1. Kilka dni temu ze świata piłki odszedł jeden z wielkich, choć nie tak wielki, jak mógłby być. Może gdyby ten tekst ukazał się dziesięć lat temu, nie byłby tak pełny goryczy i żalu. Niesamowity talent Fernando Torresa spłonął szybciej, niż deszczowe lasy Amazonii. Jego kariera fizycznie upadła już osiem lat temu, teraz nadszedł czas na to, by zejść ze sceny, tak, żeby nie było wątpliwości. 

To nie będzie tekst długi, nie będzie w nim liczb, nie będzie o sukcesach, o porażkach. Takie rzeczy można znaleźć wszędzie, krótka notka „Fernando Torres pożegnanie” w wyszukiwarce Google i jest, pełno, wszędzie. Nie warto, przecież zakończył karierę już dawno temu, tysiące hektarów lasu deszczowego Amazonii temu.

Chociaż nie, będzie o porażkach. Właściwie to jednej. Takiej, która zaważyła na wszystkim. Takiej, która nie ma imienia, bo właściwie nie wiadomo dlaczego. Takiej, przez którą w 2019 roku nikt nie mówi, że odszedł jeden z największych w historii, że to gość, który strzelił bramkę w finale Euro 2008. To nie ten sam człowiek, który za owy 2008 rok dostąpił zaszczytu bycia w najlepszej trójce Złotej Piłki France Football razem z kosmitami Leo Messim i Cristiano Ronaldo. To zwykły Fernando Torres, Hiszpan emeryt z dalekiej Japonii.

Zbawca Anfield

Debiutował w seniorskiej piłce dawno temu, miałem wtedy 2 lata, nie pamiętam, więc po więcej informacji znowu trzeba sięgać do źródeł. Powiem, co wiem. Trochę w Atletico Madryt pograł, było widać, że jest „za duży” na drużynę ze stolicy Hiszpanii. Przenieśmy się sześć lat do przodu, lato 2007 roku i wielki transfer do Anglii, do Liverpoolu Rafaela Beniteza. Kibice The Reds pokochali go jeszcze szybciej, niż kibice Atleti. Wszedł i grał jak z nut, strzelał jak na zawołanie. To były czasy, kiedy Liverpool musiał bić się o trzecie miejsce w Premier League z Arsenalem, bo Chelsea i Manchester United były poza wszelkim zasięgiem. No i Torres się bił, często nawet w pojedynkę.

Tworzył tam różne duety, czy to z legendą Liverpoolu Stevenem Gerrardem, czy to z walecznym Holender Dirkiem Kuytem, który w ustach polskich komentatorów brzmiał na tysiące różnych sposobów. Ale zawsze to ten Hiszpan z długimi, blond włosami przyciągał najbardziej. Miałem 8 lat i dopiero zaczynałem wchodzić w wielki świat piłki, a napastnik o twarzy dziecka wydawał się idolem idealnym. Takim, który wciągnie mnie tam i już nie wypuści. Minęło dwanaście lat, jego przygoda z piłką się skończyła, ale o jego legendzie zapomnieć nie można.

Słabi z Hiszpanów Himalaiści

W 2010 roku Fernando Torres, który w moim tekście będzie nosił zaszczytne miano Syzyfa, był już ze swoim głazem na szczycie. Facet był tak wysoko, miał tak rozbudowane barki i taką wolę walki, że żadna lawina ani burza nie mogły go strącić z góry. Barki to jednak nie wszystko, bo sukcesywne omijanie „dnia nóg” zemściło się w najokrutniejszy sposób. Nie ma sensu zagłębiać się w szczegóły. Kolano nie wytrzymało w styczniu 2010, nie zdążyło wrócić do pełni sprawności i padło po raz kolejny, cztery miesiące później. To był początek końca, właściwie koniec, zanim ten początek zamienił się w stałą.

Później przygoda z Chelsea, która była porażką pod każdym względem. Stosunek meczów Torresa do meczów zespołu, meczów do goli, goli do strzałów, strzałów do kontaktów z piłką… Dramat. Mijały lata, a człowiek, w którego grze zakochałem się jako ośmiolatek mijał razem z nimi. Przebłyski były, było wypożyczenie do Milanu, piękna bramka w debiucie. Coś było. Ale w dłuższej perspektywie nie było nic.

Wszędzie średnio – w domu trochę lepiej

Wreszcie wrócił do domu, do Atleti. Do domu, z którego go nie pamiętam. Z krótkimi włosami, których nie znałem jako dziecko. Bez błysku, nieustępliwości i szybkości, które były dla niego tak charakterystyczne. Przebłysków było więcej, momentami wracał ten wielki El Nino, który zaszczepił we mnie pasję. To wszystko za mało, bo w rzeczywistości nie wrócił nigdy.

Może porównanie marne i nie na miejscu, ale Torres nie stał się hiszpańskim Arkadiuszem Milikiem, zanim o Miliku w ogóle usłyszano. Ten głaz, którego nie udźwignęło kolano El Nino, stoczył się na dół, a na dole nie było już tak świetnie zmotywowanego i zbudowanego człowieka. Ten Syzyf nie okazał się herosem ze stali, który zniesie każdy ból, ale wróci na swoje miejsce, czyli absolutny szczyt światowej piłki.

Czas się pożegnać

Wielu już o nim zapomniało. Fernando Torres to kawał historii piłki nożnej, kawał historii reprezentacji Hiszpanii, która dzięki niemu (EURO 2008) zaczęła swój marsz ku dominacji w Europie i na świecie. Pięknymi słowami żegnał go Andres Iniesta, rok temu żegnało go Wanda Metropolitano. Nie pożegnał go świat. Nie tak, jak mógłby na to zasłużyć, gdyby nie ten cholerny głaz i te kolana, które nie pozwoliły mu zejść ze sceny niepokonanym. Fernando Torres jest moją osobistą legendą i piłkarską miłością dzieciństwa. Niech Ci się wiedzie, El Nino!


Dawid Walczuk
Zdjęcie: Instagram