Nowy film Disneya jest pierwszym z Marvelowego Uniwersum, gdzie to superbohaterka jest głównym leadem. Już sam ten fakt budził na świecie z jakiegoś powodu wiele kontrowersji, ale jednocześnie ekscytacji. Spychając wszystkie polityczne i szowinistyczne rozterki na bok, jak prezentuje się Carol Danvers na wielkim ekranie?


Anna Boden
i Ryan Fleck, reżyserowie Kapitan Marvel stanęli przed dosyć trudym zadaniem. W liczącym już 21 filmów Marvel Cinematic Universe, w ciekawy sposób musieli wprowadzić nową bohaterkę. To z kolei wiąże się z kolejnym „origin story”.

Kim w ogóle jest główna bohaterka?

Na początku filmu wiemy jedynie, że Carol Danvers jest wojowniczką Kree – kosmicznej rasy, rozwiniętej na teren kilkuset planet w różnych galaktykach. Są oni w stanie wojny z innymi kosmitami – Skrullami, których umiejętnością jest zmiana w każdego, kogo kiedykolwiek widzieli. Mamy tutaj popularny wątek z komiksu, jakim jest „Kree-Skrull War„, w który często Kapitan Marvel i inni Avengersi, ingerują.

Wraz z rozwojem historii i wcześniej wymienionej wojny, którą mamy w tle, postać grana przez Brie Larson zaczyna odkrywać swoją ludzką przeszłość, która do tej pory nawiedzała ją jedynie w snach. Jednocześnie, wątek sporów pomiędzy Kree i Skrullami, dalej się rozwija, prezentując to coraz większe twisty.

Odkrywając postać Carol Danvers, chciałoby się zobaczyć więcej z jej „ludzkich” czasów.

Na początku mamy wrażenie, że siły Carol są takie same jak pozostałych wojowników Kree. Z czasem jednak przekonujemy się, że historia ta ma dodatkowy tajemniczy aspekt, który sprawia, że Danvers nie jest jedynie kolejnym z żołnierzy, a najbardziej bad-ass i overpowered bohaterem, jakiego MCU dotychczas widziało.

Brak wyraźnych granic

I tutaj, już przy głównej postaci, pojawiają się najważniejsze problemy, a jednocześnie zalety tego filmu. Powiedziałbym, że ta produkcja, pomimo tego że świetnie się na niej bawiłem, jest jedną z tych, która wpadała by mi do kategorii „love-hate relationship”. Już tłumaczę dlaczego.

Podstawową zaletą i jednocześnie motywem działań bohaterki jest odnajdywanie siebie i przysłowiowe „podnoszenie się z kolan„. Dewiza ta tak bardzo przyświeca bohaterce, że Disney starał się to reklamować przez ostatnie pół roku. Z jednej strony, patrząc na historie Brie, cieszymy się, widząc, jak udaje jej się pozbierać. Zyskuje pewność siebie i ujawnia  kolejne rąbki tajemnicy w fabule. Trzeba przyznać, że te sekwencje są nawet nieźle zagrane, i niektóre, pomimo swojej prostoty, przykuwają uwagę widzów.

Przez połowę filmu, Kapitan prawie w ogóle nie odróżniała się od innych – fizycznie i metaforycznie.

Co z tego, skoro przez resztę filmu, tak szalenie utalentowana aktorka, jak Brie Larson, nie ma szansy, żeby wykazać się swoimi umiejętnościami? Trudno jest bardziej opisać jej postać, bo tak naprawdę nie pokazuje tutaj zbytnio innych cech. Można to powiedzieć o aspekcie jej fizyczności i „superbohaterskości”, jak i o samych cechach wewnętrznych. Każdy potrafi zdefiniować Kapitana Amerykę i wszędzie znajdą się jego fani. Każdy potrafi zdefiniować Iron Mana, który też ma wielu ulubieńców. Czy będzie można po tym filmie skomentować tytułową bohaterkę? Raczej nie. Carol wydaje się na razie prostą płytką osobą.

Złe wrażenie na całe szczęście ratują inne osoby. Obsada produkcji Boden i Flecka, posiada takie gwiazdy jak: Jude Law, czarującego i charyzmatycznego Samuel L. Jackson czy też niesamowitego Ben Mendelsohn. Każdy z nich jest świetny na swój sposób, wszyscy mają wyraziste wartości i cele.

Co nam tu jeszcze kuleje?

Każdy z filmów Uniwersum Marvela ma własny styl. Jakby się nad tym zastanowić, każdy reżyser wpaja w swoje produkcje elementy, które sprawiają, że wyróżniają się na tle innych. Najczęściej wymienić można efekty wizualne i ścieżki dźwiękowe, a dodatkowo sam scenariusz, który kwalifikuje nam film do jakiejś kategorii.

Kolory są często po prostu mdłe, nijakie.

Można by pomyśleć, że w produkcji, która dzieje się głównie w kosmosie, będziemy mieli ucztę dla oczu. Nic bardziej mylnego. Poza kilkoma świetnymi ujęciami, zdjęcia nie mają zbyt wiele do zaoferowania. Kolory są blade, a niektóre sytuacje, zwłaszcza walki, są tak zmontowane, że trudno jest się połapać, co się w nich dzieje.

Nie same wady Kapitan posiada

Z drugiej strony, ścieżka dźwiękowa to, kolokwialnie mówiąc, kawał dobrej roboty. Jako że film dzieje się w latach dziewięćdziesiątych, soundtrack i score są trochę przewidywalne, ale to nie szkodzi –  wciąż bardzo dobre, idealnie pasują do klimatu filmu.

„Buddy Cop” movie, z udziałem Larson i Jacksona, mógłby być komediowym hitem Hollywood – mają świetną chemię!

Efekty specjalne są fenomenalne. Stworzenie dobrego CGI, jest sztuką, która udaje się, kiedy nie wiemy, że mamy do czynienia z owymi efektami. Mowa tutaj o scenach kosmicznych walk, ale przede wszystkim, o odmłodzeniu postaci Jacksona i GreggaFury’ego i Coulsona. Kiedy ogląda się w filmie trzydziestoletniego Samuela, który w poprzednim tygodniu obchodził 65. urodziny, ma się ochotę krzyczeć, że przyszłość jest tutaj. W pewnym momencie, nie reagujemy na to, że jest to generowane komputerowo – zabieg przynosi tak dobre efekty, że po prostu wtapia się to w resztę filmu.

Historia nie jest najgorsza, w porównaniu do innych „origin story”, z którymi można było się przez ostatnie lata zetknąć. Jest zdecydowanie inna i zaskakująca, aczkolwiek tutaj trzeba byłoby wejść na terytorium spojlerów, więc odpuśćmy to sobie.

Najlepiej ocenić samemu

Suma sumarum, oglądało mi się ten film dobrze. Jak w przypadku Marvela, miałem spory ubaw przy żartach, a momentami byłem pochłonięty przez to, co dzieje się na ekranie. Nie miałem co do filmu zbyt wielkich oczekiwań, co może mnie trochę uratowało. Wydaję mi się, że w związku z całą otoczką społeczną wokół tej produkcji, warto wydać pieniądze i je wesprzeć, jednocześnie zamykając buzie bezpodstawnym hejterom. Kapitan Marvel ma potencjał i to ogromny. Potrzebuje po prostu trochę więcej czasu, i może zmiany reżysera, żeby nabrać kolorów jako postać i film.


Autor: Mateusz Miter
Zdjęcia: Instagram @captainmarveloffical, Youtube