Często zasiadając przed ekranem, nie ważne czy tym kinowym, czy telewizora albo laptopa, nie zdaję sobie sprawy, że wywrze ona na mnie takie wrażenie. Że skupi całość mojej uwagi. Że za jej sprawą będę musiał obejrzeć coś jeszcze raz, bo skupiony na niej nie byłem w stanie pojąć o co chodziło. Muzyka filmowa, mająca za zadanie stworzenie jedynie tła dla danego obrazu często nad nim góruje, wyciąga z dna, na które kieruje krytyka. Niejednokrotnie spotkać można się z opiniami, że jedynym co dany film uratowało, to właśnie soundtrack – pisze Patryk Rudnicki.

Ten tekst nie będzie wymienianką, podsumowaniem ubiegłego roku czy próbą ustalenia największego geniuszu kompozytorskiego. Będzie biletem, dzięki któremu wspólnie będziemy podróżować wśród ulubionych brzmień autora, biletem bez stacji końcowej, bo mimo faktu, że tekst finalnie będzie musiał mieć swój koniec, nie będzie to finał podróży.

Pierwsza stacja: Ennio Morricone

Ennio, boski Ennio, który swego czasu dał koncert we Wrocławiu. To w ilu filmach zachwycałem się jego muzyką jest rzeczą niepojętą. Zatem pobyt na tej stacji rozpoczniemy od motywu z „Misji”, który kiedyś chwycił mnie za serce do tego stopnia, że postanowiłem nauczyć się grać na czymkolwiek, aby móc to odtworzyć, zatem Ennio, moja przygoda z saksofonem rozpoczęła się właśnie dzięki tobie.

Po garści melancholii, czas pokazać, że Morricone to nie tylko powolne motywy wzbudzające w widzu uczucie lotu ponad wszystkim, co na łez padole. Wszystko za sprawą gatunku filmowego, który dziś w pewnym stopniu wymarł, zastąpiony kinem o superbohaterach. Jeśli zgadłeś, że chodzi o westerny to:
a) jesteś stary
b) pomimo wieku zapoznałeś się ze świetnym elementem kinematografii

Zatem przystańmy przy tym peronie i wsłuchajmy się:

Swego czasu Morricone wraz z Clintem tworzyli wręcz duet, gdzieś w mojej jaźni sprawiając, że uważałem iż do każdego filmu, w którym gra Eastwood to Ennio pisał muzykę. Gwoli ciekawostki, Morricone ma syna, który spółkował z nim przy soundtracku do filmu Cinema Paradiso, tworząc motyw tak piękny, że nie mógł on zostać pominięty na tejże stacji:

Druga stacja: John Williams

Przy wysiadaniu na tej stacji proponuję z góry przystosować kroki do metrum tegoż utworu:

Wychodzić dwójkami! W dwuszeregu zbiórka! Pan Williams dał wam, drodzy szturmowcy, niesłychaną szansę, abyście mogli po zaledwie kilku nutach skojarzyć utwór z filmem! W dodatku takich par jest od groma, zatem poznajcie pewnego pana w kapeluszu, noszącego wszędzie ze sobą bicz. Indie! Przedstaw się!

Proszę nie obawiać się tego T-Rexa, który właśnie przebiegł, jest niegroźny, podobno. Tak, tak, Williams poza dwoma wspomnianymi utworami to autor ścieżki dźwiękowej chociażby do „Jurrasic Park”, filmu, który był przełomem w wykorzystaniu efektów komputerowych, a główny motyw z niego można nucić bez przerwy:

Przed odjazdem na kolejną stację, proszę spojrzeć na ten słup pomiędzy peronem 9 i 10. Zdarzają się opowieści dotyczące rzekomo ludzi, którzy rozpędzają się przed nim, by zamiast uderzyć w niego z całą siłą zniknąć jak za niewidzialną kurtyną. Mnie tam się w to wierzyć nie chce, choć odrobina magii zawsze przydaje się w życiu.

Stacja trzecia: Hans Zimmer

Jeśli ktokolwiek wyobraża sobie kinematografię bez tego Pana, to zapraszam do kasy, po odbiór biletu powrotnego, jednocześnie zaznaczam, że dalej z nami to raczej nie pojedzie. Zatem zaczynamy. Teraz przypomnisz sobie dzieciństwo i pewną scenę z filmu animowanego Disneya. Przyjmiesz pozycję embrionalną i będziesz ze wszystkich sił starał się nie płakać.

Król Lew to pierwsza statuetka dla Zimmera i drzwi do coraz większej liczby angaży w tworzeniu muzyki filmowej. Hans przez te drzwi przeszedł jak do własnego mieszkania i sprawił, że kiedyś każdy chciał zostać samurajem.

A później również gladiatorem:

Teraz, zanim wsiądziemy dalej, zachęcam do zapoznania się z instalacją „Wyobraź sobie”. Otóż wyobraźcie sobie, że pisze do was Nolan. Pisze w sposób enigmatyczny, dosłownie w trzech zdaniach opisując film, który ma zamiar nakręcić, dając wam 24 godziny na skomponowanie głównego motywu do tegoż. Owoc tych godzin sprawił, że Interstellar oglądać musiałem kilka razy.

Przy wsiadaniu do wagonu proszę odebrać zestaw słuchawek od obsługi, z racji braku miejsca na tę instalację przewoźnik przewidział odsłuch tego utworu podczas dalszej podróży, zresztą pasuje on do długiej jazdy idealnie.

Stacja czwarta: Ludovico Einaudi

Ten pan ma tutaj do zaprezentowania jeden utwór, który jednak sprawia, że przed słuchaczem otwiera się szeroka perspektywa całej jego twórczości. Nietykalni bez tego motywu byliby stanowczo ogołoceni w pewnej warstwy, która człowiekiem gdzieś w głębi poruszała. Została by z tego ta śmieszna skorupa, w której zamknięto historię niebywałej przyjaźni.

Stacja piąta: …

Tu zaczyna się twoja przygoda. Tak, twoja. Dokładnie, chodzi o ciebie, tam sprzed monitora czy ekranu telefonu. Przed tobą zadanie. Dosyć łatwe. Przypomnij sobie kilka tytułów filmów, które szczególnie lubisz, do których wracasz. Odpal soundtrack. Proste, co? Od tej stacji dalej jedziesz sam, więc zapnij pasy, nie zaszkodź tej muzyce, dzieląc ją tak jak ja na kompozytorów, bo jakiegokolwiek uporządkowania wymagało napisanie tekstu. Niech to będzie podróż za jeden uśmiech, pełna chaosu, nieuporządkowania i sprzeczności. Niech to będzie tylko i wyłącznie twoja podróż, bo często idąc do kina, czy nasty raz coś oglądając mogłeś nie zauważyć, że poza świetnym obrazem, masz do czynienia ze świetną muzyką.

Autor | Patryk Rudnicki

Zdjęcie| pixabay.com