Co się stanie, gdy bohaterowie bajek Disney’a dorosną? Będą pracować w korpo i spełniać sypialniane fantazje w imprezowej Mekce Europy czy raczej poznawać obce kultury wprowadzając sexting na nowy poziom gry? Zobaczcie sami!

 

Atomówki w krainie rozpusty

Netflix przez ostatnie kilkanaście miesięcy raczy nas swoimi produkcjami, które po kwietniowych Ziomalkach (świeć, Panie, duszy tłumacza), nie zmierzają w stronę czerwonego dywanu. W maju, a właściwie chwilę przed dniem naszych niezastąpionych matek, została wypuszczona do filmowego obiegu produkcja o wymownej nazwie Ibiza. Jak dotrzeć do tytułowej świątyni? Wyjaśnia to Harper (Gillian Jacobs), Nikki (Vanessa Bayer) i Leah (Phoebe Robinson) – młode, pięknie i gniewne, które na co dzień mieszkają i pracują w Nowym Jorku. Korpo-szefowa Harper  proponuje jej wyjazd w  delegację do Barcelony. Po namowach przyjaciółek, razem wyruszają na podbój Europy. Dają się porwać hiszpańskim rytmom i trafiają na największą klubową imprezę wieczoru, gdzie delegatka z wzajemnością zakochuje się w DJ’u. Spotkanie, choć godne bajek Disney’a, jest wstępem do dalszej znajomości. Na następny dzień dziewczyny wylatują na Ibizę, gdzie wybranek Harper ma grać następny koncert. Ponownie się spotykają, a ich romans kwitnie. Przez gorącą noc z DJ’em Harper ma problem z dotarciem na najważniejsze w swojej karierze służbowe spotkanie, przez co po powrocie zostaje zwolniona.

Filmowa pisanka

Macie czasami taki czas w życiu, że po długotrwałym stresie, zabójczych nerwach i godzinach ciężkiej pracy w kamieniołomach potrzebujecie odmóżdżającego filmu? Specyfiku, który nie będzie wymagał myślenia, łączenia powiązań godnych zamachu na prezydenta i egzystencjalnych rozważań romantyków – po prostu lekkiego. Ibiza wpisuje się idealnie. Produkcja bardzo estetyczna technicznie, miła dla oka. Dobrze wykadrowane zdjęcia o wyostrzonych kolorach i przyjemnie dograna muzyka są kołem ratunkowym, które przekonuje, że film jest dobrze zrobiony. Jednak nie bez powodu mówią, że  ładna miska jeść nie daje. Zawiła fabuła, nagłe zwroty akcji i ilość patosu są antonimami filmu, które skłaniają do jednego poważnego wniosku – film jest głupi, a jego komizm wynika z zachowań bohaterów o ilorazie inteligencji zbieżnym z amebą i sytuacjami wyciągniętymi ze słabych scen bajek dla dorosłych. Warto podkreślić elokwentny scenariusz, w którym wypowiedzi aktorów oparte są na tekstach w pełni rozwiniętego płciowo gimnazjalisty i stereotypowej komedii romantycznej. Dlaczego filmowa pisanka? Ładna z zewnątrz, pusta w środku.

Apokalipsa na Ibizie

Zdecydowanie łatwiej przyjąć, że Ibiza jest netflixowym pastiszem plastikowego kina. Szczerze mówiąc, modlę się o to, by twórcy mieli taki zamysł, bo w przeciwnym razie kinematografia zbliża się do niechybnego końca wraz ze swoimi odbiorcami. Sam film jest jak zombie – zjada mózg każdemu, kto się zbliży (nawet z ciekawości). Jako zeszłotygodniowa premiera przez jeszcze długi czas będzie witać  gości Netflixa. Zobaczymy jak wielka będzie skala apokalipsy. Tym razem dowodzi królowa szarych myszek odmieniająca się dzięki miłości od pierwszego wejrzenia – Harper, samotnie sextingująca Nikki i wiecznie niezaspokojona Leah.

 


Autor: Joanna Kowalska
Zdjęcia: filmweb.pl

- POLECAMY -
Eleven Bike Fest