Co dwie głowy, to… cykl artykułów pisanych z dwóch perspektyw – Daniela Stojanowskiego i Pauliny Grudy. Czasami podobnych, często różnych. W tym wydaniu opisujemy nasze wrażenia z pierwszego razu w Operze Wrocławskiej.


Daniel

Sala wysoka na kilka pięter. Czerwień i złoto. Mnóstwo osób w siwych już włosach. I my – młodzi, siadający nie na swoich miejscach (za pozwoleniem), zupełnie nie pasujemy. Opera okazała się być dużym pozytywnym zaskoczeniem.

Wybraliśmy „Łucję z Lammermooru”, która grana jest we Wrocławiu od marca 2014 roku. Po wejściu wciąż można było kupić bilety. Nie sprawdziły się głosy, że wszystkie miejsca są zawsze wykupione. Na całe szczęście, bo dzięki temu mogliśmy się przesiąść z trzeciego balkonu do trzeciego rzędu na parterze. Wrażenia były zupełnie inne.

Przez początkowe 40 minut walczyliśmy ze sobą. Widziałem po Paulinie, że męczy się tak samo mocno, jak ja. Na scenie nie działo się nic. W dodatku ten akt miał to do siebie, że niemal każdy wers był powtarzany na kilka głosów. I tak w kółko. Prawie usnąłem. Jednak pierwszy akt się skończył i do gry weszły „efekty specjalne”. Scenografia zaczęła się obracać, historia damy zakochanej w nieodpowiednim dla niej mężczyźnie wciągnęła mnie, a muzyka zamiast usypiać – pobudzała.

Po 20-minutowej przerwie wróciliśmy na salę. Część widowni się przesiadła i za nami usiadły dwie starsze panie. Ich głośna rozmowa o tym, że trzeba do kogoś zadzwonić (dzwonić w operze?!) była tak rozpraszająca, że musiałem je uciszyć. Nigdy nie sądziłem, że będę to robić w takim miejscu. Jak widać, to nie budynek świadczy o kulturze ludzi, którzy do niego wchodzą.

Wrażenia, jakie zostały mi dostarczone, satysfakcjonują mnie w zupełności. Czegoś takiego się właśnie spodziewałem. Nie spodziewałem się natomiast, że wszystko będzie na tak zaawansowanym poziomie od strony technicznej. Scenografia była oszałamiająca, a podnosząca i obracająca się scena dostarczyła efektu „wow”. Przeszkadzać mogło jedynie wysokie umieszczenie ekranu, na którym były wyświetlane polskie napisy (opera była w języku włoskim). Nie wiem też, jak odebrałbym całość, gdybyśmy zostali na trzecim piętrze.

Póki „Łucja” jest wystawiana – idźcie. Bilety są droższe, niż do teatru, ale warte tego, czego z Pauliną doświadczyliśmy.


Paulina

Kojarzycie scenę z filmu ‘Nietykalni’ kiedy główni bohaterowie siedzą w operze?

Właśnie tak zawsze sobie to wyobrażałam. Na szczęście, rzeczywistość okazała się inna. Zdecydowanie bardziej przystępna.

Naprawdę bardzo mi się podobało. Niesamowita scenografia, stroje, ruszająca się scena i bardzo utalentowana śpiewaczka w roli głównej zdecydowanie zawładnęły moim sercem. Choć pierwsze 40 minut było ciężkie i myśleliśmy już o wyjściu w najbliższej przerwie. Jeszcze przed przerwą akcja przyspieszyła, a tak właściwie to dopiero się zaczęła. Cała opera była po włosku, co też było ciekawym doświadczeniem. Czytanie napisów wyświetlanych na ekranie nad sceną było jednak dość męczące, ponieważ siedzieliśmy przy samej scenie. Tutaj rada:  jeśli nie stać was na bilety za 160zł, warto kupić tańsze i spróbować znaleźć wolne miejsca bliżej sceny. Nam się udało, drugi rząd na trzecim balkonie mógłby okazać się mało satysfakcjonujący.

Bardzo nie chciałabym oceniać samego przedstawienia. Podobało mi się, ale jest to odczucie kompletnego laika. Cieszę się, że trafiliśmy na operę klasyczną, chyba dobrze jest od tego zacząć. Jednak jestem ciekawa opery po polsku. Choć wyświetlano polskie napisy, ciężko było mi się w niektórych momentach „połapać”, kto i co śpiewa.

Zdziwiła mnie publiczność. Choć byłam przygotowana na to, że będą to raczej dojrzali odbiorcy, nie przypuszczałam, że aż tak bardzo zaniżymy średnią wieku na sali! Nie było praktycznie nikogo w naszym wieku, a wszystkie starsze panie patrzyły na nas z zaciekawieniem i bardzo ładnie się uśmiechały.