Michael Thomas Edwards, znany większości jako Eddie Orzeł jest najsłynniejszym, ale nie najlepszym skoczkiem narciarskim wszech czasów. O najlepszych skoczkach powstają co najwyżej filmy dokumentalne. O niezwykłej historii Edwardsa opowiada produkcja Eddie zwany orłem. Pytanie co było powodem tak wielkiej sławy skoczka?

Michael Thomas Edwards w prawie każdych zawodach, w których udało mu się wziąć udział, zajmował ostatnie miejsce. Jednak nie to było przyczyną jego sławy. Starsi kibice skoków narciarskich pewnie pamiętają ten specyficzny uśmiech na twarzy, gdy siadał na belce przed skokiem.

Eddie miał tylko jeden życiowy cel – start na igrzyskach olimpijskich. Nieważne, w jakiej konkurencji, byle tylko się tam znaleźć. Będąc dzieckiem, próbował swoich sił w dyscyplinach lekkoatletycznych. Rzucał oszczepem, dyskiem, skakał przez płotki. Jak na „wielkiego sportowca” przystało był bardzo podatny na kontuzje. Liczne stłuczenia, skręcenia i złamania nie podcinały skrzydełek brytyjskiemu orzełkowi.

Bystry Eddie wpadł na pewien pomysł: „wystartuję w konkurencji, w której nie ma konkurencji”. Chodziło oczywiście o skoki narciarskie. Sportowiec wykorzystał fakt, że w Wielkiej Brytanii nikt nie skacze na nartach, a że przepisy olimpijskie pozostawały niezmienne od ponad 52 lat i w zasadzie każdy, kto założył narty, skoczył i ustał, miał szansę na kwalifikację olimpijską. Z myślą o starcie na igrzyskach pojechał do Garmisch.

Tam rozpoczął swoją przygodę ze skokami. Liczne próby kończyły się (jak można przewidzieć) upadkami, bo nie wszyscy są przecież Bronsonem Peary’m. Ten nawet w stanie wskazującym z fajką w buzi skakał telemarkiem niczym Kamil Stoch. Kim był? To jedna z głównych postaci filmu o naszym orzełku, która bierze go pod swoje skrzydła i  uczy jak się skacze. W rzeczywistości nie było takiej osoby, ale jakoś trzeba było wyjaśnić widzom, w jaki sposób Eddie nauczył się skakać. Według producentów to dzięki niemu pojechał na igrzyska olimpijskie do Calgary. Jak przystało na legendę zajął tam ostatnie miejsce, ale miał taki uśmiech na twarzy, jak dziecko na widok prezentów z komunii.

Innymi nieścisłościami między rzeczywistością a filmem są sceny z igrzysk, które były kręcone w Garmisch. Nie sposób pominąć także stylu skoku zaprezentowanego w filmie. Na igrzyskach w Calgary zawodnicy nie skakali jeszcze w stylu „V”, wprowadzono to dopiero dwa lata później. Film jednak w ciekawy sposób opowiada historię Eddiego Orzełka.


Autor: Kacper Stępień
Zdjęcie: Instagram