opowiadanie z uniwersum Dungeon Siege

 

Rozdział I


– Musisz coś zrobić, już dłużej nie dam rady!

     Słowa Drianjul krążyły w głowie Drevina od ponad dwóch godzin. Tyle minęło od momentu, gdy opuścił mury Aman’lu. Stan siostry niepokoił go coraz mocniej, a nic nie zapowiadało poprawy. Klęska głodu zbierała swoje pierwsze ofiary. Najstarsi wśród elfów – poczciwy Herrad, zrzędliwa Yng’va – odeszli, nie wytrwali kolejnego tygodnia ubogiej diety opartej na pokrzywach i żołędziach. Sam zresztą czuł się słabiej od pewnego czasu, znacznie schudł i nie mógł z taką pewnością polegać na mieczu, który wydawał się znacznie cięższy. Została tylko magia. Magia? Czy można to nazwać magią? Miał do niej zdolności ale nie stać go było na praktyki u wielkich mistrzów. Potrafił jedynie rozpalać pochodnie i schładzać kufle z piwem
w tawernie. W tawernie, którą przed kilkoma miesiącami zamknięto. Nikogo już nie stać na cokolwiek, całe fortuny zostały wydane na ostatnie kawałki chleba. 
– Muszę coś zrobić – myślał, wchodząc do lasu Vai’lutra. – Moja biedna siostro, tylko ty mi zostałaś. Nie możesz głodować…

     Drianjul była dla niego wszystkim, jedyną rodziną, ostatnią osobą, na której mu zależy. Widział ją szczęśliwą, gdy brała ślub z Var’kainem. Widział ją pełną smutku, gdy ten najął się jako żołdak w jednej z kampanii Valdisa. Pustynny tyran słynął z okrucieństwa, przemocy oraz… hojności. Pięćdziesiąt monet jako tygodniowy żołd to nie lada majątek, wystarczająco duży, by skusić jego szwagra na wojenną wyprawę w roli najemnika.
– Plony zaatakowały te przeklęte szkodniki, Drevinie, nie mogę patrzeć na to bezczynnie – mówił niecały rok temu – inaczej wszyscy zginiemy z głodu. Valdis jest zły, ale uczciwie płaci.
– Tym, którzy przeżyją – skwitował, nadając swojemu głosowi chłodny ton.
Var’kain krzywo się uśmiechnął.
– I tak nie mamy wyboru. Zależy nam na Drianjul równie mocno. Ty z nią zostań, pilnuj jej,
a ja odsłużę swoje i wrócę ze złotem. Na pustyniach Kalrathii nie pozostało wiele wolnych miast, kampania pójdzie szybko.

     Minął cały rok, a po Var’kainie słuch zaginął. Elf zakładał najgorsze, mając na uwadze losy wielu innych najemników, o jakich zasłyszał w tawernie, która w owym czasie oferowała już tylko wodę. Mięso armatnie, karna kompania – to najczęściej padające określenia. Niech Istaura czuwa nad nim. Rok, w którym Var’kain wyruszył na wojnę przedstawiał się jednak nieco lepiej niż obecny. Pomimo plagi robactwa, w magazynach Aman’lu nadal pozostawały zapasy żywności. Rozsądnie rozdzielane przez całą zimę, pozwoliły mieszkańcom przetrwać
w nadziei, że następny rok okaże się korzystniejszy. Miejskie przydziały nie wystarczały mimo wszelkich starań dla dorosłych, pracujących elfów oraz dla kobiet przy nadziei… a jedną
z nich okazała się być Drianjul.

     Las Vai’lutra zaczął gęstnieć, dając upragniony cień niebieskowłosemu elfowi. Nieprawdopodobny skwar nie pozwalał złapać Drevinowi oddechu w czasie podróży.
W tegorocznej fali gorąca odczuwał coś dziwnego, coś nienaturalnego. Wszystkie kroniki Starszego Aman’lu – Celeb’hela, jakie znalazł w ratuszu, nie wspominały pod jakąkolwiek datą o podobnym zjawisku w dolinie. O ile szkodniki mogły pojawić się z przyczyn naturalnych, to obecny upał wydawał się być klątwą. Kolejne plony poszły na marne.
– Czyżby to kara od Istaury i Isteru? – pomyślał przez chwilę.
Ściółka, po której kroczył okazała się niezwykle wysuszoną. Wszystkie rośliny, nawet najpotężniejsze dęby, więdły z braku wody. Wystarczyłaby drobna iskra…
  To musi być niedaleko stąd, pamiętam te głazy.
Miał rację, kilkanaście kroków dalej dostrzegł strumyk przepływający leniwie z północnych stoków. Uklęknął przed taflą wody i zaczął łapczywie pić. Po chwili wyciągnął manierki, które w krótkim czasie napełnił. Przyjrzał się strumykowi. Poprzednim razem wydawał się być znacznie większy, spora część koryta pozostała niezapełniona. Susza odebrała ludności również wodę.
     Drevin ruszył w górę strumyka. Wiedział, że tam znajdzie ratunek dla siebie i swojej siostry. Ratunek? Tak bardzo chciałby.

 

Rozdział II



     Ciemny, pusty otwór zamajaczył przed jego oczami. Z groty wiał chłód, który przyjął
z ulgą. Pierwsze bryzy zimnego powietrza musnęły jego twarz, dając poczucie świeżości.
– Niczego tam nie dojrzę – przeszło mu przez myśl. – Potrzebuję światła.
Skupił się i uniósł prawą dłoń. Nie używał magii za często, jego moc nie była zbyt wielka
i nie mógł pozwolić na wyczerpanie swoich i tak nadwątlonych sił.
– No dalej, dasz radę!
Nie odrywał wzroku od dłoni, zaczął myśleć o ogniu, o cieple. Myśli zamieniły się szybko
w czucie i po chwili nad prawą dłonią pojawiła się mała kula ognia.
– Musi wystarczyć – powiedział do siebie i ruszył w głąb jaskini.

     Drobny płomień nie pozwalał mu dostrzegać czegokolwiek poza tym, co widział pod swoimi stopami. Początkowo równe podłoże zaczęło delikatnie się wznosić. Drevin słyszał po swojej prawej stronie szum przepływającego strumyka. Po lewej na wyciągnięcie ręki czuł chropowatą i zwilgotniałą powierzchnię skał. Szedł bardzo powoli, nie chcąc potknąć się lub nadepnąć na ciało jakiegoś stworzenia, którego wyglądu wolał nawet się nie domyślać.
– Jeśli jego tu nie ma – pomyślał – to mogę stąd nie wrócić.
W istocie, wyjściem jaskini był już mały, ledwo dostrzegalny, biały otwór. Nagle jego lewa dłoń straciła kontakt ze skałą.
– Którędy teraz? Może prosto?

     Przeszedł kolejne kilkanaście kroków, szum strumyka zdawał się słabnąć…a może tylko mu się tak wydawało? Próbował podsycić ogień w swojej prawej dłoni. Na próżno. Nie dysponował taką mocą. Postanowił skręcić w lewo. Kolejne parę kroków i…
Plusk. Z którejś strony usłyszał odgłos kamienia rzucanego o taflę wody. Nie mógł sprecyzować źródła dźwięku. Echo niosło się na wszystkie strony.
– Niebieskowłosy! Co ty tutaj robisz?!
Czerwone oczy zabłysnęły w ciemnościach.
– Lotharze! Wiem, jaka była umowa!
– To jej do cholery dotrzymuj, jeśli chcesz żyć.
Przed sobą Drevin ujrzał kontury ogromnej sylwetki zwieńczonej rubinowymi iskrami. Wiedział dobrze, że nie jest to jeden z jaskiniowych taklaków, o których pisano w legendach. Musiał mimo to przyznać, że podobieństwo było zadziwiające. Sylwetka poruszyła się i elf mógł dostrzec więcej szczegółów. Nie miał złudzeń. Lothar przez ostatnie lata nie zmienił się. Groźne spojrzenie, ciemne włosy, z których wystaje para tępo zakończonych rogów, niebieskie tatuaże na twarzy. Półolbrzym patrzył uważnie na Drevina, przy jego pasie wisiał olbrzymi topór.
– Ostatnim razem, gdy tutaj zawitałeś, pozwoliłem ci żyć. Pamiętam, co mi zrobiliście! Banicja?! Oskarżenia o morderstwo i kradzież?! – na twarzy Lothara rysowała się wściekłość.– Szukaliście kozła ofiarnego?!
– Lotharze, nie zeznawałem przeciwko tobie…
– Ani w mojej sprawie! – odparował półolbrzym zaciskając pięści.
– Nie wierzę w twoją winę, ale nie chciałem podpaść Rolandowi i Lyssannore – na twarzy elfa pojawił się rumieniec. – Tym bardziej, że u pierwszego pracowałem, a u drugiej kupowałem zioła dla Drianjul.
– Drianjul, tak. Tylko ona stanęła w mojej obronie. Tylko ona! A ty, tchórzu? Co masz na swoją obronę? Piąty rok gniję tutaj za niewinność, a ty nie zrobiłeś nic! Wszyscy na Hall Alt’orn rzucali we mnie oskarżeniami i wyzwiskami… wy znaliście prawdę! To był Magnus! – z ust Lothara spływała piana – Widzieliście jak wybiegał z diademem Rolanda z domu Lyssy. Jednak z waszej dwójki tylko twoja siostra okazała się mieć jaja i powiedzieć prawdę. Bez względu na wszystko! Ciekawi mnie tylko, co tam u niej. Gdy mi to powiesz, możesz nie stawiać oporu
i pozwolić mi cię zabić.
– Ona… poroniła – odparł sucho elf.
Twarz półolbrzyma złagodniała.
– Jak? Kiedy?! To ona… była w ciąży? – Lothar opanował swój gniew – Mów!
– Tak, była. Poślubiła Var’kaina, który wyruszył z najemnikami służyć Valdisowi. Potrzebowaliśmy pieniędzy na jedzenie. Aman’lu głoduje już drugi rok. Zapasy się wyczerpały, zaczęliśmy jeść zielsko i żołędzie. Tylko to nam zostało. Var’kain nie wrócił. Głód pozostał.
Ich dziecko nie wytrzymała tego. Głód, w dodatku ten upał… a może, któreś z przeklętych ziół Lyssanorry? A może wszystko naraz! Pewne jest to, że mały urodził się zbyt wcześnie
i zmarł… – Drevin przerwał, by dać czas półolbrzymowi na oswojenie się z informacjami. – Tak, czy inaczej – kontynuował – przyszedłem prosić cię o pomoc. Zabij mnie, jeśli chcesz ale na Istaurę, zlituj się nad moją siostrą! Ona jest na skraju załamania, a ty możesz być dla niej jedyną nadzieją. Drianjul potrzebuje jedzenia albo zginie!
Ostatnie słowa poniosło echo po niekończących się korytarzach jaskini. Lothar zgarbił się, popatrzył w ziemię i pogrążył w myślach. Drevin nie wiedział, co dzieje się w głowie półolbrzyma.
– Dobrze… – Lothar westchnął – mam tutaj wystarczająco ryb, w jednej z odnóg tej dziury prowadzę małą hodowlę. Wiem też, gdzie w lesie czai się ostatnia zwierzyna. Ten upał wypędził stąd większość zwierząt. Pomogę Drianjul… a Ty…
Oczy Drevina niespokojnie spojrzały w górę, na twarz wygnańca.
– Tak?
– Ty musisz ją tutaj przyprowadzić, bo sam nie mogę zbliżać się do Aman’lu. Zrób to, a potem zejdź mi z oczu. Raz na zawsze! A teraz chodź za mną. Dam ci kilka ryb dla Drianjul. Potem wyprowadzę cię, doskonale widzę w ciemności. Daruj sobie ten płomyczek. Więcej pożytku miałbyś ze świecy, nie mówiąc o pochodni.

 

 

Rozdział III

 

     Poczucie ulgi towarzyszyło elfowi od kiedy wyszedł z groty Lothara. Uratował swoją siostrę przed śmiercią i sam zdołał jej uniknąć. Drevin w drodze powrotnej mijał pola, na których niegdyś tak bujnie rosło zboże, za które teraz niejeden gotów byłby zabić. Rolnicy nie wychodzili ze swoich chat, upał był nie do zniesienia. Elf mijał ostatni zakręt i jego oczami miało ukazać się Aman’lu. Miasteczko było jak zwykle, na swoim miejscu, jednak obozujące pod nim oddziały należały do nowości.
– Czy to omamy? – pomyślał w głębi ducha.
Kolejne kilkadziesiąt kroków rozwiało jego wątpliwości. Liczni żołnierze gnieździli się przed murami, a w bramie, która pozostawała otwarta, panował ciągły ruch. Przez głowę elfa przeszła myśl, że może to armia księżnej Eveline powróciła ze Śnieżnej Opoki i maszeruje na południe. Mylił się. Czarne sztandary z czerwonymi runami, które niebawem dostrzegł, mogły świadczyć tylko o jednym. Mordeni – główne siły Valdisa. Nie do końca wiedział, jak tak brutalna i chaotyczna rasa stała się w pełni podległa pustynnemu Tyranowi. Możliwe, że Valdis zjednał ich swoją siłą, plemię po plemieniu. Możliwe, że użył talentów swojego Arcymaga, do owładnięcia umysłami lokalnych mordeńskich przywódców. Nie mógł mieć pewności. Jedynym oczywistym faktem była wielka uległość mordenów wobec Valdisa, idąca w parze z ich wielką brzydotą. Jaszczurza skóra, olbrzymie kły, niewiarygodny smród i hełmy zasłaniające oczy, których i tak mordeni nie mieli. Polegali na zmyśle, który nie był dostępny innym rasom i nie został dokładnie przez uczonych zbadany. Ich zbroje i oręż były niesamowicie ciężkie
i odporne. Twardy przeciwnik, wymagający sporego doświadczenia do pokonania.
– Wchodź, elfi pomiocie! – wrzasnął jeden z mordenów. – I nie próbuj żadnych sztuczek, bo pożałujesz!

     Po przeciśnięciu się przez główną bramę zobaczył mieszkańców zgromadzonych na placu przed Hall Alt’orn. Wokół nich mordeni utworzyli szczelny kordon, przez który można było jedynie wejść. Drevin przeciskał się przez tłum próbując znaleźć swoją siostrę. Miał szczęście. Dostrzegł ją po kilku chwilach. Ledwo stała na nogach podtrzymywana przez innego elfa.
– Wróciłeś! – krzyknęła uradowana – Udało ci się przekonać Lothara?
– Tak, wszystko poszło dobrze, mam dla ciebie zapasy. – wskazał na swoją torbę – Drianjul, przeżyjesz! Zaprowadzę cię do niego, wydobrzejesz.
Oczy elfki zaszły łzami.
– Dziękuję braciszku! – uśmiechnęła się – Tak się bałam, miałam sen w którym ty…
– Cisza!
Spiżowy ton rozbrzmiał na cały plac.
– Nasz pan, Valdis, zwyciężył narody kalrathijskich pustyń! 
Na placu pojawił się mordeński żołnierz siedzący na dwugłowej bestii niewiadomego pochodzenia. Zwykłe konie były zbyt słabe do utrzymania na sobie całego mordena wraz
z oporządzeniem.
– Pragnę w imieniu naszego, wielkiego władcy podziękować sojuszniczemu miastu Aman’lu za udzieloną pomoc w walce w jego interesie. – kontynuował – Nasz pan, Valdis, okazał się być przepowiadanym wysłannikiem Zaramotha na tym świecie. Król zdołał odnaleźć jego miecz wśród piasków pustyni. Odrodzony bóg powierzył swemu wysłannikowi i wszystkim jego sługom misję! Miecz boży, tak potężny, że skruszył tarczę Azunaia na Równinie Łez i zakończył pierwszą erę, musi znów zyskać pełnię mocy. To wola Zaramotha!
– Wola Zaramotha! – zawtórowali mordeni.
– Ja! Tark z Darthrul, pokorny sługa, nawołuję was, mieszkańcu Aman’lu. Złóżcie pokłon Zaramothowi, złóżcie pokłon Valdisowi! Święta misja potrzebuje ochotników, potrzebuje sług, którzy odnajdą wszystkie cztery egidy i uczynią oręż Zaramotha potężnym!
– Nie możemy wam pomóc – z tłumu wyszedł Celeb’hel – co z poprzednimi najemnikami? Co
z naszymi braćmi, siostrami?
– Część zginęła w słusznej sprawie, część została odesłana na dalsze fronty – odrzekł
z zadziwiającym spokojem Tark.
– My nie wierzymy w Zaramotha, wyznajemy własny kult. Nie mamy już sił na walkę z…
– Doprawdy? – odpowiedział szyderczo morden – Zobaczmy…
Nagle pobliska chata zajęła się ogniem, cały budynek zaczął płonąć i z niewiarygodną szybkością rozsypywać się w popiół.
– Czy wasza Istaura razem z Isteru mogą zrobić coś takiego? – zaśmiał się, po czym dodał – Jedno bóstwo! Jeden wysłannik! Jeden władca!
– Jedno bóstwo! Jeden wysłannik! Jeden władca! – powtórzyli żołnierze.
– Chyba nie chcecie poczuć gniewu odrodzonego boga? Ten upał wcale wam nie pomoże
w gaszeniu okolicznych lasów. Na kolana!
Po chwili wahania niektórzy z mieszkańców zaczęli klękać, po następnych sekundach zrobili to już wszyscy.
– Gratuluję słusznego wyboru. Nasz pan, Valdis, z chęcią przywita w swoich szeregach ochotników z Aman’lu. Wszyscy zdolni do walki mogą liczyć na hojność króla! – zakończył Tark i udał się w kierunku bramy.
– Nie – wyszeptała Drianjul – nie, nie nie! Nie mogę stracić ciebie!
Elfka zaczęła szlochać.
– Nie obawiaj się, siostro. Możliwe, że znajdę Var’kaina w ten sposób – odparł Drevin.
– On nie żyje! Widziałam to w śnie! – łzy spływały jej po policzkach – Tak, jak widziałam ciebie, martwego! Daleko stąd! W opuszczonej świątyni w środku puszczy. Nie możesz pójść z nimi!
– Muszę, zobacz, jaką siłą dysponują.
Drevin popatrzył w oczy swojej siostrze. Elfka walczyła z myślami, ale po chwili uległa.
– Weź to – Drianjul ściągnęła medalion ze swojej szyi – to pamiątka rodzinna, jest niezwykle ważna. Nasi rodzice przed śmiercią mówili, że ten amulet jest szczególny i ma swoją misję.
– Dobrze, dobrze, znam tę historię. Wezmę medalion – odpowiedział Drevin – i obiecuję, że wrócę z wyprawy. Nie zostawię cię samej! A teraz chodźmy do Lothara.

     Drevin nie wrócił. Niebieskowłosy elf poległ w trakcie ataku na wyspę Greilyn. Jedyne, co zdołał zrobić, to przekazać amulet Drianjul innemu z najemników – temu, któremu dane będzie przetrwać krwawy desant. Temu, który pozna tajemnicę czterech egid i stanie do walki z tyranem. Temu, który zwany będzie ostatnim Azunitą – wysłannikiem Azunaia do walki z Zaramothem.

Wojciech Kosek