Musical to słowo, które w mojej głowie przewijało się od dłuższego czasu. Po pierwsze za sprawą genialnego La La Land. Po drugie ze względu na to, że dzięki obrazowi Damiena Chazelle’a zacząłem sięgać w swojej pamięci do musicali, które pamiętam, niezależnie od tego, jakie wspomnienia z nimi kojarzę – pisze Patryk Rudnicki.

 


Deszczowa Piosenka

Na pierwszy ogień poszedł klasyk, który widziałem bodajże kiedy miałem 6 lub 7 lat. Dziś kojarzę w sumie niewiele, pamiętam na pewno, że nie do końca wiedziałem o co chodzi w musicalu opowiadającym o zmaganiach aktorów kina niemego z przejściem do nagrywania z dźwiękiem. W końcu w takim wieku człowiek myślał, że dźwięk w filmach był od zawsze! Tym, co najmilej zapisało mi się w tej wtedy małej głowie, to na pewno utwór tytułowy, pełen sielanki i radości. Do dziś wyryło mi się gdzieś wewnątrz, że musical nie może istnieć bez choćby odrobiny stepowania.


Purple Rain

Trailer oddaje to w pełni – jest kiczowato. Choć akurat kicz towarzyszył Prince’owi przez całą karierę, to akurat Purple Rain, przez wielu wpisywany do kanonu jako film stojący na granicy pomiędzy filmem muzycznym, a musicalem, jest akurat historią o gonieniu za marzeniem o zrobieniu kariery rockmana. Tak, gdy go obejrzałem miałem 16 lat. Tak, nagle zachciało mi się grania na gitarze, życia wbrew regułom itepe. Na całe szczęście równie szybko co wszystko związane z filmem poza soundtrackiem wyrzuciłem z głowy. Z grubsza na chwilę obecną nie obejrzałbym tego filmu jeszcze raz. Kicz, montaż i scenariusz skutecznie odpychają. Z kolei soundtrack (nagrodzony Oscarem za najlepszy dobór piosenek oraz Grammy za najlepszy album nagrany na potrzeby filmu) to zupełnie inna bajka. Od Let’s Get Crazy przez When The Doves Cry, aż po mistrzowskie Purple Rain z jednym z bodaj najpiękniejszych solo gitarowym jakie jakikolwiek artysta dał światu.


Grease

Grease obejrzałem dosyć późno, bo mając już 19 lat i cóż tu dużo pisać, sprawił, że musical już później przez długi  okres czasu jawił mi się jako przesłodzona historyjka dla nastolatków. Sam obraz na pewno zapisał się w historii kinematografii jako pewien flagowy przykład musicalu, to dla mnie nie był niczym wybitnym. Widać to również po nagrodach. Nominacje do Złotych Globów czy Oscarów bez statuetek, za to aż dwie przyznane w People’s Choice świadczą jedynie o tym, że Grease spełnił swój cel – spodobał się ludziom, niekoniecznie podobając się chociażby akademii.


La La Land

Nie byłem przekonany czy La La Land przełamie we mnie barierę, którą wywołał Grease. Zaczęło się niewinnie, od takiej strony poznawania filmu, od której niewielu go poznaje – przesłuchania soundtracku. Zacząłem odsłuch w pewien piątek wieczorem, odtwarzać ponownie przestałem na chwilę przed wyjściem do kina. La La Land to piękna historia o artystach, którzy próbują przebić się do światka, o jazzie, o pasji, o zakochaniu i wewnętrznej tęsknocie do epoki neonów, pięknych samochodów i kobiet, wreszcie jest to film mówiący do widza jasno: nie idź na łatwiznę. Nie rezygnuj z marzeń, szarp się i walcz o nie ze wszystkich sił, bo poddając się, nawet na moment, możesz stracić coś najcenniejszego, coś, co do ciebie już nigdy nie wróci i nagle okaże się, że miasto gwiazd, nie świeci już tylko dla ciebie. La La Land przywrócił we mnie pewną wiarę, że musical nie jest tylko popierdółką do obejrzenia przy popcornie i coli, byleby tylko ta blondyna, co to ją do kina wyszarpałeś w końcu dała się złapać za rękę. Mimo to uważam, że statuetka dla Moonlight została przyznana słusznie. Wolę jeśli otrzymuje ją film dotykający spraw społecznych, trudnych, o których ciężko jest rozmawiać.

 

Autor | Patryk Rudnicki