Najnowszy film Clinta Eastwooda już w kinach. Czy połączenie kryminału, dramatu i odrobiny humoru z jedną z największych gwiazd amerykańskiego kina jest przepisem na sukces?

Clint Eastwood jest ikoną. Ponad sześćdziesiąt lat w zawodzie aktora, a on wciąż nie zwalnia tempa. Człowiek bez Imienia czy Brudny Harry – to oni przynieśli mu sławę. W 2008 roku wyreżyserował i zagrał główną rolę w filmie Gran Torino, gdzie udowodnił, że jest człowiekiem wielu talentów. Czy swój sukces powtórzył w Przewoźniku (ang. The Mule)? Szczerze mówiąc, idąc na film nie miałam większych oczekiwań. Zawsze lepiej się przyjemnie zaskoczyć niż rozczarować, prawda?

Po osiemdziesiątce życie dopiero się zaczyna

Earl Stone (Clint Eastwood) wiele zobaczył przez prawie dziewięćdziesiąt lat swojego życia. I to w dosłownym tego słowa znaczeniu – zwiedził ponad 40 stanów bez żadnego mandatu za przekroczenie prędkości. To wszystko dla miłości swojego życia, czyli kwiatów. Liczne wystawy i pokazy dla najzdolniejszych ogrodników sprawiają, że traci rodzinę i przyjaciół. Po jakimś czasie, gdy jego zadłużony biznes również staje pod znakiem zapytania, mężczyzna robi rachunek sumienia i idzie na zaręczynowe przyjęcie swojej wnuczki. Kiedy spotkanie nie idzie po jego myśli, otrzymuje ofertę pracy. Pozornie niegroźna praca kierowcy okazuje się współpracą z meksykańskim kartelem narkotykowym. Dla Earla, który myślał, że najbardziej szalone lata ma już za sobą, życie dopiero się zaczyna…

Przemytnik. Kryptonim: Tata

Choć początki nowej pracy były pozornie bezproblemowe, tropem dilerów podąża agent specjalny Colin Bates (Bradley Cooper), który jest godnym przeciwnikiem dla nich. Dopiero, gdy udaje się mu przekupić jednego z bandytów, aby został jego informatorem w zamian za wolność, wpada na pierwszy trop. Po kilku średnio udanych akcjach policyjnych, agentowi udaje się ustalić, kim jest nowa narkotykowa „mrówka”. Pseudonim: Tata. Przemytnik zaskarbił sobie bowiem serca Meksykanów pracowitością i brakiem wścibstwa, a przez swój sędziwy wiek przypominał im ojca. Nikt nie spodziewałby się przecież, że 88-latek będzie przewoził na pace, obok worków z orzechami pekan, ponad 300 kilogramów kokainy. Spotkanie z Earlem nadejdzie szybciej niż agent Bates mógłby się spodziewać.

Muszę przyznać, że podświadomie porównywałam najnowszy film Clinta Eastwooda z tym sprzed jedenastu lat. Gran Torino kupiło mnie bowiem ładunkiem emocjonalnym i bałam się, że w Przemytniku tego zabraknie. Tak się trochę stało, ale to chyba kwestia oczekiwań. Mimo to, kilka scen (na przykład końcowa) ścisnęło żołądek. Szczególnie, gdy sparowało się ją z tak sędziwym już wiekiem aktora. Nie da się ukryć, lata płyną, ale wydaje się, że to ciało nie nadąża za wielkim umysłem Eastwooda. Wciąż bystre spojrzenie i cięty humor, który dodawał produkcji kolorów. Dobre zdjęcia Yvesa Bélangera, były nawet świetne w momentach, gdy Przemytnik zmieniał się w kino drogi. No i muzyka. Dean Martin, Hank Snow czy Roger Miller. Klasyka połączona z brakiem wokalnych zdolności, tworzyła klimat całości.

Kilka wątków, wydawało mi się niespójnych, może nawet niepotrzebnych, a postać Bradleya Coopera zupełnie bez polotu. To jednak niewielka cena za możliwość oglądania na ekranie mistrza.


Autor: Karolina Szachniewicz
Zdjęcia: mat. dystrybutora