Po dokumencie Netflixa nadszedł czas na fabułę opartą na historii jednego z największych seryjnych morderców Ameryki. Teda Bundy’ego kochały i nienawidziły miliony. W polskich kinach od 10 maja można zobaczyć film Podły, okrutny, zły.  Jak było w rzeczywistości?

Człowiek, który wzbudzał wiele, często sprzecznych ze sobą emocji. Nienawiść i wstręt mieszała się z nieuzasadnioną miłością i fascynacją. Theodore Robert Bundy, amerykański seryjny morderca, o którym po latach wciąż jest głośno. Kilka miesięcy na platformie Netflix pojawił się 4-odcinkowy dokument opisujący śledztwo w sprawie stawianych mu pod koniec lat 70. zarzutów. Czy film Podły, okrutny, zły (ang. Extremely Wicked, Shockingly Evil and Vile) w reżyserii Joe Berlingera, wiernie przedstawił te makabryczne zbrodnie?

Najciemniej pod latarnią

Opowieść rozpoczyna się w 1969 roku, kiedy Ted Bundy (Zac Efron) poznał Liz Kendall (Lily Collins). Widzowie w ciągu kilku pierwszych minut są świadkami uczucia rozkwitającego między studentem prawa a samotną matką. Szybki i dynamiczny montaż przedstawił tylko najważniejsze z wydarzeń ich kilkuletniego związku. Akcja zaczyna zagęszczać się w momencie zatrzymania mężczyzny przez policję na podstawie szkicu mężczyzny, który, w związku z zaginięciem dwóch dziewcząt, został upubliczniony w lokalnej prasie. I chociaż Bundy został wypuszczony z aresztu, tak zaczęła się jego walka z prawem, społeczeństwem i samym sobą. Jedyne, co w tamtym momencie łączyło go z domniemanym zbrodniarzem, był samochód – Volkswagen Beetle.

Połowa Ameryki ma taki samochód. To jakaś pomyłka, nie zrobiłem nic złego.

Przecież jakim cudem przystojny, czarujący student prawa (!) byłby w stanie dokonać takich niemoralnych rzeczy? Jednak wraz z zeznaniami jednej z ocalałych dziewcząt i śladami morderstwa w Kolorado, Bundy znów trafia za kratki.

Pan własnego losu

Początkowo Kendall wierzyła bezgranicznie w niewinność swojego partnera. Film pokazuje jednak wewnętrzne rozterki kobiety, powoli niszczonej przez całą tę sytuację. Reżyser zastosował tutaj, poza główną linią chronologiczną akcji, kilka retrospekcji, aby lepiej zorientować widza w łączącej ich w przeszłości relacji. Bundy sam twierdził, że jest bardziej popularny niż Disneyland. Ludzie kochali śledzić jego historię, młode dziewczęta pojawiały się na sądowych rozprawach, nie ze strachu, lecz fascynacji.

W przeprowadzanych wywiadach (Berlinger wiernie odwzorował zapisane oryginały), mężczyzna wciąż uparcie grał kartą niewinności.

Czy mówimy o zbrodni, kiedy jako pięciolatek ukradłem komiks? Jasne, ale to wszystko. Jestem niewinny.

Przedstawione zostały dwie ucieczki i losy mordercy, aż do ostatecznej rozprawy, podczas której sam był swoim obrońcą. Będę jednak szczera – mimo że cały film opowiada o czymś strasznym, jedynie ostatnie minuty filmu wywołały na moim ciele gęsią skórkę.

Strach ma małe oczy

Historia Theodora Bundy’ego to ciąg niewyobrażalnych zbrodni, co niestety w filmie Podły, okrutny, zły jest ledwie wyczuwalne. I nie jest to wina aktorów, bo w końcu, dzięki tej roli, Efron przestał być dla mnie gwiazdeczką Disneya. Zarówno on, jak i Collins poradzili sobie świetnie. Uwagę przykuwały także postacie poboczne, czyli Kaya Scodelario jako Carole Ann Boone, czyli żony Teda z końcowych lat więzienia, która pomagała mu w odzyskaniu wolności. Ukłon także w stronę Johna Malkovicha jako bardzo wiarygodnego sędziego Cowarta, w czasie ostatnich procesów.

Odniosłam jednak wrażenie, że film jest słabszy pod względem realizacyjnym. Chodzi mi głównie o sposób przedstawienia tych wydarzeń. Reżyser sprawił, że widz sympatyzował z mordercą, przedstawiając jego życie jako normalnego człowieka, a wszystkie zbrodnie delikatnie zarysował. Osoba zaznajomiona z historią Bundy’ego nie dowie się z obrazu niczego nowego. Jeśli liczyła na krwawe polowania może być wręcz zawiedziona, jak bardzo został on „ugrzeczniony”. Berlinger chciał pokazać jednak pozorne dobro czające się za maską mroku i uśmiechem, który mógłby nabrać każdego z nas. Tym bardziej, że Podły, okrutny, zły do prawie samego końca nie utwierdza nas w przekonaniu odnośnie do winy przestępcy. Nie udawał, że wie więcej od innych. Całe napięcie zostawił na sam koniec, do momentu, kiedy Ted przyznał się, pokazał bez maski. I chociaż nie jestem zachwycona tym filmem, tak jak myślałam, że będę, reżyser, zgodnie ze swoją wizją, przedstawił go bardzo dobrze. Warto było czekać do kulminacyjnej sceny, chociażby ze względu na Zaca Efrona, który, kradnąc każdą scenę, w dojrzały sposób zmieniał się z przystojniaka w mordercę o lodowatym spojrzeniu. A poniekąd o to w postaci Teda Bundy’ego chodziło.


Autor: Karolina Szachniewicz
Zdjęcie: YouTube