Jak co dzień zauważyłam ją kroczącą korytarzami naszej uczelni. Długie blond włosy, czarny płaszcz, masywne, militarne buty. Nie uśmiechała się. Nie uśmiechała się często. Rezerwowała uśmiech dla kogoś,  kto naprawdę na niego zasługiwał. Co jakiś czas mnie też raczyła uśmiechem. Schlebiało mi to, bo lubiłam dawać jej radość. Właściwie kto nie lubi dawać radości? Luna szła, zanurzona w swoich myślach. Nazywałam ją Luna, bo zawsze przypominała mi księżyc. Nie wiem, czy to przez jej bladą skórę, czy może przez to, że nie zawsze była „w pełni”, obnażona i otwarta. W jakiejś części zawsze pozostawała zagadką.

Gdy zobaczyła mnie, oczywiście się uśmiechnęła.  Czasem nie wiedzieć czemu, gdy przebywałam w jej towarzystwie, dopadała mnie umysłowa pustka. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Może dlatego że Luny nie raczyło się wypowiedzeniowymi banałami.

Była na swój sposób unikatowa. Z nią się nie rozmawiało o pogodzie,  z nią rozmawiało się o kształcie i fakturze deszczowych kropli.

Mimo wszystko banałem rozpoczęłam naszą rozmowę. Studia nie sprzyjają uwalnianiu swoich dusz na wiatr. Nie możemy swobodnie dryfować między egzystencją, a metafizyką, konstruktywizmem, a dadaizmem. Więc rozmawiałyśmy o wykładzie,  o irytującym profesorze, o poplątanych włosach i palącym pragnieniu snu.
Zaproponowałam jej papierosa, zawsze się godziła.
Opowiedziała mi o mężczyźnie którego poznała. O wokaliście pewnego zespołu rockowego.

– To było całkiem przyjemne. – mówiła. – Każdy mi zazdrościł, wiesz, tego, że trzyma mnie w objęciach. Spędziliśmy parę miłych chwil, zostawił mi numer telefonu na serwetce. Pomyślisz że byłam jedną z wielu, które bzyka, ale ja wiem, że w jakimś sensie nie byłam. W końcu ten numer… Ale ja do niego już nie napiszę.
– Dlaczego? – byłam wyraźnie zdziwiona.
Nie kwestionowałam jej unikatowości. Wiem, że nie była jedną z wielu nawet dla tego wokalisty. Luna była tylko jedna. Nie znalazłbyś drugiej Luny nawet gdyby przyszło Ci przejść wzdłuż równika a potem jeszcze południka zero i dwóch kół podbiegunowych.
– A dlaczego miałoby być inaczej? Kolejne razy tracą swój smak. Jak guma balonowa. Na początku smakuje cudnie a potem zwyczajnie się wyżuwa. Jego tez bym wyżuła. Dlatego właśnie rozpadają się związki. chodzi o wyżucie, mielenie miedzy zębami bezsmakowych kapci.

Zaciągnęła się, a dym powędrował w górę, ku niebu.
Luna chyba sama chciała być takim dymem, na chwilę chociaż przyjąć taki stan skupienia i móc polecieć gdziekolwiek, niezauważona, wtopić się w cząsteczki powietrza i widzieć świat z perspektywy odpowiedniej do właściwej obserwacji.
Myślę że to nas łączyło. To, że tak lubiłyśmy dryfować, a nasze stopy rzadko stykały się z ziemią.

Po południu skończyłyśmy zajęcia i pożegnałyśmy się jak zawsze koło przystanku z którego odjeżdżałam do domu. Przytuliła mnie jak to miała w zwyczaju – krótko, ale bardzo czule.
„Do jutra” – rzuciłam i wsiadłam do tramwaju numer 4.
Jadąc zastanawiałam się jeszcze nad blondwłosą Luną. Była twarda, ale wewnątrz niezwykle miękka. Spotykała się z różnymi facetami,  choć żadnego nie kochała. Była marzycielką. niezwykle odważną marzycielką.
Pozostawia ślad w pamięci. Nie sposób jej zapomnieć. A przynajmniej ja na pewno jej nie zapomnę.

Wiedziałam, że w momencie gdy znajdę się dwie przecznice od kamienicy w której mieszkam, ona zadzwoni. Robi to codziennie z niezwykłą dokładnością.  Bo w momencie kiedy ona dociera do akademika, ja wysiadam z tramwaju. Za każdym razem, kiedy znajdowałam się dwie przecznice od domu, ona dopadała budki telefonicznej. Nie wiedziałam dlaczego zawsze dzwoniła do mnie z budki telefonicznej.
Ludzie używali już komórek, ale ona upodobała sobie właśnie tę starą, opuszczona budkę, stojącą pod domem studenckim.
„Nie chcę, żeby czuła się porzucona z powodu swojego wieku. Nikt nie powinien być porzucany w taki sposób”.- powiedziała kiedyś.
I tak właśnie Luna stała się jedyną użytkowniczką tej zapomnianej budki Telekomunikacji Polskiej.

Znajdując się dokładnie w miejscu które wykalkulowałam, usłyszałam dźwięk komórki.
Dobrze znany numer.

– Cześć – odezwała się Luna. – Czy już dotarłaś do domu?
– Nie. Klasycznie zostały jeszcze dwie przecznice. – zaśmiałam się, lecz jej śmiech mi nie odpowiedział.
– Aha. No tak. Ja stoję przy telefonie. Trochę pada, ale to nic. Jestem zdenerwowana ale jednocześnie szczęśliwa.
– Dlaczego?
– Facet od filozofii… Odpisał mi na maila, którego wysłałam. Chce się spotkać dzisiaj wieczorem.
– Z tego co słyszałam, marzysz o tym od października, więc co stoi ci na przeszkodzie?
– To takie jakby trochę… zakazane? Czuje się dziwnie ale jednocześnie go pragnę. Na zajęciach udaje, że mnie nie widzi, ale musiał mnie zauważyć, skoro napisał. No wiesz, w końcu seks ze  studentką jest tak jakby… – szukała słowa – Zabroniony?
– Tak masz rację, że jest to niedopuszczalne. Ludzie to tępią. W sumie wiele osób marzy o swoich nauczycielach. Ale nie każdy ma możliwość spełnić to pragnienie.
– Ja o nim marzę. lubię słuchać jak mówi o bycie i niebycie, o substancji i o tym że umysł nie jest materialny. Pewnie będziemy o tym rozmawiać przy winie do północy, a potem… potem to już rozumiesz: dwa ciała, języki…
– To ty decydujesz, Luna. Ty w to zabrnęłaś. Ty tego chciałaś. Po prostu idź.
– Czasem brakuje mi mojego chłopaka z Derby… Ale nic nie poradzę. Jego tu nie ma, ja jestem sama. Muszę sobie jakoś radzić. Gdybyśmy byli przy sobie może i nie szłabym teraz do domu mojego wykładowcy. A może i bym szła. Może nie wierzę w miłość?
– Miłość jest trudna do uwierzenia, Luno. Spokojnej nocy.
– Spokojnej nocy… Ej, wiesz co?
– Tak?
– Dziękuję. Że jesteś.
– Będę. Kiedy chcesz.

***
Poranek okazał się bardziej nieznośny niż mogłabym przypuszczać. Za oknem panowała ciemność, mieszkanie było wychłodzone. Jedyną nadzieją zdawał się być prysznic, lecz gdy weszłam do łazienki, ostre światło żarówki prawie wypaliło moje niewyspane gałki oczne. Zasłoniłam kinkiet ręcznikiem i rozpoczęłam poranne czynności higieniczne.
Malując oczy myślałam o Lunie i jej nocy z facetem od filozofii. Wiedziałam, że opowie mi o tym tego dnia przed wykładem, a tymczasem zbliżał się znienawidzony lektorat z angielskiego, któremu, chcąc nie chcąc, musiałam stawić czoła.

Kwadrans po pierwszej znalazłam się pod gmachem naszego instytutu. Zobaczyłam Lunę, stojącą przed wejściem i palącą mentolowego Marlboro. Zbliżałam się do niej, ale ona się nie uśmiechała. Mimo tego moje serce biło rytmem jakiegoś nieopisanego szczęścia.
Znalazłszy się około trzydziestu centymetrów od niej, bez powitalnych ceregieli zaczęła swój monolog, którego przetrawienie zajęło mi potem trochę czasu:

– Poszłam do niego wczoraj. Około dwudziestej drugiej. Tak myślę. Albo dwudziestej drugiej trzynaście. Coś koło tego. Założyłam spódnicę, pomalowałam usta i nakręciłam włosy na lokówkę. Kupiłam wino, on też kupił. Nawet dwa. Było świetnie. Rozmawialiśmy o tym, o czym zawsze chciałam posłuchać: o metafizyce, ontologii, egzystencji. Nasze dusze uprawiały wspaniały seks, połączyliśmy się. Ale on ciągle pił i im więcej pił, tym był smutniejszy. Leżąc ze swoją głową na moich kolanach, powiedział, że nie będziemy ze sobą spać,  że to jest złe, a on nadal nie zapomniał o… Magdalenie. – Tak powiedział. Mówił, że ciągle nosi obrączkę, chociaż są w separacji. To bardzo smutne, ale słuchałam go. Słuchałam go aż zasnął na kanapie. Wyszłam z jego domu nad ranem, kiedy powiedział, żebym spływała i nigdy więcej już do niego nie przychodziła. To trochę dziwny rodzaj podziękowania, ale wiedziałam, że jest mi wdzięczny. Myślę, że go kocham. Kocham sposób, w jaki jest, w jaki mówi i żyje. To chyba wystarczy, żeby kogoś kochać , prawda?

– Mówisz że kochasz kogoś bo kochasz jakąś cześć jego? Przecież kocha się całość. – odparłam.

– Ale każda część tworzy całość. Bez niej nie byłoby niczego. Zresztą, kto kocha całość? Zawsze jest jakaś część w kimś, której nie znosisz. Ale mimo wszystko jest więcej części, które kochasz, dlatego kochasz tę osobę… Tak.
– Więc, kiedy patrzę na ciebie i kocham, gdy palisz tego papierosa i sposób, w jaki ubierasz mnie w uśmiech i kiedy dzwonisz do mnie i opowiadasz mi o swoich pokręconych przygodach, które jednak niosą za sobą tak cholernie głębokie przesłanie, że sama zaczynam zastanawiać się nad sobą i swoim kodeksem wartości… To znaczy, że cię kocham?

Nie patrzyła na mnie, po czym szurając czubkiem buta po betonie, odparła, jak gdyby nigdy nic:

– Nie. Bo nie wiesz, czy jednak więcej jest czegoś czego we mnie nie znosisz i czy o tym myślisz bardziej, gdy myślisz o mnie. Przyjaźnisz się ze mną, ale to nie musi oznaczać, że mnie bezwarunkowo kochasz. Więc co cię we mnie wkurza?
– Nie wiem, czy umiem…
– Wal.
– Może tego nie odkryłam, może są pewne rzeczy których w tobie nie rozumiem. Czasem może frustruje mnie to, że mało się uśmiechasz, ale to nie oznacza, że mnie to irytuje. Nawet bez uśmiechu mnie uszczęśliwiasz… Denerwuje mnie może to, że czasem wybiegasz z wykładu i nic mi nawet nie mówisz i znikasz. Znikasz, a potem się zjawiasz. Ale mimo wszystko ciągle ma to swój urok.

Zbliżyła się do mnie i spojrzała mi w oczy.
– No to myślę, że mnie kochasz. – powiedziała, ściągając mi kosmyk z czoła. – I nawzajem.

– Uhm… więc jeśli się kochamy to…

– Powinnyśmy porządnie się upić.

Tak więc skończyłyśmy siedząc w jej pokoju w akademiku, opróżniając już czwartą butelkę wina. Wyraźnie odczuwałam już ruch obrotowy Ziemi. Patrzyłam na Lunę, której powieki ledwo opadały. Na nocnej szafce leżały niezdarnie rozsypane pigułki ecstasy. Nie mam pojęcia, dlaczego poszłyśmy się upić, a w dodatku jeszcze znarkotyzować. Widocznie kochanie kogoś jest ku temu dobrą okazją. A wychodziło na to, że obie w jakiś pokrętny sposób darzyłyśmy się tą rozumianą na nasz sposób miłością. Nasza miłość nie była miłością ani romantyczną, ani namiętną. Może bardziej platoniczną, a jej fundamentem było poczucie bycia nawzajem obok siebie. To nam wystarczało. Nic więcej nie było nam potrzebne. Nasza miłość nie miała ram.

Hej…Twoje włosy, one wirują w taki śmieszny sposób – zaśmiała się Luna.
Tak? Za to Twoje oczy schowały się w tej szafie, chyba są w kieszeni twojej bluzy.

Chichotałyśmy ciągle.

– Tak się zastanawiam…- powiedziała, opadając obok mnie na łóżku. – Właściwie każdy z nas żyje w bajce, to znaczy bajki wcale nie są głupim wymysłem. Możemy być kimkolwiek, czyż nie?
– Tak…A kim ty chciałabyś być?
– Mogłabym być Piotrusiem Panem. A Ty byłabyś moją Wendy. Zabrałabym cię do Nibylandii. Tam nigdy nie zabrakłoby nam wina, fajek i dobrej zabawy. Może nie byłoby tam faceta od filozofii, ani tego gościa z zespołu, ani mojego chłopaka z Derby, ale komu to potrzebne? Może wcale nie jest mi to potrzebne. Zresztą jestem Piotrusiem Panem, a on nie może być gejem.
– Niby dlaczego nie?
– Po prostu, bo ma swoją Wendy. Tak już zostało napisane. Tak samo jak niebo nocą jest czarne, tak samo Piotruś Pan nie będzie gejem.
– Mogę być twoją Wendy zatem – wyszeptałam, czując teraz wszystko osiemdziesiąt razy mocniej.
– Pójdziesz ze mną… – powiedziała, patrząc mi w oczy i nagle zerwała się z łóżka.

Więc poszłam za nią. Tak jak zrobiłaby to Wendy. Tylko Wendy uciekała przez okno. My uciekłyśmy zwyczajnie – drzwiami.

Dokąd mnie prowadzisz? – spytałam, gdy już wyszłyśmy z akademika.
Cii…Tajemnica.
OK.

Po jakichś dwudziestu minutach znalazłyśmy się na opuszczonym peronie małej stacji kolejowej. Luna pociągnęła mnie za rękę w kierunku stojącego na jednym z torów wagonika, służącego do transportu towaru.
Wskoczyła do jego wnętrza i kazała mi zrobić to samo.

– Jesteś pewna? – spytałam.
– Absolutnie. Chodź, pomogę ci.

Podałam jej rękę, a ona wciągnęła mnie do środka. Usiadłyśmy w jego wnętrzu. Otaczały nas dość wysokie ściany, a widzieć mogłyśmy tylko siebie i niebo, które usłane było gwiazdami.

– Zobacz, tam. To Wielka Niedźwiedzica. – pokazała mi gwiazdozbiór
– Tak…Ale nadal nie rozumiem, dlaczego tutaj siedzimy.
– Bo to jest Nibylandia. Nikt nigdy nas tutaj nie znajdzie, a my będziemy już zawsze młode… – mówiła to z szerokim uśmiechem na twarzy. – Zobacz na niebo. Ono sprawia, że czujesz się nieskończona. Ja się tak czuję tutaj, z tobą. Wieczna. Czy możesz to poczuć?
– Tak…Chyba tak.
– Zamknij oczy…I zobacz tutaj nas. Zobacz miejsce, gdzie zawsze chciałaś być. Zobacz swój raj i zaczekaj tam na mnie. Tylko tam czekaj. A na pewno się zjawię.

Tak też zrobiłam i wtedy właśnie zostałam porwana. Jeśli kiedykolwiek, ktokolwiek myślał, że porwanie jest tylko i wyłącznie pejoratywnym rzeczownikiem, od razu odpowiem: Nie. A w szczególności, jeśli chodzi o to porwanie. To porwanie było niezwykłe, nie do opisania.

Obudziły mnie promienie letniego słońca. Otworzyłam oczy. Leżałam na pachnącej, kolorowej trawie. Przede mną rozpościerało się turkusowe jezioro. Niebo pokryte seledynem, a na nim płynące, różowe chmury.
Poczułam spokój w duszy. Ból serca i doskwierające dolegliwości tożsamościowe odeszły w niepamięć. Powoli podniosłam ciało z ziemi i odetchnęłam głęboko. Nie miałam pojęcia, gdzie byłam, ale było to najpiękniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek widziałam. Uniosłam wzrok do góry. Znajdowałam się pod drzewem, na którym rosły butelki białego wina. Zaśmiałam się głośno i zaczęłam skakać jak dziecko, które dostało wymarzoną zabawkę. Skakałam i skakałam, co jakiś czas opadając na trawę. I wtedy pomyślałam gdzie się podziała Luna. Przecież to ona mnie tutaj sprowadziła. Podniosłam się szybko.

„Tylko tam czekaj.” – usłyszałam jej szept w myślach.

Zamknęłam oczy. Czekałam chwilę. Ale nie było jej. Byłam tutaj kompletnie sama. Schowałam twarz w mokrych od potu dłoniach.
Boże, nie było jej.
I wtedy już wiedziałam.
Wiedziałam już wszystko.

***
Jeszcze jej szukałam. Oczywiście, naprawdę się starałam.
Powróciłam. Być może Luna też powróciła, gdzieś.
Czasem zdawało mi się, że widzę ją na korytarzu uczelni, jak przemyka od sali do sali. Długie włosy ścięła do ramion. Wyglądała poważniej. Inaczej.
Jeszcze innym razem widziałam, jak rozbawia jakieś towarzystwo, paląc papierosa przed wejściem.
Mówię sobie wtedy zawsze, że to nie Luna. Ale mam nadzieję, że tam, gdzie jest teraz, jest jej naprawdę dobrze.

Mimo wszystko, za każdym razem, kiedy kończę zajęcia, wysiadam z tramwaju i znajduję się dwie przecznice od domu, patrzę na telefon. Zawsze milczy.

Autor | Natalia Kubala

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułWampiriada powraca!
Następny artykuł„Jestem mordercą” [RECENZJA]
Na co dzień mieszkam we Wrocławiu, choć pochodzę z Jeleniej Góry. Interesuję się głównie niewyjaśnionymi zjawiskami, tajemnicami świata, zbrodniami, parapsychologią i zjawiskami paranormalnymi. W wolnym czasie lubię też pisać rozmaite formy literackie, zwiedzam zakątki świata, robię zdjęcia i montuję wideo. Nie jestem typem sportowca, więc relaksuję się najczęściej grając w Sims, albo Fifę, rozwiązując krzyżówki, oglądając filmy, seriale a nawet kreskówki i spaceruję. Ciężko przeżyć mi dzień bez wyjścia z domu :)