O jedzeniu z Piotrem Gładczakiem, autorem bloga Wrocławskie Podróże Kulinarne – rozmawia Mariusz Bartodziej.

Mariusz Bartodziej: Po narodzinach drugiego syna zmienisz nawyki żywieniowe?

PIOTR GŁADCZAK: – Nie sądzę, by były złe. Nie zmienię, bo żywimy się w podobny sposób. Często jemy na mieście. W domu przywiązujemy dużą wagę do jakości produktów.

Mariusz Bartodziej: Jadłeś już tutaj [rozmawiamy w Pasażu Grunwaldzkim – dop. red]?

PIOTR GŁADCZAK: – Jako student. Teraz odpuszczam sobie to miejsce. Wokół fast foody i multifood, za którym nie przepadam.

Mariusz Bartodziej: Warto w ogóle jeść we wrocławskich centrach handlowych?

PIOTR GŁADCZAK: – Coraz częściej tak. Stworzyłem ranking lokali znajdujących się w centrach. Restauracja Vivian w Magnolii czy Włoszczyzna w Renomie, tam można dobrze zjeść. A najlepiej w Dinette w Sky Towerze. To chyba najpopularniejsza restauracja we Wrocławiu.

Mariusz Bartodziej: Polecałeś pyszne śniadania w tym lokalu.

PIOTR GŁADCZAK: – W Di Cafe Deli, to jeden właściciel. W Di śniadania, w Dinette obiady.

di-sniadanie
Gofry z jajkiem i boczkiem w Di Cafe Deli

Mariusz Bartodziej: Adres Twojej strony to: wroclawskiejedzenie.pl. Takowe istnieje?

PIOTR GŁADCZAK: – Niedawno mieliśmy spotkanie z szefami kuchni i historykami na ten temat. Trudno jednoznacznie określić. Nie ma kanonu przygotowywania dań po wrocławsku. To tygiel kulturowy. Po wojnie przyjechali tu ludzie z całej Polski. Moi rodzice pochodzą z różnych stron i to spotkanie kultur jest świetne. Pewne przepisy się łączą, modyfikują. Wrocławska kuchnia polega właśnie na tym, że jest różnorodna. W każdym domu znajdziemy coś fajnego.

Mariusz Bartodziej: Znalazłem przepis na kluski wrocławskie: siedemset pięćdziesiąt gram gotowanych ziemniaków, sto gram mąki, dwa jajka, masło, dwie duże kromki białego pieczywa. Coś Ci to mówi?

PIOTR GŁADCZAK: – Gdzieś to spotkałem. Wyszła książka „Kuchnia Wrocławia”. Myślę, że tą kuchnią jest to, co jemy w domu, co odziedziczyliśmy w spadku po babciach. Trudno powiedzieć, że jedne kluski są wyznacznikiem tego, co jest wrocławskim jedzeniem.

Mariusz Bartodziej: W takim razie co Ty najczęściej jesz w domu?

PIOTR GŁADCZAK: – Chyba kolację. Lubię gotować, bawić się smakami, by to doświadczenie z przygotowywania dań w domu wykorzystać później przy ocenie jedzenia w restauracji. Pewne podstawy trzeba znać. Bardzo często robię makarony, uwielbiam kuchnię indyjską i eksperymentować ze smakami azjatyckimi. To przygotowuję najczęściej.

Mariusz Bartodziej: A jakie potrawy w największym stopniu kojarzą Ci się z Wrocławiem?

PIOTR GŁADCZAK: – Wrocław charakteryzuje się tym, że jest całkowicie pomieszany. W jednym domu zjemy roladę śląską, u mnie zawsze gzik i placki ziemniaczane. Dla osób z Kresów mogą to być kołduny czy barszcz ukraiński. Trudno określić dania, które mogą wyróżniać nasze miasto.

Mariusz Bartodziej: Dom Lodów Barton to wspomnienie Twojego dzieciństwa. A miejsca, w których zjemy coś więcej?

PIOTR GŁADCZAK: – Wrocławska gastronomia tak się zmieniła, że tych miejsc nie zostało już wiele. Sztandarowym przykładem jest Bar Witek. Można w nim zjeść tosty według receptury niezmienionej od dwudziestu lat.

lody-barton

U Witka zjemy również pyszne zapiekanki
U Witka zjemy również pyszne zapiekanki

Mariusz Bartodziej: Zamknięcia którego miejsca we Wrocławiu żałujesz szczególnie?

PIOTR GŁADCZAK: – Rotacja restauracji jest na tyle duża, że się nad tym nie zastanawiam. Na jedno miejsce powstaje pięć, dziesięć nowych. Bardziej myślę o tym, co będzie. Nie wracam do tych miejsc, bo często nie były warte uwagi.

Mariusz Bartodziej: A największe pozytywne zaskoczenie?

PIOTR GŁADCZAK: – Zdecydowanie restauracja Jasna przy ulicy Włodkowica, gdzie szefem kuchni jest Tomasz Hartman. Ślązak z krwi i kości, z Rybnika. Jest świetnym kucharzem. Przygotowuje tak proste, a zarazem doskonałe, dania jak rolada i kilka innych regionalnych dań, pyszne zupy. To miejsce jest zupełnym odkryciem, powrotem do dziecięcych smaków.

Mariusz Bartodziej: Po przeczytaniu twojego wpisu dotyczącego tej restauracji odniosłem wrażenie, że zaserwowana rolada dostarczyła Ci „kulinarnego orgazmu”.

PIOTR GŁADCZAK: – Jak najbardziej, można tak powiedzieć. Roladę bardzo często jadałem w domu, bo część mojej rodziny pochodzi ze Śląska. Ostatnio długo nie miałem okazji. Tamta była przygotowana na najwyższym poziomie.

Wnętrze restauracji Jasna
Wnętrze restauracji Jasna
I polecana rolada
I polecana rolada

Mariusz Bartodziej: Tylko w 2015 roku otwarto we Wrocławiu sto czterdzieści cztery lokale. Czego Ci tutaj nadal brakuje?

PIOTR GŁADCZAK: – Mało tego, z moich obliczeń wynika, że do grudnia tego roku otwarto dwieście dwanaście. To niebywała skala.

Wciąż brakuje jednak u nas wielu międzynarodowych restauracji. Mamy deficyt prawdziwej meksykańskiej czy japońskiej kuchni. Brakuje azjatyckich smaków, bo o ile tajska kuchnia jest mocno reprezentowana, to wietnamska i chińska zdaje się nieobecna. Te smaki Polacy bardzo lubią i na pewno jest na nie miejsce. Myślę, że to jest przyszłość.

Mariusz Bartodziej: Skąd ten progres? Tylko dlatego, że gdy jedno miejsce zostanie zamknięte, to w ciągu roku zdążą otworzyć dwa kolejne?

PIOTR GŁADCZAK: – Wbrew pozorom zdecydowanie więcej otwiera się nowych miejsc, niż zamyka starych. Od dwóch, trzech lat widoczny jest boom restauracyjny w zakresie wzrostu jakości jedzenia. Istnieje wiele programów kulinarnych i na pewno mają na to wpływ. Lenistwo ludzi również. Coraz mniej chce nam się gotować, coraz mniej mamy czasu…

Mariusz Bartodziej: … a coraz więcej pieniędzy.

PIOTR GŁADCZAK: – Pewnie tak. Nie zaglądam nikomu do portfela, ale jest to zauważalne. To się przekłada na tego typu usługi.

Mariusz Bartodziej: Wspomniałeś o programach kulinarnych. Zdarza Ci się jakieś oglądać?

PIOTR GŁADCZAK: – Top Chefa, bo występują w nim ludzie mający pojęcie o gotowaniu, od których można się uczyć. Pozostałe przemilczę. To medialne show, a nie wartość wnoszona do kulinariów.

Mariusz Bartodziej: Powiedziałeś już, czego Ci w mieście brakuje. A czego odczuwasz przesyt, burgerowni?

PIOTR GŁADCZAK: – Odkąd pamiętam, rządzą tu pizzerie. Zwłaszcza te dowożące dania. Nigdy tego nie policzyłem, ale myślę, że jest ich ponad sto. Totalny szał.

Burgery miały dobry moment dwa lata temu. Kilka z lokali serwujących je zostało i pewnie już się wpisało w krajobraz kulinarny Wrocławia. Dziwi mnie to, że nadal powstają i po chwili upadają, bo wrocławianom, Polakom w ogóle, już się burgery znudziły. Ale na pewno jest miejsce dla kanapek premium z mięsem przygotowanym w inny sposób niż te burgerowe. Jest pewna furtka, ale trzeba się umiejętnie zmieścić na rynku.

Mariusz Bartodziej: Jako dziecko często jadałeś na mieście?

PIOTR GŁADCZAK: – Pochodzę z tradycyjnej rodziny, więc jadaliśmy w domu. Wychodziliśmy czasem, jednak liczba miejsc we Wrocławiu na początku lat dziewięćdziesiątych była tak ograniczona, że trudno mi przypomnieć sobie miejsce warte polecenia.

Mariusz Bartodziej: W czasach studenckich jadałeś już częściej.

PIOTR GŁADCZAK: – Brakowało mi czasu i chęci do gotowania. Często przebywałem poza domem. Od lokalu do lokalu, od baru do baru. Tak narodził się pomysł na bloga.

Mariusz Bartodziej: Znalazłeś niszę we Wrocławiu na przewodnik po lokalach. Wspominałeś, że dostrzegałeś podobne blogi w innych miastach. Wzorowałeś się na kimś konkretnym?

PIOTR GŁADCZAK: – Nie, natomiast czytałem wcześniej blogi z Warszawy, Krakowa i Trójmiasta. Tam już wcześniej one dobrze funkcjonowały, zwłaszcza w stolicy, która wyprzedza resztę miast o kilka długości w kwestii gastronomii. We Wrocławiu ten rozwój również jest zauważalny. Świadczy o nim liczba otwieranych lokali i ludzi, którzy do nich uczęszczają.

Mariusz Bartodziej: Studiowałeś na AWF-ie. Skąd pasja do pisania?

PIOTR GŁADCZAK: – Od dzieciaka pomagałem rodzinie przy gotowaniu. Pamiętam pierwsze programy Roberta Makłowicza. To, jak barwnie opowiadał, potrafił zainteresować widza. Później nieodłącznym elementem w moim domu stał się kanał Kuchnia+.

A AWF był gdzieś z boku, bo od początku pracowałem w gastronomii. Poznałem ją od środka. Pisałem na różnych blogach, a w końcu pomyślałem o założeniu własnego. W międzyczasie studiowałem jeszcze dziennikarstwo. To wszystko się zebrało do kupy i dało efekt.

Mariusz Bartodziej: Pisanie od początku nie było Ci obce?

PIOTR GŁADCZAK: – Nie, zupełnie. Nie mnie oceniać własny styl, natomiast po zapoznaniu się z innymi blogami uważam, że nie jest najgorszy. Zebrałem wcześniej doświadczenie także w mediach papierowych.

Mariusz Bartodziej: Wolisz pisać o jedzeniu, czy zdecydowanie jeść?

PIOTR GŁADCZAK: – Pisać po jedzeniu, o tak. Uwielbiam jeść i poznawać nowe smaki, ale lubię też tę interakcję z czytelnikami. Dzielenie się spostrzeżeniami, słuchanie innych. Odpowiada mi to połączenie.

Mariusz Bartodziej: Sądzę, że trudno pisać o lokalach i posiłkach w taki sposób, by to nie było dla czytelnika powtarzalne i jałowe. Tobie w dużej mierze się to udaje.

PIOTR GŁADCZAK: – Mam taką nadzieję. Zapisuję w notesiku opisy różnych dań. Które już użyłem, a które mógłbym zastosować w przyszłości.

Mariusz Bartodziej: Masz swoje źródła tych opisów, czy rodzą się same?

PIOTR GŁADCZAK: – Czasem stoję w korku i wpada mi coś do głowy. Dużo czytam o kulinariach, więc to przychodzi również stąd. Od kogoś trzeba się uczyć. To składowa wielu czynników.

Mariusz Bartodziej: Często spotykasz się z opiniami, że po twojej wizycie w danym miejscu ruch znacznie wzrósł. I chyba wszyscy są Ci za to wdzięczni. A czy spotkałeś się z jakimiś groźbami z tym związanymi?

PIOTR GŁADCZAK: – Nie wszyscy mi dziękują. Pracownicy tych miejsc nie są specjalnie zadowoleni ze wzmożonego ruchu przez parę dni. Goście tych miejsc również niekoniecznie się cieszą, bo muszą czekać w kolejkach. Ale to nie jest aż tak częste.

Jeśli uda się wypromować lokal, to przyjemne dla mnie i dla restauracji. Tak bezinteresownie, bo fajnie karmią. Z groźbami się nie spotykam. Zdarzają się niemiłe incydenty, lecz tłumię je w zarodku. Coraz więcej właścicieli odnosi się do merytorycznych uwag. Potrafią powiedzieć: „przepraszam, coś było nie tak, na pewno będziemy myśleć, jak to poprawić”.

Mariusz Bartodziej: W komentarzach pod twoimi postami czytałem, że obsługa lokalu zazwyczaj ignoruje wszelkie sugestie. W wypadku twoich wskazówek jest inaczej?

PIOTR GŁADCZAK: – Na początek obalmy mit, że moje zdjęcia są porozklejane we wszystkich restauracjach i gdy wchodzę, to rozścielany jest czerwony dywan. Cieszę się, gdy ktoś tak mówi, ale to nieprawda. Obsługa tak samo podchodzi do mnie, jak do każdego innego gościa.

A z nią jest spory problem. Panuje duża rotacja w zespołach. Często pracownicy są słabo wyszkoleni, mają nikłą wiedzę na temat menu. Na szczęście w jakiejś liczbie lokali jest stała ekipa. Przykłada się dużą wagę do wyszkolenia obsługi tak, by poznała danie i wiedziała, jak o nim opowiedzieć. Są pewne kanony, których należy się trzymać, ale nie można uniknąć tej rotacji, bo dużą część pracowników stanowią studenci. Im często praca się szybko nudzi i chcą robić coś innego. To taka specyfika, zwłaszcza w takim mieście jak Wrocław, w dużym stopniu studenckim.

Mariusz Bartodziej: Przypomina mi się twój post dotyczący wizyt w Remoncie. Za pierwszym razem obsługa jak należy, a za drugim zmiana o sto osiemdziesiąt stopni.

PIOTR GŁADCZAK: – To zależy w dużej mierze od humoru osoby, niestety. Nie powinien mieć żadnego wpływu, ale tak się dzieje. Mogło to wynikać również z tego, że jednego dnia była ambitna osoba, a drugiego taka, która lżej podchodzi do swoich obowiązków.

Wnętrze Remontu
Wnętrze Remontu

Mariusz Bartodziej: Czyli we Wrocławiu bardziej możemy narzekać na obsługę niż jakość jedzenia?

PIOTR GŁADCZAK: – Nie narzekałbym w ogóle. Droga, którą Wrocław przeszedł w ciągu ostatnich trzech lat, zasługuje na pochwały. Gastronomia bardzo się rozwinęła i rozwija nadal. Jestem z tych, którzy wyraźnie uwypuklają rzeczy złe, bo uważam, że tak trzeba. Ale przede wszystkim bardzo lubię chwalić tych, którzy przykładają się do swojej pracy.

Mariusz Bartodziej: Które miejsce zanotowało u Ciebie największy awans?

PIOTR GŁADCZAK: – Moje największe uznanie zdobyła restauracja Pappatore przy ulicy Wietrznej. To niesamowite miejsce. Wygląda jak osiedlowa pizzeria, a w środku dzieją się cuda. Za pierwszym razem byliśmy zadowoleni, ale nie było to spełnienie szczytu oczekiwań. Każda kolejna wizyta otwierała mi oczy. Ta restauracja rozwija się z roku na rok coraz bardziej. Uważam, że to jedno z trzech, czterech topowych miejsc we Wrocławiu.

Burgera z pastrami w Pappatore autor bloga uznał za ziszczenie marzeń
Burgera z pastrami w Pappatore autor bloga uznał za ziszczenie marzeń

Mariusz Bartodziej: Odwiedzasz lokale z różnych półek. Jak często wysoka cena przekłada się na wysoką jakość jedzenia?

PIOTR GŁADCZAK: – Niestety nie zawsze. Ten boom restauracyjny wpłynął też na to, że wielu właścicieli próbuje wykorzystać swoje pięć minut. Bez sensu sztucznie podnoszą ceny. Jednak w wielu restauracjach za ceną idzie jakość. To czuć po produkcie, po świeżości, po tym, jak danie zostało przygotowane. Myślę, że to tak pół na pół.

Mariusz Bartodziej: Trzydzieści dziewięć tysięcy polubień na Facebooku, blisko dwanaście tysięcy obserwujących na Instagramie. Zamierzasz cały czas sam prowadzić bloga i konta w mediach społecznościowych?

PIOTR GŁADCZAK: – Na razie tak i raczej nikomu nie będę tego zlecał. To mój blog i duża część czytelników lubi go właśnie za to, że nie „ściemniam”. Pokazuję, jaki jestem, co jem, co lubię, a czego nie we wrocławskiej gastronomii. Zajmuje mi to ostatnio bardzo wiele czasu, ale tak się z tym zżyłem, że trudno byłoby mi zrezygnować. Utrudnienie stanowi to, że prowadzę własną działalność zupełnie niezwiązaną z blogiem. Tylko czasu może mi zabraknąć.

Mariusz Bartodziej: Przewidujesz zakończenie Wrocławskich Podróży Kulinarnych?

PIOTR GŁADCZAK: – Bardzo się rozwinęły i każdego dnia dostaję tak pozytywnego kopa od ludzi, że zdecydowanie nie zamierzam. A wręcz myślę o dalszym rozwoju.

Mariusz Bartodziej: Jedzenie na mieście to Twoje hobby, a za nie trzeba płacić. Próbowałeś zliczyć, ile miesięcznie wydajesz na swoją pasję?

PIOTR GŁADCZAK: – Lepiej, żebym tego nie wiedział. Moja żona też.

Mariusz Bartodziej: A stanowi ono dla Ciebie jakiś zysk?

PIOTR GŁADCZAK: – Nie jest to moje źródło utrzymania. Od początku nie podchodziłem tak do tego.

Jednak uważam, że czymś normalnym jest zarabianie pieniędzy na blogach, które mają jakość, są wartościowe. Tak samo jak ludzie kupują gazety czy płacą za telewizję, tak samo treści blogowe są pełnowartościową informacją. Nie widzę powodów do wstydu, że ktoś na tym zarabia. Wielu blogerów z tego żyje. Ja zupełnie o tym jeszcze nie myślę, bo mam inne zajęcia, To nie przynosi wymiernych korzyści, więc nie ma o czym rozmawiać. Zwłaszcza, że specyfika WPK jest taka, że nigdy nie zamierzałem i nie zamierzam brać pieniędzy od restauracji.

Mariusz Bartodziej: Twoja pasja to spore poświęcenie. Przed tłustym czwartkiem odwiedziłeś dwadzieścia cukierni i w każdej zjadłeś pączka.

PIOTR GŁADCZAK: – Wydaje mi się, że więcej. Te dwadzieścia było tylko rzuconą liczbą. Nie przeszkadzają mi takie wyzwania, więc mogę powtarzać je każdego roku.

Mariusz Bartodziej: Od wielu lat często jesz na mieście. Co znajdziemy zazwyczaj w Twojej lodówce?

PIOTR GŁADCZAK: – Dużo nabiału. Przede wszystkim jajka, które uwielbiam ja i mój syn. Bardzo często jemy omlety, naleśniki. Muszę mieć spory zapas makaronu w szafce i mąki, bo uwielbiam  wszelkiego rodzaju mączne potrawy, na przykład kluski. Całą gamę przypraw, zwłaszcza indyjskich, i azjatyckie sosy: ostrygowe, rybne, sojowe. To podstawa, z której zawsze coś przygotuję.

Mariusz Bartodziej: Kto gotuje u Ciebie w domu?

PIOTR GŁADCZAK: – Co ciekawe, bardzo często ja. Moja żona nie przepada za gotowaniem. Często jemy razem poza domem, a jeśli w domu, to raczej ja zabieram się za przygotowywanie jedzenia.

Mariusz Bartodziej: Zakupy to też Twoja broszka?

PIOTR GŁADCZAK: – Jak najbardziej. Chętnie jeżdżę do sklepów, w których mogę znaleźć składniki do kuchni świata i świeże warzywa. W kilku miejscach lubię robić zakupy i wolę załatwiać to sam.

Mariusz Bartodziej: Na blogu piszesz zazwyczaj w pierwszej osobie. Rzadko jadasz w towarzystwie, czy wtedy nie oceniasz?

PIOTR GŁADCZAK: – Najczęściej jem sam, bo na obiad wyskakuję podczas pracy. Ale czasem jem z żoną czy znajomymi i zawsze to zaznaczam.

Mariusz Bartodziej: Lody naturalne. Mają coś z naturalnością wspólnego?

PIOTR GŁADCZAK: – Ten slogan to fenomen, który opanował Wrocław i chyba całą Polskę w ogromnym stopniu. Niektórzy próbują nam wmawiać, ze lody o smaku smerfowym czy Kinder Bueno są naturalne. Nie znam takich naturalnych składników.

Zdecydowanie numerem jeden jest lodziarnia rzemieślnicza Krasnolód. Można powiedzieć, że tam faktycznie lody są w stu procentach naturalne. Bez barwników i sztucznych dodatków.

Cytryna z bazylią oraz malina z porto ty tylko niektóre z dostępnych smaków
Cytryna z bazylią oraz malina z porto to tylko niektóre z dostępnych smaków

Mariusz Bartodziej: Często pytają Cię o menu albo cennik. Może to znak, że najwyższy czas otworzyć własny interes.

PIOTR GŁADCZAK: – To są śmieszne sytuacje. Czasem padają tak absurdalne pytania: w jakich godzinach macie otwarte, jaka jest dzisiaj oferta lunchowa, jaka ryba, mięso?

O otwarciu własnego interesu gastronomicznego myślałem przed założeniem bloga. Później zrezygnowałem. Mimo że mam kilka pomysłów, a parę propozycji współpracy otrzymałem. Ale to zaprzeczyłoby idei tego bloga i właściwie zakończyłoby tę działalność. Ocenianie innych przez pryzmat swojego miejsca byłoby bez sensu.

Mariusz Bartodziej: Te zapytania to jakieś żarty, czy gdzie mają swoje źródło?

PIOTR GŁADCZAK: – To wynika z tego, że pokolenie Google’a wpisuje szybko coś w wyszukiwarkę. Chce znaleźć restaurację X, a mój wynik pojawia się pierwszy z tą nazwą. Nie zwróci uwagi, że to opis restauracji na blogu, tylko myśli, że to strona firmowa, więc pytają. Prosty schemat, a zadziwia mnie za każdym razem.

Mariusz Bartodziej: Nie unikniesz pytania o wrocławski Jarmark Bożonarodzeniowy. Znajdziemy tam coś, o co przez resztę roku trudno?

PIOTR GŁADCZAK: – Jestem całkowicie zrażony do tego miejsca i nie bywam tam. Nie chcę w obecnej formie go sprawdzać. Według mnie nie ma tam nic godnego polecenia, jeśli chodzi o jakość produktów, a to najważniejszy wyznacznik.

Mariusz Bartodziej: Brakuje Ci na nim lokalności. Co chciałbyś zobaczyć w miejsce czego?

PIOTR GŁADCZAK: – Kompletnym nieporozumieniem, jeżeli chodzi o smak i jakąś wartość, jest koncernowe piwo. We Wrocławiu i okolicach funkcjonuje blisko dziesięć browarów rzemieślniczych. Można by zebrać z nich kilka fajnych piw i dać posmakować turystom oraz miejscowym.

Mamy wielu rzemieślników: serowarów spod Karpacza czy piekarzy. Wytwarzają produkty na niewielką skalę, ale gdyby miasto zrobiło jakiś krok w ich stronę, zaproponowało atrakcyjne warunki dzierżawy stoisk, to mogłyby stanowić ciekawą promocję dla miasta i regionu.

Żeby pokazać, że nie żyjemy w świecie wielkich koncernów i przedsiębiorstw, a są ludzie wytwarzający coś naprawdę jakościowego. W tym zalewie chłamu, który nas otacza, to bardzo fajne i w tę stronę powinniśmy iść.

Autor bloga określił go mianem "kicz projektu"
Autor bloga określił go mianem „kicz projektu”

Mariusz Bartodziej: Jeśli jarmark, to i święta. Wyłącznie w domu, czy częściowo na mieście? Są jakieś specjalnie menu?

PIOTR GŁADCZAK: – Pojawiają się już od grudnia. Chyba nawet dzisiaj widziałem, że ktoś wprowadzał barszcz.

Wigilia domowo. Ewentualnie ciastko i kawa w drugi dzień świąt na mieście, by wyjść z domu. Przygotowujemy wszystko sami.

Mariusz Bartodziej: Ulubiona potrawa świąteczna?

PIOTR GŁADCZAK: – To dziwne, bo uwielbiam zupę grzybową z łazankami mojej mamy. To jest taki banał.

Mariusz Bartodziej: Według jej przepisu czy najlepiej w jej wykonaniu?

PIOTR GŁADCZAK: – Lepiej, żeby jednak moja mama ją zrobiła. Tego dania nie spotkana często  wigilijnym stole. W ogóle uwielbiam zupy. Barszcz na domowym zakwasie, a do tego uszka czy pierogi.

Mariusz Bartodziej: Ludzie rzeczywiście ślepo podążają bez potrzeby za rozmaitymi dietami, jak na przykład bezglutenową?

PIOTR GŁADCZAK: – One są sezonowe. Co rok, dwa pojawiają się cudowne, które mają uzdrowić cały świat. Nie da się wykluczyć tego, że problem z glutenem jest. Jednak w stosunku do całej populacji gluten szkodzi niewielkiemu odsetkowi ludzi. Poddawanie się takim drakońskim dietom tylko z racji tego, że są modne i na czasie, odstawiłbym na bok.

Mariusz Bartodziej: À propos diety. Jak postępy w Twojej?

PIOTR GŁADCZAK: – Bardzo dobrze. Mija czwarty miesiąc, a już pozbyłem się dziesięciu kilogramów. Przy zachowaniu regularnego jedzenia na mieście, bez głodzenia się. A widzę po sobie, że jest lepiej i tak też się czuję.

Mariusz Bartodziej: Z czego najtrudniej było Ci zrezygnować?

PIOTR GŁADCZAK: – Nie jestem dobrym pacjentem dla dietetyka, bo w ogóle w życiu do mało czego potrafię się dostosować. Dlatego nie trzymam się mojej diety ściśle.

W dużej mierze odrzuciłem słodycze. Od zawsze wiedziałem, że są moją słabością i śmiało mogę powiedzieć, że należę do grona osób uzależnionych od cukru. Na szczęście nie musiałem zrezygnować z piwa, które bardzo lubię i czasem pani dietetyk pozwala mi na butelkę czy dwie.

Mariusz Bartodziej: Jakie menu na resztę dnia?

PIOTR GŁADCZAK: – Dzisiaj już tylko delikatna kolacja w domu, a jutro jakieś śniadanie na mieście.


Rozmawiał: Mariusz Bartodziej

Zdjęcie: archiwum Piotra Gładczaka