Weźmie tą szpadę, przebije mnie, poharata, żeliwo mnie nie zabiło, a przecież wybuchł jeszcze pożar, tylko jeden wariat z drugim mnie teraz zabiją.

Zawsze się wpakuję w jakieś gówno.

Do tamtego pociągu też nie miałem wsiadać. Miałem zostać z nią w domu, ale kazała mi się spakować. I oddać klucze. Bo nie, bo ona już nie chce być z kimś takim jak ja. Więc poszedłem na ten dworzec, zapuchnięty od ryku, wyglądałem żałośnie, bo do tego byłem i jestem przeraźliwie chudy. Kupiłem bilet, kupiłem sobie piwo, choć zawsze osoby pijące w pociągu uważałem za gorsze od siebie, patologię społeczną. W tamten dzień jednak wiedziałem, że nie wytrzymam na trzeźwo. Tylko tyle wiedziałem.

Wbiłem się pod okno, wypiłem piwo praktycznie na raz, i zasnąłem, zmęczony nią, płaczem, wiatrem, który chlastał mi po twarzy w drodze na dworzec.

A potem nagle był huk, krzyki i pożar.

W piwnicy u tego dziwnego typka było ciepło i cicho. Biała żarówka huśtała się na gołym kablu, będąc jedynym niepokojącym mnie elementem. Pokój był jasny, duży, w kącie – piec kaflowy, w drugim kącie – piła, szlifierka, wiertarka i młotki.

– Nie ćwiartuję tym ludzi – powiedział do mnie nieznajomy, widząc mój niepewnym wzrok skierowany w tamtą stronę. – Spokojnie, takie rzeczy tylko na filmach – uśmiechnął się.

Marek rozglądał się po piwnicy tymi swoimi małymi, ciekawskimi oczkami, co pewnie wszystko muszą dojrzeć i prześwietlić, choć tak naprawdę w tej piwnicy nie było niczego godnego uwagi: piec kaflowy, narzędzia, sterta prętów na środku, koło garncarskie, kartony z żarówkami. I nagle zrozumiałem: poszliśmy za jakimś ześwirowanym artystą. Świetnie.

Ręce zaczynały mi się trząść, a oddech gubić, gdy próbowałem wyplątać z kieszeni alprox, i nawet nie skupiałem się na tym, co ta dwójka do siebie mówi. Coś o szpadzie. Coś o pracowni w piwnicy. Ciekawe, czy Marek włączył już swój dyktafon i ukrył go w kieszeni. Znalazłem tabletki, wysypałem dwie (chrzanić ulotkę) na dłoń i połknąłem, z myślą, że obydwaj z Markiem jesteśmy tacy sami, próbując zarobić jak najwięcej pieniędzy na jak najdurniejszym i sensacyjnym temacie. Katastrofy sprzedają się równie dobrze, co hygge. Może o tym powinien być następny artykuł Krasniuka.

– To ty nie wiesz, że oni w biurze mają tam specjalny schowek na te wszystkie szpady, żeby mogli promocję nakręcać? Tylko podmieniają co jakiś czas na inną – mówił facet, a Marek kiwał głową ze świecącymi oczkami. – A ogólnie to zrobienie takiej szpady kilka dni by mi zajęło, to do lepszej pracowni trzeba by iść, forma, odlew, no i materiały, a kasy jak zwykle nie ma skąd brać…

Facet był wysoki, miał nastroszone włosy, rozpiętą koszulę, dresowe spodnie i brudne dłonie. Oglądał w nich z bliska skradzioną przed pół godziną szpadę, przewracał z prawej na lewo, wyraźnie zadowolony.

-Po co Ci w ogóle ta szpada? – Zapytałem, rumieniąc się, bo mój głos znowu się trząsł.

-A, do projektu potrzebuję – odpowiedział i odpalił sobie fajkę, wciąż podziwiając zdobycz.

-Do jakiego projektu? – Krasniuk przybliżył się do niego, obracając coś dłonią w kieszeni; na pewno miał włączony dyktafon.

-Muszę skończyć instalację na pogrzeb.

-Czyj – automatycznie odezwał się tamten; widać, że obudził się w nim dziennikarski kundel.

-Mistrza naszej grupy – wychrypiał. – Zabił się kilka dni temu, nie czytaliście w gazetach? – zdziwił się, pochylony na kupą prętów, bo próbował umocować wśród nich szpadę, a ja miałem już dość tego wszystkiego.

-Zaraz zaraz, to Ty jesteś z Patronatu…

-Czy ktoś mi powie, po co my tu przyszliśmy i czemu nie jestem w łóżku?! – wykrzyknąłem, prawie płacząc, i wstyd mi było, bo czułem, że kolejny atak paniki właśnie nadszedł.

-ZARUSKI NIE PRZERYWAJ! – Wydarł się na mnie ten fiut dziennikarz, co tylko tematy chce zbierać i wielką karierę robić, zasraniec mały, oby mu chociaż jakąś podwyżkę za ten tydzień dali, bo przecież nie przeżyje tego, nawet nie wie, że to wszystko i tak sensu nie ma, że ktoś go w końcu na tę szpadę nadzieje.

-Nie krzycz na niego. Z Wrocławia jesteś? – spojrzał się na mnie, a ja pokręciłem przecząco głową. – Widzisz, przyjezdny, to ma prawo nie wiedzieć, czym miasto żyje, a Ty zaraz na niego z pyskiem. – Marek osłupiał, ale się zamknął. – Widzisz, działam w takiej mało znanej grupce artystycznej, i nasz Mistrz trochę za mocno przećpał, i narozrabiał, i to było dla niego za dużo…

-Narozrabiał? On przecież dziewczynę zabił! – Krasniuk znowu się wydarł, a typek uciszył go gestem dłoni. – Przepraszam. Całe miasto o tym huczało. Miał mieć sprawę w sądzie, oczywistym było, że przegra, i na kilka dni przed..

-Zrzucił się pod pociąg – chłopak dokończył za niego. – Notabene, na peronie…

-Trzecim – wtrąciłem.

-Czyli jednak coś wiesz – facet uśmiechnął się do mnie.

-Nie, to dedukcja, w końcu na jakim innym artysta mógł odebrać sobie życie? – powiedziałem, wpatrując się tępo w brudną ścianę, czując napływające ciepło, smród pożaru, trzęsące się ręce. – A w ogóle, to po co? To bez sensu przecież.

-Nie wytrzymał,  i tyle – powiedział Marek, wyraźnie podniecony zaistniałą sytuacją; nie dość, że złowił złodzieja szpady, to jeszcze należy on do jakiejś grupy, która musiała narobić niezły ferment w mieście. Panie Krasniuk, gratuluję, trafił pan na temat miesiąca, może się pan żywić do woli.

-Nie tyle, że nie wytrzymał. Po prostu spóźnił się. – Zaczął chłopak, dziwnie za spokojny jak na temat, na który rozmawialiśmy, a ja, przeczuwając, że długo stąd nie wyjdziemy, usiadłem się na kole garncarskim, mając gdzieś, w jakim stanie będą moje dżinsy. – Wszystkie pociągi odjechały – kontynuował.

Wszystkie pociągi już odjechały. Na peronach pozostał jedynie przeciąg, owiewający żuli kurczących się na dworcowych ławkach, świstający mu koło uszu, a te, jak i cała twarz, zachodziły mu rumianą czerwienią, doprawioną szybkim biegiem, który, gdyby umiał wskakiwać na wagony, okazałby się zapewne jego ostatnim. Pozostało tylko zimno szalejące w korytarzach. Niosło echem śmiech. Nie zdążył dojechać do niej na czas, ciągle nam to powtarzał.

Usiadł na ławce i zwiesił głowę. Na trzęsących się dłoniach wykwitały pierwsze ślady odmrożenia. A jeszcze nie tak dawno miał dłonie jędrne, gładkie, takimi dłońmi złapał ją za warkocz i wyciągnął nocą z domu, choć mówił nam, że krzyczano do niego, żeby przestał. Wyciągnął ją stamtąd, jak rusałkę z pola, tutaj zawsze, gdy to mówił, kwilił, i teraz jej widmo będzie chodzić za nim już zawsze. Bo nie zdążył do niej.

Gdy się poznali, wracał do domu skośnym krokiem; miasto było wtedy zupełnie ciemne,      z prawa i z lewa nacierał na nie orkan, a jego pierwszą ofiarą został prąd. Widział na ukos, paszcze nadjeżdżających samochodów rozmywały mu się przed oczyma, musiał skakać przez wyrwane z korzeniami drzewa, raz i dwa, wiatr pozbawia życia, to taka gra, śpiewały nazajutrz dzieci sąsiadki. Wtedy była jednak pamiętna, smolista noc; w bloku, w szybie starej windy z góry nadlatywały samoloty, więc musiał wejść po schodach na szóste piętro,   do lokalu numer szesnaście. Wszedł do czarnego pokoju; nawet gwiazd na niebie wtedy nie było, z okien wlewała się jedynie smoła. Położył się na swoim łóżku, i natrafił na jakieś ciało, całe pokryte gęsią skórką. Odskoczyło przy jego dotyku. Mówiło cienkim głosem, że ma się nie bać, że jest koleżanką Dosi, i nie miała jak wrócić do siebie przez wichurę. Wszyscy w mieszkaniu myśleli, że on też nie wróci, ale my wiedzieliśmy, że on wracał zawsze.

Ponoć miała chropowatą skórę i gruby warkocz, tak nam mówił, gruby jak linę, za którą pociągnął i kazał jej spieprzać, bo to jego łóżko i jego alkohol mieszający się z krwią. Pamiętał, że w tym momencie ptak rozbił się o szybę, to pewnie jakiś psychologiczny proces zapamiętywania szczegółów, ona krzyknęła, a on poczuł, jak jego cielsko zaczyna buzować. Mięso zaczęło w nim dygotać, ekstazy i jej siostry przetaczały się przez żyły i tętnice. Złapał ją za ten warkocz, siłą zaczął wyciągać z mieszkania. Dosia, w panice, na boso, na lodowatej posadzce próbowała go uspokoić, ale odepchnął ją. Tamtą dziewczynę wyciągnął na korytarz. Gdyby był religijny, powiedziałby, że wstąpił w niego diabeł, ale on nie należał do takich, zawsze wyśmiewał tą całą Biblię. On był jednak tylko naćpany. Nie miała jak wrócić do domu, więc on wepchnął ją do samolotu.

Potem był już tylko głuchy huk.

-Chryste – przerwałem milczenie, które osiadło między nami.


Autor: Nina Paśniewska

Zdjęcie: Kadr z filmu „Pociąg”, reż. Jerzy Kawalerowicz, materiały Filmoteki Narodowej