Debiutancki sezon w Futsal Ekstraklasie Orzeł Jelcz-Laskowice zakończył na bardzo dobrym – 4. miejscu. Czy zawodnicy Jesusa Lopeza mogliby się jednak pokusić o zdobycie medalu? Wydaje się, że tak.

Orzeł Jelcz-Laskowice przystąpił do sezonu 2018/19 jako beniaminek w Futsal Ekstraklasie. Cel, jaki był postawiony przed zespołem Jesusa Lopeza, brzmiał jasno – awans do pierwszej szóstki. W trakcie rozgrywek apetyty kibiców jednak wzrosły. Powodem tego były świetne wyniki, jakie Orzeł osiągał. Czy zatem skoro jelczanie zakończyli sezon na 4. miejscu, można mówić o straconej szansie na medal?

Znakomity początek

Po siedmiu kolejkach Orzeł zajmował bardzo dobrą – 3. pozycję. Wygrał pięć spotkań, a uległ jedynie obrońcy tytułu Rekordowi Bielsko-Biała oraz, co mogło być sporą niespodzianką, Red Devils Chojnice. Przyczyną tego mogła być nieobecność  pierwszego bramkarza – Macieja Foltyna. Po tych kolejkach można było również dojść do wniosku, że jelczanie swoje miejsce w tabeli zawdzięczają pośrednio łatwiejszemu terminarzowi, bowiem poza Rekordem Orzeł nie mierzył się z zespołami kadrowo silniejszymi od siebie.

Weryfikacja

Potwierdzenie tego przyszło w dalszym etapie sezonu. Kolejne siedem kolejek przyniosły jelczanom trzy przegrane spotkania. Nie były to jednak przypadkowe porażki. Orzeł przegrał 1:5 z Clearexem Chorzów, 1:2 z FC Toruń oraz ponownie z Rekordem 1:6. Szczególnie szkoda było meczu z FC Toruń, ponieważ ewentualna wygrana mogła dać wtedy Orłowi 2. miejsce w tabeli.

Stracona szansa

Do końca fazy zasadniczej jelczanie wygrywali niemalże wszystkie spotkania. Porażki przytrafiły im się jednak w tych najważniejszych – z Gattą Zduńska Wola 4:9Clearexem Chorzów 1:4 oraz ponownie z FC Toruń 1:2. Te trzy mecze wystarczyły jednak, aby Orzeł z drugiej pozycji spadł poza podium.

Po 22. kolejce jelczanie znajdowali się na 4. miejscu z 42 punktami na koncie. W sumie Orzeł wygrał 14 spotkań, a 8 meczów zakończył porażką. Brakowało przede wszystkim punktów zdobytych z drużynami z TOP 3 – Rekordem, FC Toruń i Clearexem. W rywalizacji bezpośredniej zespołów z pierwszej szóstki Orzeł zajmował ostatnie miejsce. Wygrał dwukrotnie z Piastem Gliwice oraz raz z Gattą Zduńska Wola. Aby myśleć o medalu mistrzostw Polski, zawodnicy Jesusa Lopeza musieli zacząć wygrywać mecze z zespołami lepszymi od siebie.

Pogrzebane nadzieje

W rundzie finałowej Orzeł miał pięć szans na dogonienie pierwszej trójki. Nie wykorzystał już pierwszej i wydaje się, że to właśnie tej największej. Porażka 1:2 z Clearexem bardzo skomplikowała sytuację jelczan, którzy w drodze po medal musieli już liczyć nie tylko na siebie, ale także na rywali chorzowian.

Na podium nie udało się jednak ostatecznie stanąć. Orzeł, co prawda wygrał kolejne spotkanie z Gattą 4:3, po fenomenalnej końcówce w wykonaniu Victora Andrade, ale o wszystkim zadecydowała przegrana z Rekordem 3:5. Ostatnie dwa spotkania jelczanie grali już praktycznie o nic. Bez względu na wyniki spotkań z FC Toruń i Piastem Gliwice mieli zagwarantowane 4. miejsce. W nich wygrali tylko z torunianami, co było pierwszą w sezonie wygraną Orła z drużyną z TOP 3.

Czy gracze Jesusa Lopeza zagrali zatem poniżej oczekiwań? Zdecydowanie nie. Byli beniaminkiem, a celem była pierwsza szóstka, do której udało się awansować.

Czy zabrakło im szczęścia do medalu? Tutaj można się już zastanowić. W końcu na początku sezonu przegrali niespodziewanie z Red Devils Chojnice. Dodatkowo oba przegrane spotkania z FC Toruń z fazie zasadniczej były bardzo wyrównane. Zadecydować mogło również brak zgrania zgrania zawodników oraz doświadczenia na najwyższym poziomie.

Mimo wszystko Orzeł zaprezentował się w tym sezonie z bardzo dobrej strony i w następnych rozgrywkach na pewno będzie jednym z kandydatów do medalu.


Autor: Łukasz Leski
Zdjęcie: Jarosław Frąckowiak / Orzeł Jelcz-Laskowice