Najnowszy twór Netflixa, to dzieło, o którym na pewno już słyszeliście. Świetna obsada prowadzona przez Bena Afflecka, przepiękne zdjęcia i intrygująca historia polegająca na okradnięciu barona narkotykowego. Czy nowy przepis na film akcji jest sukcesem?

Każdy dzisiaj jest już zaznajomiony z „netflix and chill”. Żarty żartami, memy memami, pewna część z nas faktycznie co drugi wieczór spędza, oglądając największą wypożyczalnie filmową na świecie. Często są to produkcje, które nie wymagają zbyt wielkiej uwagi czy też skupienia od widza, ale trzymają w napięciu. Wspominam o tym, ponieważ uważam, że „Triple Frontier” jest właśnie takim idealnym wieczornym seansem dla każdego.

Akcja przez duże A

Najnowsze dzieło reżysera J.C. Chandora skupia się bardziej na tym aspekcie niepewności i utrzymywania uwagi widza. Bardzo łatwo można zauważyć inspiracje i doświadczenie twórcy z kinem akcji. Jednocześnie jest to jego pierwszy film od pięciu lat. Nie do końca więc było wiadomo, czego można się po produkcji Netflixa spodziewać. Koniec końców, tak jak na amerykański thriller akcji przystało, wybuchów strzałów, a nawet pościgów, jest niemało.

Pięciu emerytowanych wojskowych na wakacjach

Fabuła skupia się wokół pięciu emerytowanych już żołnierzy specjalnej, tajnej jednostki operacyjnej amerykańskiego wojska. Poza Oscarem Isaaciem, orkiestratorem głównych wydarzeń, każdy stara się jakoś łączyć koniec z końcem. „Redfly„, odgrywany przez Bena Afflecka, były kapitan jednostki, teraz ojciec po rozwodzie, bezskutecznie sprzedaje nieruchomości. Najlepszy niegdyś pilot, „Catfish”(Pedro Pascal), jest w zawieszeniu po małym incydencie z kokainą. Bracia Miller(Charlie Hunnam i Garrett Hedlund) wygłaszają motywacyjne mowy dla lokalnych przyszłych wojskowych, bądź też biorą udział w walkach lokalnego miasteczka. Obiektywnie oceniając, marne życie dla ludzi, którzy kilkanaście najlepszych lat swojego życia spędzili w wojsku. Nie chciałbym ryzykować tyle dla kraju, a potem nie móc wysłać swojego dziecka na studia, tak jak na przykład postać Bena.

To Ci panowie porywają nas w dziką przygodę i są jej główną atrakcją.

Do historii jesteśmy wprowadzeni przez wcześniej wymienionego Oscara Isaaca, wśród kolegów nazywany jako „Pope”. Dzięki swoim źródłom i ciągłej pracy w specjalnej agencji, jest w pewnym momencie poinformowany o lokalizacji Lorei – narkotykowego barona, który posiada wtyki w brazylijskim rządzie. Jednocześnie, Pope uświadamia sobie, że każdy z jego obecnych współpracowników, jest przez Loreę opłacany. Nie mogąc liczyć na ich wsparcie, zwraca się o pomoc do starej ekipy. Co z początku miało być jedynie zlikwidowaniem terrorysty, przez nędze w której obecnie żyją główni bohaterowie, decydują się oni na zabranie mu całego majątku. A to nie byle suma, tylko 75 milionów dolarów.

Ameryka Południowa jaką nie do końca znamy

Po dosyć szybkim i płytkim wprowadzeniu postaci, akcja przenosi się do Ameryki Południowej. Pierwszą rzeczą, która przykuwa tutaj uwagę, nie są świetnie zmontowane fragmenty wymiany ognia (o tym za chwilę), tylko zdjęcia. Aż ma się ochotę powiedzieć, że takiej Brazylii to na National Geographic się jeszcze nie widziało.

Takich ujęć jest o wiele więcej.

Wraz z rozwojem wydarzeń cały czas mamy wrażenie, że zaraz się coś popsuje. To, w jaki sposób napisany jest scenariusz, też do pewnego momentu zasługuje na pochwały. Pewne ujęcia bohaterów czy też małe zwroty fabularne, sprawiają że jesteśmy jak rybka, która świadomie chce się złapać na przynętę, żeby mieć chwilę na oddech.

Z przyjemnością ogląda się operacje samej napaści na Loreę, późniejszą ucieczkę czy też dopieszczone do perfekcji elementy wojskowe i dialogi. Mam tutaj na myśli między innymi wymianę ognia między postaciami, która dzięki odpowiednim kolorom, ujęciom i subtelnej ścieżce dźwiękowej, sprawia wrażenie bardzo realistycznej. Ponownie pochwały tutaj zbierać mogą scenarzyści – Mark Boal i Chandor.

Wszystko, co dobre kiedyś się kończy

Tak, jak w pewnym momencie, żeby popchnąć historię dalej, coś musiało pójść nie tak. Równocześnie odnosi się wrażenie, że sam film musiał się gdzieś potknąć. Nie trzeba być geniuszem, żeby domyślić się, że faktycznie nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Najbardziej z tego wszystkiego cierpi trzeci akt, który staje się odwrotnym odbiciem reszty filmu. Mamy za dużo bezsensownych decyzji. Dodatkowo, Potrójna Granica, to jedno z niewielu dzieł, gdzie akcja może nas wgnieść w fotel na dwa sposoby. Raz z podziwu, a raz z frustracji, na reakcje tego co widzimy.

Oscar Isaac swoją drogą daję pokaz dobrej gry aktorskiej.

Czy Triple Frontier jednak wymaga myślenia?

Najlepsze, co można wynieść z Triple Frontiera, to refleksja na temat pieniądza. Jest to finalnie mianownik, który złączył głównych bohaterów, wokół którego kręci się fabuła i który podjudza postacie do fatalnych decyzji. Można się spotkać z opinią, że takie gwiazdy jak Affleck, Isaac czy Pascal, to już za wysokie progi na ich poziom. Z jednym się zgodzę, są to zdecydowanie aktorzy, którzy na plecach utrzymują nie tylko torby z pieniędzmi uciekając z Brazylii, a także ten film. Brawa należą się tu najbardziej Affleckowi, trudno nie odnieść wrażenia, że wręcz nie przenosi swojego, obecnie trudnego życia, na kamerę. Od dawna żadna rola nie była tak wierzytelna i prawdziwa.

Przez nacisk reżysera na napięcie i długie sceny akcji, a mniej na konwersację i relacje między postaciami, aktorzy powinni być zepchnięci na drugi plan. Wbrew pozorom, błyszczą i to najjaśniej z całego filmu.

Nowa produkcja Netflixa nadal wydaje mi się idealnym twórem tej firmy. Trochę za ambitny, z obsadą, która dorównuje tym ambicjom, ale jednak na kilku płaszczyznach zawodzi. Co gorsze jednak, jesteśmy przyzwyczajeni już do tego uczucia zawiedzenia i niedosytu. Nie jest to film w żadnym wypadku zły. Ale chciałoby się jednak trochę więcej.


Autor: Mateusz Miter
Zdjęcia: Youtube