MCU nie próżnuje. Od wielu lat fani są świadkami rosnącej potęgi uniwersum. Nie tylko na kinowych ekranach, ale także w szeroko pojętej kulturze masowej. Najnowszym członkiem marvelowskiej rodziny jest Venom, którego oglądać można już od początku października.

Zaczęło się od Starka w egzoszkielecie. Mamy też człowieka-pająka, naukowca zmieniającego się w zielonego potwora, półboga z Asgardu. Osieroconego chłopaka, który po zażyciu serum superżołnierza, staje się wybawicielem Ameryki. Marvel wykreował w ciągu ostatniej dekady gigantyczne imperium, a liczba jego bohaterów wystarcza do uratowania całego wszechświata (dosłownie!). Czas na nowy nabytek. Venoma.

Reżyser filmu, Ruben Fleischer, był kandydatem do stworzenia Thora: Ragnaroka. Angaż otrzymał jednak Taika Waititi, ale Fleischer doczekał się w końcu swojego bohatera. I mimo niepewności, braku niektórych zawartych w komiksie istotnych wątków, wyszło całkiem nieźle. Ale czy super?

Fabryka Życia czy śmierci?

Głównego bohatera poznajemy w pozornie sielankowym momencie jego życia. Eddie Brok (Tom Hardy) jest znanym reporterem z własnym programem telewizyjnym. W pracy walczy z niesprawiedliwością, po to by w domu spędzać czas z piękną narzeczoną Anne Weying (Michelle Williams). Jednak konflikt dziennikarza ze znanym koncernem medycznym – Fabryką Życia, spędza mu sen z powiek. Bo jak udowodnić, że wynalazcy leku ratującego wiele ludzkich żyć, są jednocześnie zabójcami z ogromną tajemnicą. Brok znalazł sposób, niestety oparty na zdradzie i oszustwie. W ten sposób stracił pracę, kobietę i mieszkanie, a także wiarygodność. Nikt bowiem nie śmiał oskarżyć cudownego ojca Fabryki Życia Carltona Drake’a (Riz Ahmed) o sprowadzanie śmierci na niewinne osoby. Drake posługując się bowiem formą życia pozaziemskiego stara się stworzyć gatunek, który przeżyje, gdy nasza planeta upadnie. Pasożyta i żywiciela. Symbionta.

Człowiek, który niewiele ma już do stracenia (choć w tym przypadku bardziej nie wie, że dużo jeszcze może stracić), stara się uratować świat. Eddie, włamując się do tajnego laboratorium znajduje coś, co tak naprawdę znalazło jego.

Jestem w Twojej głowie, Eddie

Tak naprawdę po tym półgodzinnym wstępie, akcja w filmie zaczyna przybierać marvelowski charakter, tak dobrze znany fanom. Chociaż początek był o wiele mniej kolorowy niż w połowie wcześniejszych hitów, a główny bohater był herosem w swoim własnym, zwyczajnie dziennikarskim świecie, czegoś zdecydowanie brakowało.
Dopełnieniem okazał się pasożyt w ciele Broka. Venom. Razem tworzą idealny symbiont.
Reporter musiał nauczyć się żyć z czymś jeszcze. Nie tylko z miłością do byłej i jej idealnym nowym facetem. Głosy w głowie, wieczny głód. Brak kontroli nad własnym ciałem i zero tajemnic. Przybysz z innego świata jest bowiem nie tylko w ciele, ale i głowie Eddie’go. I to ta część filmu jest najlepsza. Kiedy pasożyt i żywiciel zaczynają stawać się przyjaciółmi. Czarny humor, trochę głupkowaty, wywołał na sali kinowej salwy śmiechu. Nie mogło jednak w tej całej zabawie zabraknąć walki ze złem i występkiem. I tak My, to Venom czeka starcie z doktorem Drake’m, w którego ciele zamieszkał Riot – król pasożytów z innej planety.

 

Ciąg dalszy nastąpi…

Wydaje mi się, że ten film MCU różni się odrobinę od pozostałych. I choć opinie są podzielone i fali hejtu też nie zabrakło, należy pamiętać, że Venom jest jedynie adaptacją komiksu, nie jego wierną ekranizacją. I chociaż w filmie nie pojawiło się uwielbiane dziecko Marvela w postaci Spidermana, nie było najgorzej. Fakt, może w hierarchii superbohaterów nie plasuje się najwyżej, ale oprócz kilku niedociągnięć, których innym obrazom też nie brakuje, ma swoje mocne strony. Żarty, choć nie ekstremalnie śmieszne, bawiły, kiedy powinny. Wizualnie przyjemna warstwa filmu nie biła po oczach cukierkowymi kolorami, a Tom Hardy przyciągał nie tylko swoją aparycją. Jego gra całkiem przyzwoicie oddała początkową dziennikarską nonszalancję i późniejsze zagubienie na granicy schizofrenii. Świetny soundtrack. Eminem i jego tytułowa piosenka, moi ukochani The Black Keys.
Może Michelle Williams jako Anne brakowało trochę werwy Pepper Potts, a Riz Ahmed w roli czarnego charakteru nie był za bardzo przekonujący. Efekty specjalne na poziomie, chociaż sam Venom troszkę mnie bawił. I tutaj ostatnie słowa na temat brakujących wątków i niezgodności między komiksem a filmem. Niemego w rysunkowej historii pasożyta trudno byłoby w tej wersji przedstawić na ekranie, a tak istotnego dla całości Spidermana zabrakło może nie bez powodu? Szansa na nadgonienie tego wątku jest, bo sequel Venoma na pewno powstanie. I tak lista ponad dwudziestu filmów, które Marvel planuje jeszcze stworzyć, powoli się zapełnia.


Film obejrzany dzięki uprzejmości Multikino – Pasaż Grunwaldzki. 
Drogi studencie, dzięki MKarcie czekają Cię dodatkowe zniżki i atrakcje.


Autor: Karolina Szachniewicz
Zdjęcia: YouTube