Nazywam się Joanna. Jestem malarką i grafikiem komputerowym. Mieszkam w 100-metrowym mieszkaniu w jednym z najwyższych apartamentowców w mieście. Gdy wstaję rano, maluję oczy cieniem od Chanel i zakładam sukienkę od Prady. Na stopy wkładam Louboutiny. A dziś wieczorem mam swój wernisaż i liczę na to, że moje niedawno namalowane dzieło pójdzie za paręset tysięcy.

Dobra, żartowałam. Dobra, kłamałam. Albo nie – to przecież marzenia. Ponoć czasem chyba warto marzyć.

Tak do końca w sumie nie skłamałam. Naprawdę nazywam się Joanna. Jestem grafikiem, maluję, jestem magistrem, nie mam pracy, mieszkam w pokoiku dziesięć metrów kwadratowych na końcu Wrocławia. Nie idę na wernisaż, tylko na moją już dwudziestą rozmowę kwalifikacyjną w tym miesiącu.

Gonię za szczęściem, bo wmawiano mi, że mój polish dream się spełni. Wrocław to przecież miasto wielkich perspektyw. Jak na razie moje dotychczasowe osiągnięte horyzonty to: hostessa w supermarkecie, staż w internetowym sklepie, gazeta studencka…no i film w „Nowych Horyzontach”. W końcu to też jakiś horyzont. Skończyłam dziennikarstwo, ale dziennikarskiej krwi w moich żyłach nie ma ani troszeczkę. Nigdy nie miałam w sobie poczucia misji. Odbębniłam jednak te studia i teraz gram rolę typowej, niedocenianej artystki.

Nie wiem właściwie, dlaczego jestem tu, gdzie jestem. Być może trochę wybredna ze mnie kobieta. Pewnie, gdybym miała już desperacko chwytać się każdego zajęcia, żeby tylko nie umrzeć z głodu, mogłabym być teraz np. sprzątaczką. Chociaż słyszałam, że firma sprzątająca to niezły biznes, to jednak podziękuję.

Kontener na śmieci

Jest weekend. Nad moją głową trwa huczna impreza, moi współlokatorzy wyjechali w góry, a ja eksploruję wrocławski rynek pracy – taki bogaty, a jednak taki ubogi. Głowa mi już pęka. Nie wiem, czy to od komputera, czy z niemocy, czy dlatego, że wczoraj kuchenny okap prawie mnie nie zabił, kiedy uderzyłam w niego z całej siły czołem. Gdy wybija osiemnasta, dopijam ostatni łyk kawy i zamykam laptopa. Dość.

Zakładam swój ulubiony kożuch i wychodzę na spacer po okolicy. Jest ciemno i mroźnie. Zatrzymuję się na skrzyżowaniu i zastanawiam, w którą stronę iść.

Wtedy uświadamiam sobie, że nawet nie mam swojego ulubionego miejsca. Żadnego miejsca na reset, na przemyślenia, na schronienie…Szok.

Łapię się za bolące wciąż czoło i wybieram drogę na północ. Trafiam na osiedle. Przede mną stoi jedynie kontener na śmieci. Idealna metafora mojego życia. Już cały świat daje mi do zrozumienia, czym jestem.

Zdaje mi się czasem, że jestem w podróży międzygalaktycznej od 1992 roku (czyli odkąd się urodziłam), tylko w pewnym momencie mój kosmiczny statek się rozbił, a ja nie potrafię go naprawić.

Były korposzczur na statku

Byłam korposzczurem. Byłam zestresowana, wyrywałam sobie włosy z głowy. Ale przynajmniej czułam się potrzebna. Potrzeba bycia potrzebnym jest bardzo ważna. Ale kopnęli mnie w tyłek. Trudno. Gdzie indziej też by mnie pewnie wykopali, wydymali, podeptali…

Czasem jadę przez Wrocław i widzę ponad pół miliona ludzi na ulicach. Zastanawiam się, czy poukładali sobie życie. Czy może też płaczą w poduszkę, licząc ostatni grosz. Patrzę na wszystkie atrakcje, które oferuje miasto, a na które ja nie mam pieniędzy.

Smutnieję znowu.

Wiele młodych ludzi pewnie nie ma pracy, tak jak ja. Ale za to mają pewnie partnera, który ich wspiera. A ja nie mam ani pracy, ani partnera. Ba, ja nawet nie szukam partnera, chociaż paradoksalnie wiem, że byłoby mi łatwiej.

Oj Aśka, Aśka…Jesteś taka dziwna.

Smutnieję jeszcze bardziej.

Dochodzi godzina 21:00. Leżę na łóżku i patrzę w sufit. Po policzkach cieknie mi roztapiający się lód, który położyłam sobie na czoło.

Wzdycham ciężko i czuję, że wyczerpały mi się już wszystkie pomysły na ten beznadziejny dzień. Pooglądałam vlogi na YouTube, pooglądałam głupie seriale, pooglądałam głupie memy, dowiedziałam się, że ktoś sprzątnął mi sprzed nosa stanowisko w dziale marketingu w Starbucksie.

Mój współlokator spytał mnie wtedy „I co teraz będziesz robić?” odparłam, że wyślę CV gdzie indziej. W końcu nie samym Starbucksem człowiek żyje.

Nagle z letargu wybudził mnie dźwięk wiadomości. Paweł wysłał mi zdjęcie przedstawiające wyspę Disappointment. Z podpisem, że to chyba jest idealne miejsce dla mnie.

Świetnie, wszyscy naokoło mają mnie za jedną wielką nieudacznicę i narzekaczkę. Wzdycham, ale nagle czuję, jak gdyby właśnie uderzył we mnie piorun, który przyniósł mi tym uderzeniem dawno nie doznane olśnienie.

Rzucam swój okład na podłogę i uruchamiam komputer. Postanawiam dowiedzieć się więcej na temat tej dziwnej Wyspy Disappointment. Wikipedia powiedziała mi, że jest to niewielka wyspa, leżąca w archipelagu Wysp Auckland, niedaleko Nowej Zelandii. Co najważniejsze – jest bezludna. Brzmi jak miejsce stworzone dla mnie.

Nigdy nie byłam osobą spontaniczną i szaloną. Ale w tym momencie narodził się we mnie iście szalony i wręcz awykonalny pomysł.

Chcę odwiedzić Wyspę Disappointment. Najlepiej sama, na swojej własnej łódce. Chcę być samotnym żeglarzem. Odwiedzę Wyspę Disappointment.

Tej nocy zasypiam z bijącym z ekscytacji sercem.

Witaj, morze. Żegnaj, miasto.

Budzę się z poczuciem bycia innym człowiekiem. Czuję się czysta, zmobilizowana i wyjątkowa. Chyba tak właśnie czuję się człowiek z poczuciem celu i wychodzący z powtarzającego się schematu życiowej matni. Zdobędę Wyspę Rozczarowanie. Już niedługo liczba ludności wzrośnie tam o jeden. Mój rozbity statek kosmiczny stoi teraz odnowiony.

Nie wiem, co robię kiedy pakuję rzeczy.

Ale to robię.

Patrzę ostatni raz na swój komputer. Zamykam drzwi do swojego pokoju – drzwi do moich wszelkich udręk.

Widząc mnie z walizką, siedzący w pokoju Paweł i Natalia patrzą na mnie ze zdziwieniem.

– Znowu odwiedzasz rodziców? – pyta Paweł.

– Nie. Otóż wybieram się na wycieczkę. – mówię z szerokim uśmiechem

– Gdzie?

– Tam, gdzie należę. Na Wyspę Disappointment.

Śmieją się, a ja zostawiam ich ze świadomością, że tylko żartowałam. Przecież zawsze tylko żartowałam ze swojego życia.

Właściwie nie wiem, czy dotrę na Wyspę Disappointment. Nie wiem, czy uda mi się skombinować tę łódkę. Może rozbiję się na morzu, a może dotrę na miejsce i utrwalę tam najpiękniejszy pejzaż, jaki kiedykolwiek udało mi się uwiecznić? I może będę chodzić w Louboutinach.

Nie wiem, co będzie, ale zacznę od wyjścia z domu.

Autor | Natalia Kubala

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułŻycie w trybie offline
Następny artykułInstytut Psychologii wsadza kij w mrowisko
Na co dzień mieszkam we Wrocławiu, choć pochodzę z Jeleniej Góry. Interesuję się głównie niewyjaśnionymi zjawiskami, tajemnicami świata, zbrodniami, parapsychologią i zjawiskami paranormalnymi. W wolnym czasie lubię też pisać rozmaite formy literackie, zwiedzam zakątki świata, robię zdjęcia i montuję wideo. Nie jestem typem sportowca, więc relaksuję się najczęściej grając w Sims, albo Fifę, rozwiązując krzyżówki, oglądając filmy, seriale a nawet kreskówki i spaceruję. Ciężko przeżyć mi dzień bez wyjścia z domu :)