Castlevania. Mroczna i klimatyczna seria Netflixa przemówi nie tylko do fanów gatunku. To nie jest typowe anime, ani typowa produkcja z Drakulą w roli głównej. 

Historia przedstawiona w serialu jest oparta na serii japońskich gier na konsole, które swoje początki miały jeszcze w latach osiemdziesiątych. Można to potraktować tylko jako ciekawostkę, bowiem Castlevania w żaden sposób nie wymaga od widza znajomości pierwowzoru.

Odebraliście mi to, co kochałem 

Wołoszczyzna, rok 1455. Blond-włosa kobieta puka do bram olbrzymiego, znajdującego się na absolutnym odludziu, zamku. Wieść niesie, że mieszka w nim Drakula – wampir posiadający rozległą wiedzę, która może zostać użyta w celu pomocy zacofanym i chorowitym, ludziom. Masywne drzwi otwierają się, a po chwili nieustraszona kobieta wchodzi w dialog z potężnym, ale samotnym gospodarzem, który nie przywykł do jakichkolwiek, a szczególnie ludzkich gości. Będzie to pierwsze spotkanie przyszłego małżeństwa. Dwadzieścia lat później, Lisa, bo tak jej na imię, zostaje posądzona przez katolickiego biskupa o bycie czarownicą i spalona na stosie. Zdruzgotany Drakula obiecuje zemstę. To zaledwie sam początek, rozciągniętej na dwa sezony historii.

Nie masz w sobie współczucia?

Mamy Drakulę, potrzebny jest więc ktoś kto spróbuje go zatrzymać. Za owego protagonistę robi Trevor Belmont – potomek pradawnego rodu, którego członkowie przez wieki parali się polowaniem na wampiry. Poznajemy go jako pijaczka, który przypadkowo wdaje się w awanturze w barze. Potrzeba czyni bohatera, dlatego Belmont trzeźwieje i mimo początkowych wątpliwości, decyduje się stanąć do walki z armią wampira i jego sprzymierzeńcami.

Castlevania nie jest jednak czarno-biała. Drakula nie jest przedstawiony jako potwór, który chęć mordu ma wpisaną w naturę. To postać tragiczna, nikt więcej jak przygnębiony utratą swojej ukochanej, mężczyzna. Pozostała mu tylko nienawiść do tych co ją odebrali. Zabija, choć wie, że nie czyni tego, co chciałaby Lisa. Ale teraz gdy jej nie ma, czy ma to jakieś znaczenie? Równie nieszablonowo nakreślone są pozornie dobre charaktery. Belmont nie jest rycerzem na białym koniu – nieraz jest w swoich poczynaniach uroczo niezdarny, ma problemy z wyrażaniem własnych uczuć, a jego motywacje często bywają niejasne. Można mieć wrażenie, że staję w obronie ludzkości z przymusu lub przyzwyczajenia. Jeśli wszyscy jego przodkowie walczyli z demonami, to co mu pozostaje? Nazwisko zobowiązuje.

Świętujecie dzień, w którym zabiliście moją żonę

Castlevania absolutnie emanuję przemocą. Z ekranu pryska krew, latają oberwane kończyny, a ilości trupów można liczyć w setkach. Giną zarówno mężczyźni, kobiety, jak i dzieci. I wampiry, i potwory. Na ulicach miasta panuje brud, głód i cierpienie. Produkcja Netflixa nie jest skierowana do osób o słabych nerwach i żołądkach, a w szczególności do młodszych widzów. Jednakże mimo tego, że głównym bohaterem jest dążący do ludobójstwa wampir, Castlevania nie straszy. Co niektórych może jednak przyprawić o niesmak.

Dla kontrastu, serial jest zaskakująco pełny humoru. Postacie bawią nas sarkastycznymi odzywkami, czy nietypowym stylem bycia – wprowadzając tym samym nieco luzu i przyjemnego nastroju do ponurego i brutalnego świata. Na tym polu w szczególności błyszczy ekscentryczny Belmont, czy tajemniczy charakter, który poznajemy w drugiej części pierwszego sezonu.

Bardzo dobrze wygląda warstwa wizualna. Na ekranie dominuje ciemna i ponura kolorystyka, a projekty miast i budynków, takich jak zamek Drakuli, robią ogromne wrażenie. Nie inaczej jest z muzyką, za którą odpowiada Trevor Morris – znakomicie komponuje się z tematem i klimatem serialu.

Słyszałem gorsze obelgi

Za największą wadę Castlevanii można uznać jej długość oraz momentami zbyt szybkie tempo przedstawiania historii. Pierwszy sezon liczył zaledwie cztery odcinki, po około dwadzieścia-kilka minut, tworząc w sumie przeciętnej długości film. W drugim sezonie, twórcy poczynili pewne postępy. Przede wszystkim jest on dwa razy dłuższy, a opowieść staje się bardziej przemyślana i spokojniejsza. Nowość stanowią również liczne retrospekcje, które pozwalają nam lepiej zapoznać się z kluczowymi postaciami. Nie ma jednak wątpliwości, że Castlevania ma w sobie wiele niewykorzystanego potencjału. Niektóre wątki nie zostały wystarczająco zgłębione, w szczególności związek Drakuli i Lisy. Wszystkiego o tej relacji dowiadujemy się z krótkiego, kilkuminutowego prologu. Pozostaje uczucie lekkiego niedosytu.

Dotychczasowo światło dzienne ujrzały dwa sezony. Netflix zapowiedział już trzeci, który będzie miał premierę prawdopodobnie w okolicach jesieni 2019 roku. Nie znamy jednak, ani ilości odcinków, ani dokładnego terminu.


Autor: Kacper Marciniak
Zdjęcia: Netflix