Siadając do tekstu myślałam, że będzie hurraoptymistyczny. Nie wiedziałam, że w czasie kolejnych kilku dni moja opinia o wcześniej ukochanym Netflixie zmieni się w sposób diametralny, i to nie na lepsze – pisze Justyna Kościółek.

No bo wyobraźcie sobie świat, w którym nie trzeba kombinować i wpisywać milion różnych haseł w Google z dopiskiem „free online” albo „full film free”. Zamknijcie oczy i zobrazujcie sobie sytuację, w której można w pełni legalnie, w wysokiej jakości i na profesjonalnie skonstruowanej platformie oglądać większość popularnych seriali i filmów. A teraz otwórzcie oczy. Nie trzeba sobie wyobrażać. Można po prostu skorzystać z Netflixa. Brzmi to idealnie, niemal utopijnie – nie trzeba więcej piratować i można za niewielką opłatę z czystym sumieniem usiąść przed hitami światowego kina i telewizji. Nie trzeba w końcu szukać napisów ani użerać się z irytującym lektorem, ponieważ wszystkie opcje tłumaczeniowe są dostępne w malutkiej ramce podczas oglądania wideo. Tylko że Netflix sobie też nieźle naskrobał.

Kanadyjska platforma weszła na rynek w Polsce 6 stycznia 2016 roku. Tu zaczęły się pierwsze głosy niezadowolenia – za ok. 10% wyższą cenę niż w Ameryce Polacy dostali 12% amerykańskiej bazy filmów. Na początku stycznia mieliśmy do wyboru marne 556 pozycji. Teraz baza jest o wiele większa, ale to wciąż tylko ułamek tego, co dostają widzowie za oceanem. Do tego wiele dostępnych w Polsce pozycji jest albo nieprzetłumaczonych w żaden sposób, co zmniejsza liczbę ich odbiorców, albo ma tylko pierwsze sezony, ponieważ Netflix nie dogadał się z posiadaczami praw autorskich do pozostałych części.

Dlaczego baza była tak uboga? Firma została postawiona pod ścianą. Na świecie wykształcił się proceder względem Netflixa: dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy osób spoza krajów, w których serwis był dostępny, używało proxy i zmieniało lokalizację swojego komputera, by móc, oczywiście płacąc abonament, i tak de facto nielegalnie oglądać produkcje dostępne na zagranicznych stronach Netflixa. Posiadacze praw autorskich np. w Polsce byli okradani, ponieważ tantiemy z oglądalności produkcji trafiały do np. holenderskich właścicieli filmu czy serialu. Postawiono więc ultimatum – albo wejdziecie do wszystkich krajów, albo ucinamy wam dostęp do licencji. Tak więc Netflix nie miał wyjścia, stworzył sto kolejnych serwisów i rzucił tam okruszki pełnej bazy, żeby ludzie nie mieli świadomości pieniędzy wyrzuconych w błoto.

Zapewne większości Polaków bardzo przeszkadza właśnie ten jeden haczyk: za Netflixa trzeba zapłacić. I choć najniższa opłata to kwota rzędu jednej flaszki wódki, to wiele osób po pierwszym (oferowanym za darmo) miesiącu użytkowania rezygnuje. W lipcu, jak podawał Gemius, z abonamentu korzystało 530 tysięcy Polaków. Później ta liczba spadła o połowę – teraz już trzeba płacić, więc większość zainteresowanych wykorzystała darmowy miesiąc i wróciła na Piratebay albo Torrenty. Oczywiście większość tych, którzy zostali, to ludzie młodzi, co ciekawe – studenci, którzy jednak aż tacy biedni być nie mogą, jeśli starcza im i na wspomnianą flaszkę, i na subskrypcję Netflixa.

Ostatnio pojawiła się niepokojąca wiadomość odnośnie do serwisu – osoby posiadające abonament będą zmuszone oglądać reklamy. Kuriozalne, prawda? I nie będzie tu rozgraniczenia. Bez różnicy, czy ktoś płaci 34 czy 68 złotych za Netflixa, będzie musiał pogodzić się z tym, że platforma jeszcze coś uskrobie. Nadzieja pozostaje w tym, że być może reklamy nie będą zasłaniały okna z wideo. Tutaj też Netflix zapewne straci kilka procent subskrybentów – nie płaci się przecież po to, by dodatkowo oglądać spot prezentujący najnowsze auto spod znaku gwiazdy. Reklamy mają się pojawić na początku przyszłego roku – wtedy dowiemy się, czy 55% osób, które zdeklarowały się, że odejdą po dodaniu reklam, faktycznie to zrobi. Jeśli tak, to ci, którzy pozostaną, będą mieli jeszcze gorzej: taką stratę w subskrypcjach Netflix zrekompensować sobie może w dwa sposoby – podwyżką abonamentu… Albo większą ilością reklam.

A miało być tak pięknie, mieliśmy w końcu mieć namiastkę Ameryki w Polsce, gdzie streaming internetowy istnieje tylko nielegalnie, bo istniejące już serwisy jak Ipla oferują żałosne treści. Już nawet te opłaty przeżyliśmy, polska chciwość to przetrawiła, bo w końcu ćwierć miliona ludzi płaci. Ale z czasem Netflix sam się pogrąży – wyciskanie kolejnych pieniędzy z ludzi, którzy zaufali serwisowi to strzał w kolano. O tym się jednak przekonamy w kolejnych miesiącach, a na razie możemy cieszyć się tym, co mamy – do kolejnej opłaty ściągniętej z konta klienta.

Autor | Justyna Kościółek