i młodzieży, a wśród nich m.in. ,,Koniki z Szumińskich Łąk”, ,,M jak DżeM” oraz najbardziej znana seria ,,Zosia z ulicy Kociej” – rozmawia Paulina Gruda.

*

Jak sprawić, aby książki dla dzieci nie były infantylne?

AGNIESZKA TYSZKA: – Przede wszystkim, trzeba traktować czytelnika poważnie i ja właśnie w ten sposób traktuję dzieci, zarówno swoje, jak i  te czytelnicze. One są często mądrzejsze od nas — dorosłych, dlatego trzeba dla nich pisać normalnie. Nie starać się przypodobać czytelnikowi. Nie ma nic gorszego niż autor, który  mizdrzy się do odbiorcy.

Co jest najtrudniejsze w pisaniu dla najmłodszych?

AGNIESZKA TYSZKA: – Jest wiele pułapek, w które może wpaść autor. Jedną z nich jest spiętrzanie kłopotów, które mogą dotknąć bohatera. Nie może być tak, że wszystkie nieszczęścia świata jak z katalogu spadają na jakiegoś biedaka, który koncertowo radzi sobie z nimi wszystkimi naraz. W życiu tak się nie dzieje. W książkach dla dzieci wyjątkowo paskudny jest dydaktyzm, trzeba z nim bardzo uważać. Ja staram się, żeby było tak jak w realnym świecie, trochę ciemnych kolorów i jasnych, trochę smutku i radości. Najgorsze w pisaniu jest popadanie w skrajności. To jest tak jak z gotowaniem. Dodajemy różne przyprawy, a cała umiejętność polega na tym żeby smak był wyważony.

Czemu akurat książki dla dzieci?

AGNIESZKA TYSZKA: – Pisanie dla dzieci i młodzieży jest, wbrew pozorom, bardzo trudne. Ja już tak mam, że jestem uparta jak osioł, a do tego lubię komplikować sobie życie. Zawsze wybieram trudniejsze ścieżki…

Dorosłemu można wcisnąć każdy kit, z młodym czytelnikiem nie jest już tak łatwo. Dziecko nie sięgnie z własnej woli po książkę, która nie jest interesująca. Musi być w niej coś, co naprawdę zachwyci, wciągnie, porwie i ja takie książki piszę. Wiem, o tym od swoich czytelników, którzy czują się z moimi historiami dobrze i chcą je czytać. Kiedy zacznę przynudzać, to przestanę pisać.

Co jest Pani największą inspiracją?

AGNIESZKA TYSZKA: – Moją największą inspiracją jest samo życie, zarówno prywatne, jak i publiczne. Okruchy różnych sytuacji, zdarzeń, w sprzyjających okolicznościach zamieniają w pomysły na kolejne książki. Często inspirujące bywają także sny, bieganie po lesie, praca w ogrodzie, własne dzieciństwo – zawsze żywo obecne w twórczych procesach. Pomysłów na książki dostarczają mi też na pewno moje trzy. córki

Czy opisując świat oczami małej dziewczynki trzeba się w nią zamienić?

AGNIESZKA TYSZKA: – Nie wiem, ponieważ nie muszę się w nią zamieniać! Myślę, że nadal nią jestem.

Czy dzięki patrzeniu na świat z perspektywy dziecka, łatwiej było Pani zrozumieć córki w okresie dojrzewania?

AGNIESZKA TYSZKA: – Moje bohaterki są różne, dzięki czemu mam wgląd w cały wachlarz zachowań nastolatek, które mają wiele problemów i trudności związanych z okresem dorastania. Jednak emocje często przesłaniają obiektywne spojrzenie i mimo tej wiedzy, zdarza mi się reagować spontanicznie, co za tym idzie nie zawsze w odpowiedni sposób.

Bohaterki  Pani książek bywają bardzo zadziorne i niezwykle dojrzałe jak na swój wiek.

AGNIESZKA TYSZKA: – Bo dzieci są dojrzałe, tylko my dorośli tego nie zauważamy i w ogóle nie poświęcamy temu uwagi. Ja od moich córek bardzo wiele się nauczyłam, uważam że w pewnych kwestiach to one wychowały mnie. Gdybyśmy my, dorośli,  patrzyli na najmłodszych w ten sposób, nasze relacje rodzinne wyglądałyby zupełnie inaczej. Takimi  bohaterkami są siostry Wierzbowskie z ,,Zosi z ulicy Kociej”, bardzo dobrze rozumieją otaczający je świat i można wiele się od nich nauczyć.

Czy Zosia jest Pani ulubioną bohaterką?

AGNIESZKA TYSZKA: – Nie mam ulubionej bohaterki. Stworzyłam całkiem sporą gromadkę i byłoby mi trudno wybierać. Poza tym – reszta mogłaby się obrazić!

Czy wzoruje Pani bohaterki na konkretnych osobach?

AGNIESZKA TYSZKA: – Często noszą cechy moich córek, ale nigdy nie jest tak, że jakaś bohaterka jest którąś z nich od A do Z. Myślę, że one by mi tego nie darowały,  poza tym przyjemnie jest mieszać cechy różnych osób i łączyć je w jedną postać. Na pewno niektóre bohaterki są także w dużej części mną, na przykład Nela, bohaterka cyklu książek – „M jak dżeM”, „Kawa dla kota” i „Miłość bez konserwantów”.

Czy córki wychowywały się na Pani książkach?

AGNIESZKA TYSZKA: – One je ,,podczytywały”. Moje książki zawsze w domu były, ale są wśród nich takie, których córki nawet nie tknęły. Na pewno ważne dla dwóch starszych były „Róże w garażu” – wspomnienie naszych wakacji. Najstarsza córka bardzo często wracała do książki ,,M jak dżeM”, w której nawiązałam do jej przykrych szkolnych przeżyć. Wszystkie trzy do tej pory sięgają  po ,,Zosię z ulicy Kociej” i świetnie się przy niej bawią.

Kto jako pierwszy czyta skończoną książkę?

AGNIESZKA TYSZKA: – Przeważnie czytam ją tylko ja, czasem tak jak czyta się wypracowania w szkole, powoli, najlepiej na głos, aby wyłapać ewentualne potknięcia. Zdarza się, że podsuwam tekst mężowi.

Ile czasu zajmuje napisanie książki?

AGNIESZKA TYSZKA: – To jest, przede wszystkim, bardzo złożony i trochę podejrzany proces. Historia w mojej głowie układa się na długo przed rozpoczęciem pisania, przebiega to w sposób całkowicie ode mnie niezależny. Nigdy nie wiem co z tego wyniknie, ale kiedy zabieram się za pisanie, nagle okazuje się, że wszystko jest już gotowe i muszę tylko przelać słowa na papier. Zwykle trwa to kilka miesięcy, a gdy zbliża się termin oddania tekstu, często trzeba rzucić wszystko i pisać.

Od czego zależy, czy książka będzie miała swoją kontynuację i zamieni się w całą serię?

AGNIESZKA TYSZKA: – Na pewno od tego, czy jest dobrze napisana. Po taką sięgną czytelnicy i poproszą o jeszcze. A wydawca dołączy do nich, licząc na pewne wpływy ze sprzedaży kolejnych tomów.

Zdarza się Pani prowadzić narrację z perspektywy zwierząt. Jak to jest mówić zwierzęcym głosem?

AGNIESZKA TYSZKA: – Wcielanie się w bohaterów zwierzęcych jest dla mnie najtrudniejsze. Niezwykłym wyzwaniem było sprowadzenie do roli narratora koni w serii ,,Koniki z Szumińskich Łąk”. Często książki „rozjeżdżają się” w momencie, kiedy sztywna wiedza weterynaryjna spotyka się z nurtem powieściowym. Zwierzaki w moich książkach mają uczucia, przemyślenia, wyrażają emocje, a tłem jest wiedza merytoryczna na ich temat, która też może być bardzo ciekawa i przydatna.

Jakie książki z dzieciństwa ceni sobie Pani najbardziej?

AGNIESZKA TYSZKA: – Najbardziej kocham ,,Dzieci z Bullerbyn” i ,,Tajemniczy Ogród”, zdarza mi się raz na jakiś czas do nich wracać. Pamiętam, że zaczytywałam się po uszy w literaturze skandynawskiej – teraz po te książki sięga moja najmłodsza córka, a ja znowu mogę odświeżać stare znajomości na przykład z detektywem Ture Sventonem…

Bardzo lubiłam także książki historyczne, miałam taki moment, kiedy czytałam tylko tego typu literaturę. Do tej pory nie wiem dlaczego tak było, teraz dla odmiany powieści historyczne niezbyt nie pociągają. Najmniej  podobały mi się   baśnie, zawsze bardzo mnie denerwowały.

Co było impulsem do napisania pierwszej książki?

AGNIESZKA TYSZKA: – Zrobiłam to ze złości. Kiedy moje starsze córki były małe, na rynku mieliśmy wiele źle przetłumaczonych książek, z brzydkimi ilustracjami. Za każdym razem, podczas głośnego czytania,  musiałam zmieniać szyk wyrazów albo wprowadzać inne zmiany, co wywoływało protesty słuchaczek. Wtedy postanowiłam sobie, że trzeba napisać wreszcie książkę dla dzieci ładnym i poprawnym językiem. Najpierw wymyślałam wierszowane historyjki, ale uznałam, że nie jestem mistrzem poezji, więc sobie darowałam. W końcu spisałam pierwszą historię, która została wydana jako książka. Mowa o  ,,Różach w garażu” – opowieści dość smutnej, ale optymistycznej i wyróżnionej nagrodą imienia Kornela Makuszyńskiego.

Czy po otrzymaniu nagrody imienia Kornela Makuszyńskiego coś się zmieniło? Wydawanie kolejnych książek stało się  łatwiejsze?

AGNIESZKA TYSZKA: – Nagroda dodała mi odwagi do tego, by opowiedzieć kolejne historie, które kiełkowały w  wyobraźni. Z czasem rzeczywiście wydawanie książek stało się łatwiejsze. Moje nazwisko i styl stały się rozpoznawalne, no i pojawili się wielbiciele mojej twórczości.

Jak wydać pierwszą książkę?

AGNIESZKA TYSZKA: – Przede wszystkim trzeba być upartym jak osioł. Powtarzam to zawsze wszystkim, którzy pytają mnie jak zostać pisarzem. Nie można się poddawać i słuchać głosów w rodzaju: ,,nie masz nazwiska to nie dasz rady” albo ,,daruj sobie bo dużo już jest takich książek”.  Trzeba się skupić na celu i za wszelką cenę próbować go osiągnąć.

Kiedy spotyka się Pani z czytelnikami, o co najczęściej pytają?

AGNIESZKA TYSZKA: – “Skąd wzięły się pomysły na pisanie? Dlaczego takie dziwne tytuły? Ile ma Pani lat? Czy dobrze Pani zarabia?  Jakie ma Pani zwierzątko?” To są zdecydowanie  najczęstsze pytania.

A jakie ma Pani zwierzątko?

AGNIESZKA TYSZKA: – Szczeniaczkę, Panią Piesek. Ma tyle wdzięku w sobie, że z pewnością zagości w  książce, nad którą teraz pracuję.

Czy dzieci dają pani jakieś rady?

AGNIESZKA TYSZKA: – Tak, bardzo często. Chłopcy zazwyczaj proszą o książkę dla nich, gdzie głównym bohaterem będzie wreszcie chłopak. Nie mówię, że takiej nie napiszę, ale chyba jeszcze nie teraz.

Jaka była najmilsza rzecz, którą usłyszała Pani od czytelnika?

AGNIESZKA TYSZKA: – Najpiękniejszym komplementem jaki dostałam, były słowa chłopca, który podebrał ,,Zosię z ulicy Kociej” swojej starszej siostrze i powiedział po przeczytaniu: ,,Mamo to było strasznie dziewczyńskie, ale okropnie wciągające.”

Bardzo też sobie cenię informację o tym, że jedna z czytających na głos mam o mały włos nie posikała się w majtki ze śmiechu. Bardzo trudno jest rozśmieszyć czytelnika do tego stopnia. I to jeszcze dorosłego!

Czytając Pani książki miałam wrażenie, że bohaterki nie mają styczności z elektroniką, która teraz otacza większość dzieci. Czy stara się Pani wprowadzać to, także we własnym domu?

AGNIESZKA TYSZKA: – Myślę, że tak. Od bardzo dawna nie mamy telewizora. Natomiast bardzo starałam się panować nad ilością czasu, który moje dziewczynki spędzały przez komputerem, czy tabletem. Uważam, że nie można się od tego zupełnie odciąć, ale wszystko w nadmiarze szkodzi i warto o tym pamiętać.

Obserwuje Pani jakąś tendencję jeśli chodzi o czytanie wśród dzieci?

AGNIESZKA TYSZKA: – To zależy. Są dzieci, które czytają bardzo dużo, ale zdarzają się  też takie, które nauczone są obrazowego myślenia,  nie potrafią używać wyobraźni i czytanie jest dla nich męką. Nie uważam, żeby czytelnictwo było na zastraszająco niskim poziomie. Jednak po wielu spotkaniach z czytelnikami w różnym wieku, widzę wyraźnie, kiedy nadchodzi ten moment, gdy młodzież zupełnie przestaje czytać. Myślę, że czytanie niedługo stanie się elitarnym sportem. Może należy się z tym pogodzić? Kiedy jestem na spotkaniu autorskim i z grupy trzydziestu uczniów, choćby dwóch czy trzech wyraża zainteresowanie literaturą,  to oddycham z ulgą. Jestem tu dla nich, a może też dla kogoś, kto się z różnych względów nie odzywa? Wiem od pań bibliotekarek, że po spotkaniach z autorem uczniowie przychodzą po jego książki. Może łatwiej się je wtedy czyta?

Jak zachęcić młodych ludzi do czytania?

AGNIESZKA TYSZKA: – Myślę, że fantastyczną rzeczą są zajęcia dla maluchów, które poznają książki jako obiekt namacalny, zanim jeszcze dowiedzą się, do czego one właściwie służą. Najwięcej zależy od rodziców, którzy mają wpływ na to jak dalej dziecko będzie się rozwijać. Wspólne czytanie i pochylanie się nad książką jest bezcenne.

 Na spotkaniach z młodzieżą – odbiorcą o wiele trudniejszym niż dzieci –  staram się zawsze wciągać uczestników w dyskusję i w warsztaty. Gdy razem „literacko” się bawimy, książki nagle zmieniają oblicze. Okazuje się, że warto po nie sięgać. Jednak aby uzyskać jakikolwiek efekt, takie działania powinny być dużo częstsze, a do tego potrzeba ludzi, pieniędzy i przede wszystkim chęci. Niestety wszyscy wiemy jak to u nas wygląda.

A co sądzi Pani o obecnym kanonie lektur?

AGNIESZKA TYSZKA: – Bez wątpienia, nigdy nie był on idealny, ale teraz może już zupełnie zniechęcić młodych ludzi do czytania. Na pewno należałoby zastanowić się nad książkami pisanymi archaicznym językiem, które tak naprawdę, nie są bliskie odbiorcom w żaden sposób. Nie poruszają tematów, z którymi identyfikują się czytelnicy, a wręcz odstraszają i obrzydzają czytanie. Przychodzi mi do głowy jeden przykład – lektura mojej trzecioklasistki – „Wakacyjna przygoda”, radzieckiej pisarki Iriny Guro. Co ja się musiałam namęczyć! Ci pionierzy, milicjanci, i do tego wścieklizna jako społeczny problem. Płakać mi się chciało, bo jak tu dziecku dziewięcioletniemu czytać coś takiego? I jeszcze tłumaczyć, żeby cokolwiek pojęło z tamtego chorego świata? Innym problemem są książki z nurtu ,,Bogu-ojczyźnianego”. Uważam, że nie można uczyć patriotyzmu, który nie buduje, a niszczy.  Ojczyzna to nie jest tylko krew i śmierć. To jest przede wszystkim nasza praca i mądrość, szacunek i otwarcie na innych, współpraca i tworzenie. Taka literatura jest potrzebna w kanonie. Nie twierdzę, że powinniśmy odrzucić na przykład cały literacki Romantyzm, w końcu jest to nasza historia, ale trzeba dopuścić do głosu różnorodność, zbliżyć się kanonem do problemów współczesnych czytelników.

Ma pani na myśli jakieś konkretne, nietrafione  tytuły?

AGNIESZKA TYSZKA: – Cała sienkiewiczowska Trylogia, pisana ku pokrzepieniu serc, jest nieporozumieniem. Nie dość, że kompletnie mija się z prawdą, to przedstawia obraz Polski niebezpiecznie wyimaginowany. Rozumiem, że w tamtych czasach było to potrzebne, ale współczesny świat jest inny. Teraz ku pokrzepieniu serc, powinno się pisać  książki o wzajemnym  szacunku, współpracy, poszanowaniu odmienności. To są wartości, których bardzo nam teraz  brakuje. Wiem też ze spotkań, że dużym  dramatem są dla młodych czytelników ,,Krzyżacy”. Młodzież słysząc ten tytuł wydaje z siebie przeciągły jęk. Choć lista znienawidzonych przez uczniów pozycji jest znacznie dłuższa. Ostatnio córka musiała przeczytać ,, W 80 dni dookoła świata” i przeżyłyśmy poważny kryzys. W końcu czytałam jej na głos i ledwo sama dałam radę. A co jest w tych szkolnych lekturach najgorsze? Że pierwsze co się robi po przeczytaniu,  to test ze znajomości treści!

 

Rozmawiała | Paulina Gruda