Do polskich kin w końcu zawitała najnowsza produkcja Warner Brothers. Jest to długo wyczekiwana adaptacja bardzo popularnego świata pokémonów na wielkim ekranie.  Jak finalnie prezentuje się film Roba Lettermana?

Jeżeli ktoś z was posiadał kiedykolwiek Gameboya, na którym pogrywał w kultową serię gier, bądź też w dzieciństwie oglądał serię animacji na jej podstawie, to powinno mu się to spodobać. To piękny świat pełen pokémonów z kilku generacji, soundtrack bardzo przypominający pierwsze odsłony franczyzy gier i dwie godziny pełne easter eggów.  Dlaczego jedynie powinno? Detektyw: Pikachu nie jest filmem idealnym, a nawet powiedziałbym, że jest obrazem posiadającym wiele wad. Na pewno znajdą się fani, którzy będą szukali dziury w całym, co finalnie sprawi, że bardziej będą się nad Pikachu pastwić, niżeli się z niego cieszyć. A to wielka szkoda, bo widać, że wiele osób, w tym głównie Ryan Reynolds, włożyło w niego serce.

Z czym to jeść?

Z kinowymi adaptacjami popularnych w pop-kulturze animacji, komiksów, gier zawsze był niemały problem. Nie tworzymy tutaj czegoś nowego, jest kompletnie przeciwnie. Reżyser i scenarzyści muszą wtedy wziąć już dane dzieło, które ma zazwyczaj dużą liczbę fanów, którzy naturalnie oczekiwania mają ogromne. Jakby tego mało, materiał źródłowy, który nie zawsze jest jasny i prosty do interpretacji, trzeba obrócić w dwu, trzygodzinną produkcję na wielki ekran. Z owego materiału, trzeba wyciągnąć najważniejsze elementy historii, a jednak skonstruować obraz w taki sposób, by miał on sens. To nigdy nie było zadaniem prostym. Pamiętajmy, że paręnaście lat temu, nawet Marvel miał problemy z wystartowaniem.

Jednak, już na początku musimy postawić sobie sprawę i oczekiwania jasno. Jeżeli ktoś oczekiwał, że Detektyw: Pikachu będzie czymś więcej, niż filmem oklepanym, pełnym głupich żartów, to był w głębokim błędzie. Te wszystkie cechy nie są rzeczą złą, dodają wręcz temu fikcyjnemu światu uroku. Fabuła co prawda, jest banalnie prosta i przewidywalna. Ale to nie ze względu na nią doceniamy dzieło Lettermana. To przez wiele przedstawionych Pokémonów, bogatego w nie świata, ładnych obrazków z nimi, głównie tytułowego Pikachu. No ze względu na jednego z najpopularniejszych i najbardziej charyzmatycznych aktorów w dniu dzisiejszym.

Hollywood potrzebuje więcej takich ludzi, jak Ryan Reynolds.

Każdy kto śledzi wszystkie popularne, „popcornowe” filmy które trafiają do kin, na pewno już o nim słyszał. Po tym, jak Reynolds bezustannie kilka lat walczył o powstanie Deadpoola, dopiął swego, i to z całkiem niezłymi efektami. Nie wiem, czy równie trudno walczył o Detektywa: Pikachu, ale na pewno widać tutaj to samo poświęcenie dla roli. Głupio to powiedzieć, ale podczas filmu widać, że Kanadyjczyk został stworzony do grania takich pop-kulturowych postaci. Jego wokal, dialogi i żarty, idealnie wpasowują się nie tylko w charakter tytułowego Pokémona, ale ogólnie w cały świat. Jestem bardziej niż pewien, że większość osób po seansie stwierdzi, że Reynolds po prostu jest największym plusem produkcji Warner Bros.

Chyba polubiłem go bardziej niż Pikachu z anime. A to już osiągnięcie.

Główny bohater to my

Wychwalając główną gwiazdę obrazu, nie można ominąć postaci Tima, graną przez Justice’a Smitha. Ten młody aktor, może i nie miał zbyt wielkiego pola do popisu. Scenariusz pozwolił mu momentami na okazanie paru większych emocji i powiedzenie kilku sprytniejszych linijek. Aczkolwiek, nie w tym tkwi magia tej postaci. Gdyby nie postać grana przez Smitha, która jest protagonistą w tej opowieści, nie było by miejsca na tak zabawnie i mądrze ułożony dialog. I nie mówię tutaj jedynie o interakcjach na lini Smith-Reynolds.

Poza Timem i Pikachu, mało kto z bohaterów lśni w tym filmie.

Postać Tima to osoba, nie lubiąca, nie odnajdująca się w świecie dookoła niego. Jest w pewnym stopniu symbolem, odzwierciedleniem wielu dorosłych już fanów serii. Jako dziecko, był on mocno zajarany ideą zostania trenerem. Potem, uderzyło go życie i dorosłość, i z pewnych względów musiał porzucić te marzenia. Jednak, wraca do tego świata i do interakcji z nim po latach. To samo można powiedzieć o wielu z nas. Dlatego nie bądźmy dla Detektywa: Pikachu zbyt surowi. Delektujmy się nim, pośmiejmy się z Reynoldsem i powymieniajmy w myślach nazwy setek Pokémonów, które co chwila pojawiają się na ekranie. Ugryźmy się w język, kiedy jakimś cudem któregoś nie skojarzymy. Dajmy się porwać nostalgii i powróćmy na chwilę do dzieciństwa. A po seansie, pobierzmy emulatory Gameboya na telefony, i zacznijmy ponownie grać w którąś z odsłon Pokémonów z lat 90. Na pewno wielu z nas nie będzie mogło się powstrzymać, a raczej nasze wewnętrzne, dziecięce ja.


Autor: Mateusz Miter
Zdjęcia: Materiały Promocyjne