Co może łączyć czterech młodych kompozytorów, dwie sopranistki, dwójkę aktorów i zespół kameralny? Pozornie nic. Ale właśnie taki skład wykonał po raz pierwszy w minioną sobotę „MiniOperę na zespół kameralny, solistów i elektronikę”. inspirowaną bajkami Erny Rosenstein.


#MiniOpera to tytuł widowiska, reżyserowanego przez Małgorzatę Kazińską, na co dzień związaną z Puppentheater Zwickau w Niemczech. Czterech polskich kompozytorów: Katarzyna Dziewiątkowska, Joanna Woźny, Tomasz Skweres i Mateusz Ryczek stworzyło na specjalne zamówienie cztery, odmienne stylistycznie mini-opery inspirowane bajkami dla dzieci polskiej malarki Erny Rosenstein. Sobotnie wydarzenie w Narodowym Forum Muzyki było o tyle niezwykłe, że prezentowane dzieła miały tam swoją światową premierę.

Zarówno wizualnie jak i muzycznie we wszystkich częściach widowiska dominował surrealizm, który był obecny w pracach Rosenstein. Dwie z oper (Katarzyny Dziewiątkowskiej i Joanny Woźny) nawiązywały do bajki o Babci, która otaczała opieką wszystkich, jednak każda z nich była kompletnie inna. Zawarty w nich przekaz dostał w całości odtworzony tylko w operze Dziewiątkowskiej. Joanna Woźny zaserwowała nam jedynie urywki treści, które nie składały się w spójną całość. Nawiązująca do bajki o złotej kuli opera Tomasza Skweresa rozpoczynała się muzycznym zapożyczeniem z Tristana i Izoldy R. Wagnera. Z kolei Mateusz Ryczek w swoim Poławiaczu cieni używa bardzo wyrazistych środków wyrazu artystycznego, które nadają dziełu plastyczności.

W warstwie muzycznej również dało się odczuć surrealne odniesienia. Partie zespołu kameralnego były zazwyczaj dysonansami, dominowały półtony i zazwyczaj niesłyszalne dla ludzkiego ucha ćwierćtony, a także septymy i trytony. Nic więc dziwnego, że jedna z sopranistek, Joanna Freszel, miała przy sobie kamerton i co chwila sprawdzała dźwięk, żeby nie sfałszować. Jednak to właśnie Freszel nadawała temu widowisku magii. Nie straszny był jej duży ambitus (odległość między najniższym, a najwyższym dźwiękiem w utworze) utworu Katarzyny Dziewiątkowskiej, a lekkości, z jaką wykonywała najwyższe partie zazdrościłam jej przez cały wieczór. Druga z sopranistek, Kaoko Amano, została niestety przyćmiona i pozostała jedynie tłem widowiska, wykonując głównie wyrazy dźwiękonaśladowcze i rozległe wokalizy.

Na co dzień związani z teatrem lalek aktorzy, Anna Rakowska i Kamil Król zdecydowanie sprostali swojemu zadaniu. Własnymi ciałami próbowali oddać odmienne charaktery każdej z części, co nie było łatwym zadaniem. Zastanawia mnie jednak dlaczego w bajce o złotej kuli Rakowska je bułkę. Na pewno był to zabieg celowy, powstaje jednak pytanie co pani reżyser chciała przez to przekazać. Bardzo podobało mi się też wykorzystanie prostych rekwizytów i bardzo szczątkowa scenografia, która nie zaburzała widowni odbioru. Wszyscy artyści ubrani byli w czarne spornie i koszule, a na głowach mieli czarne meloniki. Nadawało to spójności i jednocześnie podkreślało nowoczesny charakter dzieła.

Na koniec warto wspomnieć o widowni, która wypełniła Salę Czerwoną po brzegi. Jedną z kompozytorek była Katarzyna Dziewiątkowska, nie dziwi więc na sali obecność Izabeli Skryban-Dziewiątkowskiej, wokalistki Tercetu Egzotycznego, a prywatnie matki kompozytorki. Niestety po przerwie sala trochę opustoszała. Najbardziej jednak utkwiły mi w pamięci słowa jednej z małych dziewczynek obecnych na widowni. Przy wyjściu oświadczyła „Tato, a Hania na tym trzecim to zasnęła”. Niech te słowa będą puentą tego tekstu i zdecydują czy warto wybrać się na to widowisko.


Autor: Aleksandra Joanna Kowalczyk
Zdjęcie: Klaudia Keil