Jeżeli myśleliście, że po Avengers: Endgame Marvel nie będzie Was już w stanie niczym zaskoczyć i zadowolić, to byliście w wielkim błędzie. Nowa część przygód Petera Parkera to produkcja pełna intrygi i słodkiego romansu, która zadowoli każdego fana komiksów, a zwłaszcza tej postaci.

Spider-man: Far From Home zaskakująco jest oficjalnym zakończeniem trzeciej fazy Marvel Cinematic Universe. Na początku, tak jak wielu innym osobom, wydawało mi się to dosyć dziwne. Każdy podejrzewał, że to właśnie historia poprzedzająca Far From Home, czyli spektakularny Endgame, zamknie rozdział w historii Marvela. Dzisiaj, po obejrzeniu wspólnego dzieła Sony i Disney, jestem w stanie przyznać, że była to dobra decyzja.

Co się zmieniło po Endgame?

Nowa część przygód Petera Parkera w prosty sposób wyjaśnia, jak funkcjonował świat w pięcioletniej przerwie pomiędzy wydarzeniami z Infinity War a Endgame. Jednocześnie, pokazuje, jak świat radzi sobie z tym, że tak zwany „blip”(tak nazywa się teraz w MCU dzieło Thanosa), został zupełnie cofnięty. A wszystko to, jak można się domyślić, na przykładzie rodziny, a głównie szkoły Parkera.

Dana szkoła pełna jest ciekawych postaci, które kreują zróżnicowany krąg towarzyski Petera. W rolach głównych powracają tutaj znani nam już aktorzy. W tytułową rolę ponownie wciela się Tom Holland, gdzie Far From Home jest piątym filmem, w którym zakłada on maskę i niebiesko-czerwony spandex, w przeciągu zaledwie trzech lat! Młody Brytyjczyk (który gra nowojorczyka, coś tu nie gra) ponownie udowadnia, że jest najlepszym Spider-Manem w historii. Dodatkowo, zobaczymy takich aktorów jak Samuel L. Jackson, Zendaya, Marisa Tomei, Jacob Batalon czy Jon Favreau, powracających do swoich ról z Marvel Cinematic Universe. Nowym dodatkiem do tego świata, jest Jake Gyllenhaal, który odgrywa rolę Quentina Becka, ale o tym trochę później.

Sama fabuła jest dosyć nietypowa jak na historie o Spider-manie. Przede wszystkim dlatego, że wydarzenia mają miejsce nie w Nowym Jorku, a w Europie. Czyli tak jak tytuł wskazuje, „daleko od domu”. Akcja odbywa się kilka miesięcy po wcześniej wspomnianym „blipie”. Peter Parker ma już dosyć bycia superbohaterem, i jak każdy w świecie, chce czasami odpocząć. Z tej okazji, wyjeżdża on ze szkołą na wycieczkę po najpiękniejszych miastach Europy.

Nasz ulubiony pajęczak nie ma jednak tak łatwo. W świecie superbohaterów, jeżeli uciekasz od obowiązków, to one same Cię nadganiają. Już na początku trasy na Starym Kontynencie, Parker zostaje zwerbowany przez Nicka Fury’ego, żeby pomóc mu się rozprawić z „żywiołakami”. Nie będzie jednak sam, jako że w tej walce pomoże mu także Mysterio, czyli postać odgrywana przez Jake’a Gyllenhaala.

Prześwietne interakcje z pozostałymi postaciami

To moim zdaniem jest dużym plusem tego filmu. Mamy tutaj multum dobrze napisanych momentów, za które należą się scenarzystom – Chrisowi McKennie i Erikowi Sommersowi wielkie brawa.

Na początku muszę wspomnieć o samej postaci Quentina Becka, czyli Mysterio. Jako małe dziecko, czytałem ogrom zeszytów z pajęczakiem i oglądałem masę kreskówek z nim w roli głównej. Od tamtego momentu, to właśnie noszący na głowie akwarium iluzjonista, był moim ulubionym „złym gościem” z galerii przeciwników Petera Parkera. Dlatego też niezmiernie ucieszyłem się na wieść o tym, że w końcu dostanie swoje pięć minut na wielkim ekranie. Jake Gyllenhaal poradził sobie z tą rolą doskonale.

Jednak materiały promocyjne, jak i sama fabuła obrazu, przedstawiają go jako dobrą osobę, za pomocnika Parkera. Wokół postaci odgrywanej przez Gyllenhaala zbudowana jest ogromna intryga – ufać mu czy nie? Jakie są jego motywacje i cele? To wszystko jest perfekcyjnie, stopniowo wyjaśniane, a sceny z Hollandem i Gyllenhaalem są bardzo satysfakcjonujące. Nie mówiąc już o scenach walki z udziałem dwóch bohaterów. Czysta przyjemność dla oczu.

Bardzo też każdego ucieszy wątek romantyczny Parkera z odgrywaną przez Zendaye MJ. Dawno nie widziałem na wielkim ekranie historii miłosnej tak szczerej i typowej dla dzisiejszego świata. Dwójka aktorów, Holland i Zendaya, posiadają ze sobą przeuroczą chemię, którą będzie się miło oglądać każdemu fanowi romcomów i filmów o licealnej miłości. Przez całe dwie godziny filmu, siedziałem z zaciśniętymi pięściami i przysłowiowo „trzymałem kciuki” o powodzenie tej pary.

Stawienie czoła odpowiedzialności

Od stworzenia Petera Parkera przez Stana Lee, Steve’a Ditko i Jacka Kirby’ego, najważniejszą ideą tej postaci było zmierzenie się z odpowiedzialnością. Moim zdaniem, nie ma produkcji o Spider-manie, która lepiej radzi sobie z tą zagwozdką (no dobrze, może poza drugą częścią trylogii Raimi’ego). Czy zależy mi na tym, żeby uratować świat? A może bardziej na tym, żeby spędzić czas z ukochaną i przyjaciółmi? Może jednak chcę się skupić teraz na sobie? Między innymi na te kwestie, Parker cały czas musi znajdować odpowiedź. Koniec końców, Far From Home dobrze odpowiada na te pytania. Reżyser Jon Watts pokazuje tą historią, że kluczem jest balans, pomimo tego, że nie jest łatwy do osiągnięcia i czasami przychodzi z trudem i z pewnym kosztem.

Do problematyki odpowiedzialności fantastycznie wpisuje się postać Mysterio, a także idea Tony’ego Starka, który dopiero co opuścił Marvel Cinematic Universe, poświęcając się na koniec Endgame. Quentin Beck jest w pewnym sensie nowym autorytetem dla Petera Parkera, a co raczej ważniejsze, przyjacielem ze świata superbohaterów. W pewnym momencie jednak sprawia on, że główny bohater musi podważyć swoje wartości i światopogląd. Dlatego tak dobrze pasuje do tej części.

Inną kwestią, z którą musi zmierzyć się Spider-Man, jest spuścizna, którą zostawił mu wcześniej wymieniony Tony Stark. Cały świat stawia Peterowi pośrednio pytanie –  czy zostanie kolejnym Iron Manem? Jest to olbrzymie brzemię dla tak młodego superbohatera, którego ciężar odczuwa już w Europie. Z drugiej strony, Jon Watts stara się powoli odejść od motywu przejęcia pałeczki po najpopularniejszym superbohaterze w MCU. Po napisach końcowych, doszedłem do wniosku, że znalazł on w tym idealny balans. I nie mógł bym być szczęśliwszy z faktu, że wyreżyseruje on kolejną część przygód mojego ulubionego bohatera.

Nie ma w Hollywood produkcji idealnych, a jako olbrzymi fan Spider-Mana, tym bardziej powinienem wytknąć takiemu filmowi błędy i wady. Z czystym sumieniem mogę jednak stwierdzić, że nie czuję takiego obowiązku. Jeżeli ktoś wybierze się na to ot tak do kina, to zdecydowanie znajdzie dziury fabularne czy po prostu elementy, które nie pasują mu do reszty. Dla mnie osobiście, od dawna nie było tak dobrej adaptacji historii o Peterze Parkerze. Stawia ona głównego bohatera przed fundamentalnymi problemami, jednocześnie mocno odświeżając tę postać, jej przygody, otoczenie, i postacie. A o scenach po napisach, na których podskoczyłem z emocji jak małe dziecko, to już nie wspomnę. A wszystko to w klamrach realizmu, które obowiązują w Marvel Cinematic Universe.


Autor: Mateusz Miter
Zdjęcia: Instagram