Reportaż powinien oddziaływać na zmysły czytelnika. Właśnie dlatego często spotykamy się w nim z barwnymi opisami angażującymi nasz wzrok, węch, zapach, czy nawet smak i słuch. Poprzez odwołanie się do usłyszanych bądź skojarzonych piosenek reportażyści nadają treści wielowymiarowości. Ziemowit Szczerek podsyca ironię, a Ed Vulliamy obrazuje, czym jest prawdziwe cierpienie – pisze Mariusz Bartodziej.

Suchy tekst nie przekona nawet najbardziej wprawnego czytelnika. Od jednego słowa autora w głowie czytającego powinny narodzić się dwa kolejne – wtedy książka żyje i pochłania książkowego mola. Jednym ze sposobów tchnięcia życia w swe dzieło jest intertekstualność. Odesłanie czytelnika do innego dzieła, by jeszcze dokładniej zobrazować przedstawiany problem, to doskonały zabieg. Musi być jednak odpowiednio zastosowany, a przedstawieni przeze mnie autorzy świetnie się w tym odnajdują.

Absurdalna Ukraina

„Tatuaż z Tryzubem” to książka o nowo powstającej Ukrainie, pełnej kontrastów i absurdów. Rozmówcy Szczerka zamieszkujący pogranicze nie ukrywają, że kontrabanda jest powszechna. Często to dzięki niej we wsi mieszkańcy mają wodę i gaz. Tę niedorzeczność doskonale ukazuje, odwołując się do grupy Kurwa Matj ironicznie przedstawiającej ten problem w „Hymnie Mościsk”:

Im dalej na wschód, tym bliżej Rosji. Im bliżej Rosji, tym dalej od cywilizacji Zachodu. Różnica kulturowa przy wjeździe do obwodu charkowskiego była dla autora namacalna. Piosenka, która była wtedy nadawana w radiu potęgowała to wrażenie. Tytuł „Stairway to Heaven” zdaje się w tym kontekście ironiczny, ale już słowa „There’s a feeling I get when I look to the West, and my spirit is crying for leaving” doskonale oddają uczucie niejednej osoby wkraczającej do Donbasu.

Muzyka potrafi rozładować nawet największe napięcie. Uwagę brytyjskich oficerów będących od rana w patetycznych nastrojach łatwo przyciąga komercyjny kawałek „puszczony” w telewizji. Autor abstrakcyjnie określa wokalistkę mianem rosyjskiej Lady Gagi i natychmiast buduje w czytelniku komiczny obraz zderzenia dwóch kultur, z którego nie może wyjść nic dobrego.

Muzyka, znaczy cierpienie

Reportażysta w swych książkach odwołuje się do piosenek nie tylko w celu osiągnięcia komizmu. „Wojna umarła, niech żyje wojna” to reportaż dotyczący odkrycia obozów śmierci na terenie Bośni i konsekwencji, jakie za sobą niosło. Ed Vulliamy, by zobrazować poniżenie, jakiego doznali Boszniacy (twór językowy do określenia Bośniaków wyznania muzułmańskiego) pod jarzmem Serbów, przedstawił relację jednego z więźniów – Edina. Tortury i obelgi nie wystarczyły: kazali śpiewać Muzułmanom „kto mówi, kto kłamie, że Serbia jest mała”, aby odebrać im resztki godności.

To nie jedyne użycie piosenki przez autora w reportażu dla zobrazowania tragedii więźniów obozów pokroju Omarskiej. Muzyka zdaje się prostym sposobem na zagłuszenie krzyków torturowanego. Jednak gdy w celi poniżej słychać zwierzęce jęki zmieszane z tekstem przeboju Sinana Sakicia „Pusti me da živim” [Pozwól mi żyć], trudno uniknąć rozpaczy. Ta ironia mówi więcej niż opis tortur.

(zobacz materiał)

Dobranie odpowiedniego utworu może nadać jej nowego sensu w odniesieniu do książki. Dla Emira „One” od U2 było hymnem dla ONZ w Bośni. Konkretnie chodziło o fragmenty oskarżające adresata. O to, że przyszedł „zgrywać Jezusa” i próbuje „ożywić to, co umarło”, bo Zachód przez większość konfliktu patrzył z założonymi rękami, a wręcz przymykał oko na poczynania Karadžića. Pozornej sprawiedliwości doszukiwał się dopiero po ustaniu wojny. Pretensje rościł również o to, że „Jezus” czyni to tylko dla uspokojenia własnego sumienia.

Melodie z pogranicza

W innej swojej książce – „Ameksyce” – Vulliamy zajmuje się badaniem terenów przy granicy Meksyku i USA, z naciskiem na pierwsze z państw. Szeroko ujęty temat kontrabandy doskonale uzupełnia przytaczaniem rozmaitych narcocorrido – piosenek opiewających czyny przemytników. Zawarte w nich historie miłosne są bardziej tkliwe niż niejedna ballada. „Contrabando y traición” (kontrabanda i zdrada) zespołu Los Tigres del Norte to przebój, który doczekał się kontynuacji, by przedstawić dalsze losy jego bohaterów.

Piosenka stała się nawet jednym z dwóch powodów, dla których reportażysta zdecydował się odwiedzić Juárez. Konkretnie chodzi o utwór „Just Like Tom Thumb’s Blues” Boba Dylana i jego początek „When you’re lost in the rain in Juarez and it’s Eastertime too”. Zapoznanie się z treścią piosenki ułatwia zrozumienie miasta, w którym królują pieniądze i żądze.

Muzyka ma także ukrytą moc – potrafi utrwalić w pamięci ludzkiej coś, co w przeciwnym razie by z niej uleciało. Tak stało się z jednym z bliźniaczych miast (miasta partnerskie znajdujące się po dwóch stronach granicy), które odwiedził Vulliamy. Laredo po stronie amerykańskiej i Nuevo Laredo po meksykańskiej różni niewiele. Jednak to pierwsze zostało uwiecznione w piosence „The Streets of Laredo” i zawsze będzie bardziej charakterystyczne.

Jeszcze trochę kultury

Odwoływanie się do muzyki wnosi coś do samego tekstu. Jednak niesie to za sobą jeszcze inną konsekwencję – angażuje. Potrafi wejść w leniwca tkwiącego w każdym z nas i rozsadzić go od środka. Wystarczy odrobina chęci, by odłożyć na moment książkę, prześledzić zawarte w niej utwory i wybrać się w fascynującą podróż po świecie muzyki, która pozwoli nam zaznać jeszcze trochę kultury.


Autor: Mariusz Bartodziej

Zdjęcie: Wydawnictwo Czarne