Chrystus już nic tutaj nie pomoże, więc nie wzywaj imienia Pana Boga swego na daremne czy coś. Tak ponoć mówią. Szkoda, że już go nie, ale nikt nic na to już nie poradzi.

– Mówisz o tym bardzo spokojnie – powiedział ten zwany Zaruską. – Trochę to przerażające.

– Nie jestem psychopatą, jeśli o to Ci chodzi – zaśmiałem się. – Ludzie ćpają i umierają, i co ja na to mogę? Mam być cholerną Matką Teresą, która wszystkich kolejno zbawia?! Podaj mi lepiej wiertarkę.

Zaruska podał mi wiertło, a temu drugiemu oczy świeciły się zbyt pstrokato jak na nikłe światło piwnicznej żarówki. Dziennikarska psina. Po cholerę oni mi tu byli. Zbyt często zagaduję ludzi z nudów.

– Z Mistrzem też już mi się zaczynało nudzić – zacząłem jednocześnie mówić i wiercić w gipsie, a co, niech ma dziennikarzyna swój gorący temat, ale nie tak łatwo. – W końcu zaczął być monotonny. Rzeźba, rozgłos, chlanie, ćpanie. I tak w kółko.

A co mi tam, wywiercę czaszkę konia. Tego jeszcze nigdy nie wierciłem. Niech prowadzi mnie intuicja w tej sytuacji, niech się dziennikarz pomęczy trochę.

– Odkąd to wszystko, co robimy, wyszło do mediów, to Jeremiemu uderzyło do głowy. – Wychyliłem się do dziennikarza. – Tak, on miał na imię Jeremi.

– A co się wydarzyło? – Zaruska próbował przekrzyczeć wiertarkę tym swoim cienkim głosikiem.

Wyłączyłem ją, specjalnie dla niego, i odgarnąłem biały pył z twarzy.

– Była afera – wtrącił dziennikarzyna. – W końcu zablokowali pół miasta, jak nie całe.

– Oj, zaraz, że zablokowali – zaprzeczyłem kretynowi. – Po prostu Jeremi namówił nas do wyjścia z naszą sztuką na ulicę. Ale tak prawdziwie, bez żadnych zezwoleń, miejscowego i tych wszystkich ceregieli. W końcu przestrzeń wspólna, to też nasza, no nie?

– Adam, Ty naprawdę wiadomości nie oglądasz? – dziennikarz zwrócił się w stronę Zaruskiego.

– Od wypadku nie. – Zaruska zawiesił się. – W wiadomościach zawsze mówią o katastrofach, a ja tych mam już dość – kontynuował.

– Chłopie – zaczął pieklić się ten drugi – oni przecież ustawiali dwumetrowe krasnale z mosiądzu czy czego tam – tu spojrzał na mnie pytająco, a ja udałem, że nie zauważyłem tego wzroku – na torach kolejowych w całym mieście nad ranem, i cały Wrocław przez nich stał!

– To było zwrócenie uwagi na komercjalizację – zacząłem, i po raz pierwszy pomysł ten, który realizowaliśmy nocami, z wielkim zapałem, jak banda nastoletnich buntowników, wydał mi się debilny. – Kilka różnych akcji jeszcze było, w każdym razie.

– Na przykład dynamit w tramwajach… – ciągnął dziennikarz. – Rozsadziliście pół miasta! – wydarł się, co mi się nie spodobało.

– Zamknij mordę w mojej pracowni, nie jesteś u siebie – powiedziałem.

Oczka dziennikarzyny zdziwiły się, zmniejszyły, ale usłuchały. Zaruska uśmiechnął się pod nosem; tamten chyba też mu działał na nerwy.

– Chcesz ten swój materiał, czy nie? – zapytałem, a on potaknął. – No, to siedź cicho i słuchaj. Z dobroci serca Ci mówię, żebyście jutro na Osobowickim nam nie latali jak stado much. I wyjmij z kieszeni ten dyktafon, i stój z nim jak człowiek, a nie jak wsiór się kitrasz.

Śmiech Zaruski rozniósł się po całej piwnicy. Dziennikarz, zdębiały, wyciągnął posłusznie swój dyktafon z kieszeni i ujął go w obie rączki. Ja tymczasem przystąpiłem do lutowania; głowa konia może poczekać do jutra.

– Widzisz, to wszystko jest bardziej prozaiczne, niż się wydaje – zacząłem. – Prasa dostrzegła naszą działalność. My byliśmy nakręceni; ot co, grupa studentów namaszczona przez doktoranta – buntownika – odpaliłem fajka. – On już miał chodki w tym światku. Światku sztuki. Bo wszystkim nam chodziło tak naprawdę o to samo.

O sławę i pieniądze. Fajnie jest lutować sobie instalację w piwnicy, ale nie na dłuższą metę. A nic samo nie przyjdzie do nas, nawet po najlepszych stypendiach. Więc postanowiliśmy zrobić szum dookoła siebie.

Wszystko było dobrze, do czasu, aż prasa nie zaczęła interesować się nami za mocno. Pewnie też niejeden artykuł o nas napisałeś. Jeremi stwierdził, że nie ma co już dłużej się ukrywać, i podał swoją tożsamość. Zaczął bywać, na wernisażach, na domówkach, w klubach i w telewizji. A my dalej sobie byliśmy, i z początku odwalaliśmy całą robotę za niego. A Jeremi miał to, czego zawsze chciał – poklask.

Przestał rzeźbić, zaczął pić i wciągać; najpierw odeszły dwie dziewczyny, potem jeden chłopak. Z dwunastki w końcu zrobiła się nas czwórka razem z Jeremim. Między innymi Dosia, ta, co była przy tym, gdy… Oni tak jakby… –

– urwałem i zapaliłem kolejnego fajka.

– Za dużo ćpania, za mało pracy – ciągnąłem. – Aż zrobił to, co zrobił. Nudy, co nie? – zapytałem dziennikarza; spuścił wzrok i nie odpowiedział. – Nudy, zawiódł nas wszystkich. To tylko człowiek był, nuda bezgraniczna.

W piwnicy zapanowała cisza; słychać było jedynie dźwięk mojej lutownicy i pstrykanie zapalniczek. Co jakiś czas Zaruska zagadywał mnie, a ja mu odpowiadałem; w sumie to nie wiem, dlaczego nie wyrzuciłem tej dwójki z piwnicy. Jakoś po trzeciej, gdy wmontowałem szablę w kompozycję, była ona gotowa.

– Czemu zrobiłeś podświetlany układ pokarmowy z drutu przebity szablą? – zapytał Zaruska, a powieki opadały mu, gdy prawą ręką podpierał podbródek, a lewą palił fajka.

– Jeremi miał schizę na tym punkcie. Nie wiem czemu – i w tym momencie uświadomiłem sobie jedną ważną rzecz – nigdy go o to nie zapytałem.

O tyle rzeczy nigdy nie zapytałem mojego Mistrza. Jakie nudne.

Nad ranem ci dwaj pomogli mi włożyć rzeźbę do bagażnika mojego opla; Zaruska pojechał do studia, a dziennikarz dzwonił, coś dyktował, krzyczał, a na końcu bezczelnie kazał się podwieźć na pogrzeb.

Nie wiem, czemu to zrobiłem. Zbyt często mi się nudzi.

Trumnę spuszczono gładko; w tłumie ludzi widziałem całą naszą grupę. Prawie wszyscy płakali. Błyskały flesze. Ot, pogrzeb celebryty – mordercy, nuda. Jutro przykryją go inne newsy.

Po wszystkim poszliśmy do bagażnika po rzeźbę. Zrzuciliśmy część wieńców, aby ustawić ją na świeżo przysypanym grobie. Nieskromnie, prezentowała się znakomicie; Jeremiemu pewnie by się podobała.

W tym czasie dziennikarz mówił przez słuchawkę, że mogą puszczać.


Autor: Nina Paśniewska

Zdjęcie: Kondukt pogrzebowy Romana Dmowskiego, NAC, za wyborcza.pl