Złapałem się na tym, że chcąc wyjść na spacer po okolicy zapragnąłem kupić sobie jabłko. Ożywczy owoc nie znajdzie się dziś w moich rękach. Dystans niedzielnego spaceru musiał zostać skrócony o sklepowe półki.

O godzinie 15 w parku Tołpy nie brakowało ludzi. Choć byłem święcie (taki żarcik) przekonany, że będą jeść w tej chwili smażone w głębokim tłuszczu schabowe zapijane rosołem (nie powiecie przecież, że to nie jest najlepsze niedzielne połączenie). Przypomniało mi się jednak, że w domach ludzi wierzących obiad najczęściej był gotowy niedługo po mszy świętej, a ta rodzinna wypada najczęściej w przedziale między 11 a 13. Obfity posiłek jest już zapewne zjedzony, mimo że dzieci karmiące kaczki i gołębie podgryzały chleb, który otrzymały od rodziców. Zdecydowanie mniej jest tu ludzi starszych, znacznie więcej par trzymających za ręce nie tylko swoją drugą połówkę, ale i inne, mniejsze i bardziej rozbiegane ułamki.


Trzeba przyznać, że pierwsza w tym roku niedziela z zakazem handlu trafiła na grunt niezwykle podatny – za oknem pierwsze przebłyski wiosny, a przyroda budzi się do życia.


Dotychczas można było mieć wrażenie, jakby jej szarość i chłód były wyrazem politycznego zaangażowania. Dziś, przyroda jest bardziej potulna i wycofana. Małe dzieci czaruje puchatymi baziami, starszych rozgrzewającym słońcem. Siedzenie na ławce z laptopem wzbudza wśród ludzi małą sensację (im starsi, tym większą), ale najwięcej uwagi kradną pierzaści przyjaciele natury. Myślę, że niedziela bez handlu najlepiej przyczyni się do najedzenia się okolicznego ptactwa. A w zasadzie najgorzej, bo jak prostuje moje błędne poglądy koleżanka, dawanie chleba zwierzętom stawnym nie jest dla nich dobre. Już niemalże zapomniałem, że chcę zjeść jabłko. Zbyt angażujące dla mojej percepcji były unoszące się nielicznie pajęcze sieci oraz krzyczący rodzice, których dzieci zbyt niebezpiecznie zbliżały się do kontaktu z pokrytą cienkim lodem taflą jeziora.

Czy to wszystko mogłoby mieć miejsce, gdyby nie wprowadzono tej ustawy?

Oczywiście, że tak. Myślę, że byłby to wtedy typowy tekst o początkach wiosny na Ołbinie. Myślę też jednak, tak z czysto ludzkiego punktu widzenia, bez cyferek ekonomicznych analityków, że części tych osób by tutaj nie było, a zwierzęta byłyby głodniejsze. I choć sądzę, że ustawa jest niedopracowana i nierealna ekonomicznie na skalę naszego kraju, to tak po ludzku cieszę się, widząc tylu ludzi, którzy przebudzili się razem z pogodą w tym kolorowym zwiastunie nadchodzącej wiosny. A teraz uciekam sprawdzić, ile jest w polakach życzliwości i czy ktoś poratuje mnie chusteczką. Jeśli nie zapiorę odpowiednio brudu na spodniach, po przedwiosennym spacerze zostanie mi rozprysk ptasiego pocisku.