Arlie Russel Hochschild udając się na republikańskie południe Stanów Zjednoczonych, nie miała łatwego zadania. Profesor socjologii Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley musiała zmierzyć się z prawicowymi przekonaniami mieszkańców Luizjany. Kim są ludzie, którzy oddali swój głos na konserwatywnych kandydatów w wyborach do Kongresu USA? Co kierowało zwolennikami budzącego kontrowersje wśród liberałów prezydenta Donalda Trumpa? „Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy” to próba zrozumienia logiki i refleksja nad wartościami, za jakimi podążają mieszkańcy czerwonych stanów. 

Blisko pięć lat Arlie R. Hochschild spędziła w Luizjanie, będącej mekką amerykańskiej prawicy. Gdy Barack Obama ubiegał się o reelekcję w 2012 roku, uzyskał jedynie 14 procent głosów wśród białych mieszkańców tego bagnistego regionu. Tendencja antyliberalna z każdym rokiem wzrasta tam, na skutek przeprowadzek Amerykanów. Społeczeństwo ulega geograficznej polaryzacji — ludzie starają się zamieszkać pośród osób o zbliżonych preferencjach wyborczych; powstają nawet miasteczka zrzeszające sympatyków konkretnych ugrupowań. Idea przyświecająca autorce „Obcego we własnym kraju” była prosta. Spędzić czas wraz z republikańskimi rodzinami, by nakreślić sylwetkę przeciętnego konserwatysty. Niosąc ze sobą bagaż demokratyczno-liberalnego nastawienia, Hochschild uznała (inspirując się dorobkiem Thomasa Franka), że Południe charakteryzuje tzw. Wielki Paradoks. To właśnie tam panuje większa bieda, rozwody są częstsze, otyłość powszechniejsza, opieka zdrowotna kuleje, średnia życia zbliżona jest do tej z Nikaragui, a edukacja odbiega od standardów znanych na Północy. Dlaczego zatem ludzie borykający się z takimi problemami odrzucają pomoc rządu federalnego? Dlaczego krytykują programy socjalne oraz trwają uparcie w swoich kapitalistycznych i wolnorynkowych postanowieniach? Taki natłok kwestii zamieniłby reportaż w rozbudowaną dysertację, a na to autorka nie mogła pozwolić. Należało skupić się na kluczowej sprawie, która w dostatecznym stopniu zawęziłaby pole obserwacji. Tematem książki stały się zatem luizjańskie środowisko oraz przemysł.  

Empatia zamiast krytyki   

To, co czyni pracę Arlie R. Hochschild wyjątkową, to oryginalne podejście do sprawy zrozumienia opozycyjnego stanowiska. Nie ma tutaj bowiem miejsca (teoretycznie) na tyradę i złośliwe komentowanie swoich przeciwników. Brak retoryki na wzór tej znanej z Fox News i CNN, które wzajemnie obrzucają się inwektywami. Zamiast tego autorka wykazuje sympatię nowo napotkanym osobom, które odwzajemniają się tym samym. Lee Sherman częstuje profesor kawą, a rodzina Arenów zaprasza na obiad. Obie strony zauważają, że istnieje problem wzajemnego braku zrozumienia. Ku zaskoczeniu czytelnika okazuje się, iż radykalne Południe pełne jest ludzi, którzy także czują, mają marzenia, plany, jedzą i piją, śmieją się i smucą. Czy to wystarczy, by przeskoczyć mur empatii, o którym tak chętnie opowiada liberalna socjolożka?

Retoryka uogólnienia

Pomimo najszczerszych chęci, niemożliwym jest wcielić się w skórę innej osoby. Niejednokrotnie mamy problem ze zrozumieniem pewnych postaw wśród najbliższych krewnych, dlatego nie należy oczekiwać od Hochschild sukcesu w interpretacji obcego środowiska. Teoria głębokiej historii, pojawiająca się na stronach książki, zdaje się przełomową, pokazuje bowiem subiektywny pryzmat, przez jaki przeciętny Luizjańczyk patrzy na społeczeństwo, przemysł i religię, jednak w żaden sposób nie pomaga w rzeczywistym uzasadnieniu sukcesu prawicy. Właściwie jakiej prawicy? Autorka rozdzieliła scenę polityczną w sposób horyzontalny, którego graficznym przedstawieniem jest oś ciągnąca się od skrajnej lewicy, przez centrum do skrajnej prawicy. Politologia wypracowała jednak system dwuosiowy, o którym populistyczne media i rząd Stanów Zjednoczonych zdały się zapomnieć. To właśnie w nim sfera światopoglądowa i ekonomiczna przeplatają się, tworząc różne warianty; współcześnie odnajdziemy w Europie partie propagujące wolność ekonomiczną oraz ograniczające wolność osobistą i odwrotnie. Specyfika amerykańskiego ustroju nie pozwala w pełni oddać charakteru takiego układu, stąd dosyć naiwny podział na republikanów i demokratów. Nie ulega wątpliwości, że kwestia zanieczyszczenia środowiska jest wówczas ceną, jaką muszą zapłacić wyborcy całej prawej strony, gdy pragną zwyciężyć na pozostałych polach politycznego konfliktu.

A mury rosną, rosną, rosną

To nie jedyna nieścisłość, z jaką mamy do czynienia. Autorka nagminnie forsuje pogląd ekonomiczny, w myśl którego rząd federalny stał się wybawicielem gospodarki USA w czasie kryzysu lat 2007-2009. Interwencjonizm zyskuje miano argumentu, na którym buduje się wizerunek opiekuńczej władzy i wyzyskującego rynku. Prywatne banki wprowadziły ludzi w błąd wg Hochschild, która pominęła wkład Fedu w sztuczne obniżenie stóp procentowych oraz wpływ przedsiębiorstw półpaństwowych na rozszerzanie gwarancji kredytowych dla ludzi niespełniających wymogów zdolności kredytowej.

Zgrzyt występuje także na linii historycznej. Autorka przyznaje w pewnym momencie, że Konfederaci nie walczyli w słusznej sprawie. Wojna secesyjna do dziś stanowi temat niezwykle delikatny w amerykańskim środowisku i jednogłośne osądzanie jednej ze stron wielu historyków wprawiłoby w osłupienie. Przyczyny polityczne, społeczne, czy ekonomiczne tego konfliktu do dziś pozostają kwestią dyskusyjną. Czasy te, choć odległe, służą kreowaniu fałszywych mitów i idealizowaniu Południa lub Północy. Z tych powodów lepiej pozostawić krytykę grupie ekspertów.

„Obcy we własnym kraju” to pozycja potrzebna, pomimo swoich niedociągnięć. Pokazuje nam rolę i znaczenie dialogu w spolaryzowanym świecie, gdzie coraz więcej się mówi, a znacznie mniej słucha. Postawa, jaką reprezentuje Arlie R. Hochschild jest godna poklasku, sposób zaś, w jaki próbuje interpretować Południe wymaga głębszego przemyślenia.

 


Autor: Wojciech Kosek
Zdjęcie: materiały promocyjne
Rec. Arlie Russel Hochschild,
Obcy we własnym kraju, Gniew i żal amerykańskiej prawicy, wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa, 2017.