Kto z nas nie jest minimalistą z przymusu? Brak pieniędzy bardzo sprzyja tej dziedzinie. A gdyby tak dopisać do tego jakąś ideologię, filozofię życiową? – zastanawia się Pola Janus.

Wszystko zaczęło się od mojej koleżanki. Powiedziała mi o jednym blogu, ja – wkręcona w temat (ale oczywiście z nastawieniem hejtera – następna szafiara, która będzie chciała mi wcisnąć, że potrzebuje kolejnej pary spodni, kurtki, butów i pierdyliarda innych nowych rzeczy), zaczęłam czytać. Moje krytyczne nastawienie z każdym postem zaczęło maleć. Jak się okazało, dziewczyna, nie dość, że pisze całkiem nieźle, to na dodatek namawia do minimalizmu, a nie konsumpcjonizmu.

I tak właśnie odkryłam slow fashion – filozofię, która opiera się na tym, aby kupować mało, ale za to dobrze.

Co w tym przypadku znaczy dobrze?

Zobrazujmy to w ten sposób: możecie mieć 10 par jeansów z wyprzedaży za grosze. Z jednych strzępią się nitki, a w drugich szew przy nodze idzie krzywo. Wszystkie w ciągu miesiąca będą miały wypchane kolana, a co poniektóre zmechacą się po dwóch praniach.

Możecie też mieć jedną, droższą parę jeansów, ale takich, które idealnie podkreślają wasz tyłek, są wykonane ze świetnego jakościowo materiału, a na dodatek będą służyły przez lata.

Lepsze tkaniny, a także ich dobór w ubraniach pozwalają skórze oddychać, nie przepuszczają wilgoci i sprawiają, że człowiek się w nich nie poci. Komfort noszenia jest nieporównywalny z poliestrem najgorszej maści, którego często używają w sieciówkach. Nie mówiąc o tym, że ich wygląd przetrwa wiele sezonów. Jedyną kwestią jest to, że te wszystkie wełny merynosowe, alpaki czy kaszmiry kosztują nieco więcej niż sweter z akrylu.

Rozwiązanie?

Jedna porządna, bawełniana koszula zamiast pięciu z wiskozy. Finansowo wyjdzie na to samo, ale luksus noszenia pima cotton jest bezcenny.

Autor | Pola Janus