Ostatni Jedi pozytywnie zaskoczył mnie. Wybrać czytelniku na niego się musisz. Tak mógłbym streścić całą recenzję. Jeżeli jednak interesują Cię szczegóły – czytaj dalej.

W końcu jest o czym gadać. Po średnio przyjętym Przebudzeniu Mocy, na ósmej części Gwiezdnych Wojen ciążyła wielka odpowiedzialność. W końcu jej poprzedniczka mogła żerować na nostalgii. Tutaj podobne zagrania nie uszłyby na sucho. Tym lepiej więc, że za sterami nowego filmu ze stajni Disneya zasiadł Rian Johnson. Jest jednym z ludzi odpowiedzialnych za sukces Breaking Bad.

To się przełożyło na wykonanie. Postacie są dużo bardziej cyniczne i zgryźliwe. Grający je aktorzy ‘uczłowieczyli’ swoje role pod przewodnictwem nowego reżysera. Czuć tu sznyt, dzięki któremu widownia zakochała się w Heisenbergu. Jednocześnie podobny kierunek oddalił serię od jej korzeni – Space Opery.

Termin wywodzący się od niechlubnej Soap Opery określa naiwną, pełną dramatów i zbędnej podniosłości opowiastkę. Coś jak romanse rycerskie. Nic specjalnego. W wersji kosmicznej jednak, podobna konwencja była świeża i ciekawa. Sęk w tym, że 40 lat temu. Dziwne jest więc to, że fani są sceptycznie nastawieni do tego, co z serią zrobił Johnson. Wydawałoby się, że pora na zmiany, które stworzą coś więcej niż film żerujący na kultowości marki.

Jednym z zarzutów kierowanych pod adresem Ostatniego Jedi jest nadmierna liczba momentów, delikatnie mówiąc, ‘przerysowanych’. Sekwencji bardziej podniosłych, niż najbardziej naiwne za czasów George’a Lucasa. Ale przecież to wszystko aż bije w twarz nie tyle zbędną bufonadą, co metażartem.

Widać, że reżyser wiedział co robi, kreując żenująco heroiczne sytuacje. Puszcza w ten sposób oko do widza – Ja wiem, że to jest głupie, ale czy nie na tym polega zabawa?.

Uważam, że oddani wojownicy o czystość marki powinni odstąpić na bok. Pozwolić sobie na odrobinę luzu. Trochę tu śmiechu z cech definiujących Gwiezdne Wojny, ale nie należy tego traktować personalnie. Jak zamach na markę albo zdradę społeczności fanów.

Fabuła jest ciekawa, trzyma w napięciu. Cierpi na syndrom Hollywood (ciągle coś się dzieje), ale tak to już jest z filmami których jednym z ważniejszych elementów jest widowiskowość akcji. Tym bardziej da się to wybaczyć, że jest na co popatrzeć. CGI, jak na wysokobudżetowca przystało, stoi na najwyższym poziomie. Najbardziej zapadła mi w pamięć scena powstała w wyniku zsumowania hiperprzyspieszenia i krążownika Nowego (Imperium) Porządku. Zaskakujące równanie. W zasadzie ciężko przy takiej skali mówić o niedociągnięciach na płaszczyźnie wykonawczej. Pieniądze Disneya pozwalają na zatrudnienie fachowców. I to się czuje.

Efekty dźwiękowe też są niczego sobie. Ekipa odpowiedzialna za odgłosy wykonała kawał dobrej roboty. O muzyce chyba na tym etapie nie muszę nawet wspominać. Prawda jest taka, że w Gwiezdnych Wojnach jedyne co się liczy, to pewne utarte motywy dźwiękowe. A jeżeli nawet nie one, to nowe korzystające z tropów swoich starszych, kultowych braci.

Koniec końców nie ma się co zrażać zdaniem złych języków. Jestem zdania, że wreszcie ktoś zrewitalizował zakręconą wokół utartych schematów markę. Jednych to urzeknie, drugich brutalnie wypchnie ze strefy komfortu. Warto samemu wybrać ‘swoją’ stronę mocy.


Autor: Aleksander Gałąska

Zdjęcie:kadr z filmu, mat. pras.