Jak problem kryzysu migracyjnego jest postrzegany z perspektywy obywateli Grecji i Syrii oraz Polki, która była wolontariuszką w obozie dla uchodźców? Tego mogliśmy się dowiedzieć na debacie „Z Widokiem na Człowieka”, która miała miejsce 11 grudnia w Domu Europy we Wrocławiu.

W debacie wzięli udział: Dionisios Sturis – dziennikarz i reporter, potomek greckich uchodźców, autor książki „NOWE ŻYCIE. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji”, Feras Daboul – Syryjczyk mieszkający w Polsce, który do 2012 roku pracował w biurze UNHCR w Damaszku, a obecnie jest edukatorem międzykulturowym w Fundacji Ocalenie, a także Alina Czyżewska – aktorka Teatru Miejskiego w Gliwicach, aktywistka obywatelska i autorka bloga „Listy z wakacji do Jarka i Beaty”, która spędziła wakacje 2017 i 2018 roku na wyspie Lesbos, gdzie pracowała jako wolontariuszka z uchodźcami. Debatę poprowadziła Agnieszka Lichnerowicz – dziennikarka radia TOK FM.

Dyskusja rozpoczęła się od opowieści Dionisiosa Sturisa o losach greckich uchodźców w Polsce. Przypomniał on, że w 1948 roku do naszego kraju dostało się około 14 tys. greckich uchodźców i że najwięcej ich było właśnie tutaj, na Dolnym Śląsku. Dodał, że jego rodzice mieszkali w Chojnowie pod Legnicą.

 – Dopiero w latach 70. rząd grecki wydał pozwolenie na powrót do kraju. Ja urodziłem i wychowałem się w Grecji, a dopiero później przeprowadziłem się tutaj. Pracowałem nad moją książką 3 lata, zbierałem informacje w Polsce i w Grecji. Myślę, że w 2015 roku nastał najlepszy moment, by się ukazała – w Europie rozpoczynał się kryzys migracyjny. Chciałem z tego powodu przypomnieć o 30-letnim, czy dla niektórych 50-letnim, „epizodzie” Greków i Macedończyków w Polsce – mówił Dionisios Sturis.

Grecki dziennikarz został także spytany o stosunek Greków do współczesnych przymusowych migrantów.

– Grecy pamiętają o tym, że kiedyś też byli uchodźcami i musieli uciekać. Tak jak pani Alina, też byłem na Lesbos i widziałem przypływające łodzie. Widziałem dwie starsze kobiety pomagające ludziom wysiadającym z łodzi. Okazało się że ich matki też były uchodźcami – po pierwszej wojnie światowej. Myślę że stosunek Greków do uchodźców jest dobry – stwierdził Grek.

Głos zabrał również Feras Daboul, który opowiedział historię wojny w Syrii i jak to się stało, że konflikt nabrał tak ogromnego rozmiaru. Nie od razu obie strony konfliktu sięgnęły po karabiny. Przeciwnie – w 2011 roku w Damaszku odbywały się demonstracje chwalące Asada.

– Z biegiem czasu polityka Asada była coraz bardziej agresywna i ludzie zaczęli się od niego odwracać. Ponadto utworzyły się opcje polityczne przeciwne rządzącej partii. Jednak są one „radykalno-przemocowe” i także nie można ich popierać. Nie ma takiej partii, która ma jednocześnie „siłę przebicia w kraju” i pokojowe zamiary. Dlatego koniec końców człowiek, który chce żyć w Syrii spokojnie, nie ma takiej możliwości – stwierdził Feras Daboul. – W Syrii byli uchodźcy z różnych krajów – z Iraku, Iranu, Libanu, a także od dawna już, z Palestyny. Wiem bo pracowałem w UNHCR. W 2011 roku spotkałem moją żonę. 1,5 roku później musieliśmy się wynieść, bo konflikt się zaostrzał. Po jakimś czasie dostałem powołanie do armii syryjskiej. Ale się nie stawiłem, więc tak naprawdę jestem uchodźcą – dodał.

Padło też pytanie do Syryjczyka, jak ludzie reagują na jego widok. Okazało się, że przed 2015 rokiem, zanim rozpoczął się kryzys migracyjny, jego pochodzenie nie stwarzało mu problemów.

– Mój czas w Polsce jest tak jakby podzielony na dwie części przed i po 2015 rokiem. Czasem mnie brali za Włocha, Hiszpana, a nawet Żyda; nigdy Syryjczyka. Po 2015, kiedy ludzie widzą, że jestem z Syrii, są różne reakcje. Nagle powstaje mur między nami – mówią: jak to jest że mówisz po polsku, nie wyglądasz i nie zachowujesz się jak Syryjczyk, jesz schabowego. Nie spotkałem się z przemocą, może tylko wtedy, gdy mnie brali za Żyda. Niestety gorzej ma mój brat. Wyznajemy prawosławie, a na przykład jak ktoś go spotyka, nawet gdy ma krzyż na szyi, to i tak krzyczy do niego „Allah Akbar” – mówił Daboul.

Alina Czyżewska opowiadała natomiast o swoim pobycie w tegoroczne i zeszłoroczne wakacje na wyspie Lesbos i o tym, jak wygląda obóz dla uchodźców. Rozpoczęło się od spontanicznego pomysłu. Zainspirowali ją przyjaciele, którzy wybrali się do Aleppo i robili zdjęcia zniszczonego miasta. Stwierdziła, że jak ma gdzieś wyjechać na wakacje, to żeby jednocześnie zrobić coś użytecznego. Wpisała w wyszukiwarce „najgorsze obozy dla uchodźców”.

– Był właśnie taki jeden na Lesbos. Spytałam na grupie na Facebooku, czy ktoś mnie przyjmie do organizacji pracującej przy obozie i tak to było – mówiła Alina Czyżewska. – Co chwilę są tam jakieś protesty, gangi i przemoc. Dzieci próbują popełniać samobójstwo. Oni tam w ogóle nic nie mają poza tym obozem życia. Jest to tak jakby poczekalnia – uchodźcy czekają na rozpatrzenie wniosków o azyl. Jeden z nich czekał 14 miesięcy, nie mógł w tym czasie pracować. Tam się rodzą dzieci, przypływają kobiety w ciąży.

Pobyt w obozie zainspirował ją do założenia bloga, na którym publikowała listy do sprawujących wówczas władzę w Polsce. Opisywała w nich codzienność w obozie dla uchodźców.

– Wymyśliłam sobie, że napiszę bloga o nazwie „Listy z wakacji do Jarka i Beaty” (Jarosława Kaczyńskiego i Beaty Szydło). Publikowała je Gazeta Wyborcza. To, że tam pojechałam to mój osobisty dżihad – moja wewnętrzna walka o zrobienie czegoś lepszym – przyznała Alina Czyżewska. –  Gdy gazeta zaczęła publikować, wyszłam z bańki i zaczęły do mnie przychodzić maile z najgorszymi obelgami i wyzwiskami. Autentycznie zaczęłam się bać tych Polaków, tych „patriotów”, bardziej niż uchodźców. Poza tym jestem zdruzgotana poziomem edukacji; powinniśmy się tego uczyć. W 1948 roku przyjęliśmy 14 tysięcy, a dziś nas nie stać na 7 tysięcy?

W ostatniej części spotkania pytania zadawała widownia. Debata spotkała się z ogromnym zainteresowaniem, zwłaszcza wśród młodych ludzi.


Autor: Michał Olechno
Zdjęcie: Hubert Szczypek