Młodzi ludzie uśmiercają na lewo i prawo, tak zauważyłem. Tutaj, pod moimi nogami na przykład, uśmiercił, akurat siebie, Cybulski. Z własnej głupoty, ale mówią, że pasuje ona młodym, więc nie powinno to nikogo dziwić. Mnie przynajmniej już nie dziwi.

Nic już mnie w sumie nie dziwi, odkąd wyciągnęli mnie ze zgniecionego wagonu, choć po ludziach z tego bliżej lokomotywy nic już nie zostało. Nic a nic.

Od tamtego czasu prowadzę dziennik, w którym zapisuję wszystko, choć nic. Każdy jeden przejechany pociągiem kilometr. Każdą jedną trasę, stację, przystanek, dworzec. Każdy jeden centymetr w tym żelastwie, który udało mi się przeżyć. Wiem, że to mania, ale wolę to, niż jak niektórzy, co po wypadku nie potrafią wsiąść do żadnego pociągu czy samochodu.

Adam mówił, mówił i mówił, odkąd tylko stanął na peronie dworca, a ja cały czas miałem włączony dyktafon, i już żałowałem, że zgodziłem się na wywiad z tym czubem. Liczyłem na góra godzinę materiału, a tutaj, po tym, jak zamówił sobie największą możliwą kawę w FC (prawie pół litrową), jak rozsiadał się w fotelu, wiem, że jak w dwóch godzinach się zmieścimy, to będzie dobrze. Zawsze wplączę się w najgorsze gówno. Mogłem iść do przedszkola robić z relację z Dnia Ziemniaka, ale jeszcze bardziej, niż gadających bez celu ludzi, byle by zapełnić przestrzeń, nie znoszę małych dzieci, ich palców obklejonych kawałkami czekolady, buź umazanych kredkami i jazgotu, który z siebie wydają. Wolę wybierać mniejsze zło. Węższą rynnę i mniej tnący deszcz.

Adam Zaruska mówił i mówił, ja zadawałem mu pytania, które pasowały do jego historii ocalenia, dyktafon nagrywał to wszystko, Zaruska stawiał w zeszycie kreskę za każdym razem, gdy wychodziliśmy na papierosa, jego palce ciągle zwijały się w tiku nerwowym.

Jutro rano przyjdzie do studia, gdzie Kasia umaluje go trochę, zakrywając podkładem nierówności złamanego nosa, Dawid zrobi mu parę ładnych zdjęć, które ukażą się na następny dzień, razem z moim wywiadem, choć w ten sam dodamy na portal relację ze spotkania autorskiego, na którym Zaruski będzie opowiadał mniej więcej to samo, co mnie teraz, siedząc przy biurku obłożonym stosami jego książki, w której opowiada to samo, co mnie teraz i co powtórzy jutro. Tylko że dwa razy dłużej, bardziej patetycznie i bez błędów składniowych.

Dwie kawy, kilka fajek, pomału ustające tiki nerwowe Zaruskiego, i już kończymy, możemy wracać do siebie.

– Pomógłbyś mi dostać się do hostelu? Lata nie byłem we Wrocławiu, i średnio pamiętam, gdzie to jest, a gubić się nie lubię – pyta mnie bezpośrednio, bo godzinę temu przeszliśmy na ty.

– Daj mi adres – mówię, a moja zgarbiona postać odbija się w szybie Wydziału Prawa.

Zaruska podał mi karteczkę i znów zaczął mówić, gdy ja prowadziłem go w stronę gmachu Uniwersytetu. Rozwodził się nad Dworcem Centralnym, gdy zza zakrętu wyłoniła się przed nami fontanna z posągiem Szermierza. I jakimś facetem z niej zeskakującym. Z długim kijem w ręce.

– Cicho! – zatkałem Zaruskiemu usta swoją dłonią. – Nie gadaj, szpadę mu kradną, w końcu!

– Że co? – szepnął Zaruski, wyrywając moją dłoń i spluwając. – To na policję dzwońmy, jak kradną!

– Nie, cicho, za nim! Ale tak dyskretnie! – wyszeptałem. Temat, właśnie pojawił się temat, temat petarda, „Złodziej szpady przyłapany”, nierozwikłana zagadka miasta, w końcu trafił mi się dobry temat, koniec z festiwalami piosenki szkolnej i wywiadami z dziwakami, w końcu coś się dzieje.

– Chodź – powiedziałem do Zaruskiego i pociągnąłem go za rękę. Złodziej rozejrzał się na boki i poszedł przed siebie.

Miał pewny krok, wyprostowaną posturę, kurtka trzepotała mu na wietrze na równi z długimi włosami. Szliśmy kilkanaście kroków za nim, ciągle uciszałem Zaruskiego, bo w głowie miałem temat może nie roku, ale tygodnia na pewno. Facet przekroczył Most Uniwersytecki i szedł w stronę Nadodrza, mocno ściskając szpadę, nie oglądając się za siebie.

– Dalej nie rozumiem, czemu śledzimy tego kolesia – powiedział Zaruski. – Pewnie nie prowadzisz mnie też w stronę hostelu?

– Szlag, zapomniałem. Jak chcesz to idź sam – Zaruski spojrzał na mnie wymownie. – No tak, zapomniałem, że nie wiesz, gdzie to jest. Trudno, chodzisz ze mną, może się przydasz.

– Idziemy za tym facetem, bo ukradł on Szermierzowi szpadę – zacząłem mu tłumaczyć, gdy kierowaliśmy się w stronę Pomorskiej. – Ona ginie notorycznie, ciągle ktoś ją zwija, i nikt nie jak i po co. To znaczy, wiadomo, że połowa z tych przypadków to pijani studenci, ale ten tutaj nie wygląda na nachlanego.

– Może naćpany? – Zasugerował Zaruski. – Albo jeszcze gorzej: wariat.

Przyganiał kocioł garnkowi, pomyślałem, gdy końcówka szpady znikała w obskurnej bramie.

– Nie ważne – powiedziałem. – Ważne, że w końcu trafił mi się jakiś ciekawy temat.

– Aha, że niby ja to zapchaj dziura – naburmuszył się Zaruski – tylko że nawet zapchaj dziury chcą iść kiedyś spać.

– CICHO, a Ty mnie nie drażnij! – syknąłem na niego, jeszcze bardziej żałując, że zgodziłem się na ten wywiad; szkoda, już zaczynałem chłopaka lubić. – Ja jestem w pracy, jak chcesz, to odpal sobie mapkę w telefonie i idź do tego hostelu, ale mi nie przeszkadzaj, bo wyjaśnienie miejskiej legendy będzie równie klikalne, co wywiad z Tobą o cudownym przeżyciu, nawróceniu, i co tam jeszcze sobie…

– Panowie – mój wybuch przerwał mi trzeci głos; gdy spojrzałem, należał on do złodzieja. Opierał się o odrapaną ścianę bramy, wyraźnie rozbawiony. – Jak tak bardzo chcecie, to ja wam pokażę, co z tym robię, bo sądząc po waszej dyskrecji, to prędzej syf byście mi zrobili, gdybyście sami weszli do pracowni, niż porządny materiał.

Zaruskiemu zaczęły latać powieki, cały zbladł; jak widać przeżycie katastrofy pociągu było dla niego o wiele prostsze niż konfrontacja z kimś o niejasnych wobec niego zamiarach.

– A jak nas zabije… – poruszył bezgłośnie wargami w moim kierunku.

– Idziecie? Zimno trochę, i wieje – złodziej naciskał, odpalając sobie fajkę; aby mieć dwie wolne ręce, szpadę oparł o ścianę. Zdezorientowany, wyjąłem swoją paczkę i stanąłem koło niego.

– Oboje jesteście zdrowo potrzaskani – wskazałem na nich, nie myśląc ani przez chwilę o tym, że choć Zaruski nie dałby mi w pysk, to ten drugi prawdopodobnie tak. – Ale będę miał tematy, dawno się tak nie ubawiłem – i wybuchnąłem śmiechem, bo nagle zrozumiałem komizm całej sytuacji.

Facet zgasił peta o szpadę, wziął ją pod pachę i kiwnął, że mamy iść za nim. Weszliśmy na czarne podwórko, bez krzty światła; w żadnym z okien kamienic je otaczających nie nikt nie miał zapalonego światła. Szliśmy cały czas prosto. Potem były już schody w dół.


Autor: Nina Paśniewska

Zdjęcie: fotopolska.eu

- POLECAMY -
Eleven Bike Fest

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułAZS UWr przegrał z AZS PWr!
Następny artykułZmarł Zdzisław Smektała
Jedyna studentka nie-dziennikarstwa w redakcji. Jej największą pasją jest literatura. Od dziecka smaruje opowiadania w ładnie oprawionych zeszytach. Ciągle coś gubi, a w wolnych chwilach przemierza Polskę pociągiem.