Zamknięta przestrzeń obwarowana w koło ciężkimi, ceglanymi plecami starych kamienic i synagogi. Z środka wyrastają drzewa, których rozłożyste gałęzie, jak macki, tworzą sklepienie. Z pozoru panuje cisza, mącona jedynie podmuchami wiatru, które wprawiają macki w ruch pisze Jan Krzysztof Olendzki.

Mieszkaniec pokoju na piątym piętrze kamienicy przy ulicy Św. Antoniego, wychyla się przez okno. Patrzy na podwórze. Takich podwórek jest w Polsce bez liku. Takich mieszkańców pokoi na piątym piętrze, wychylających się od czasu do czasu przez okno, też jest z pewnością wielu. A jednak podwórko między ulicą Św. Antoniego, pasażem Pokoyhofa  i Synagogą pod Białym Bocianem charakteryzuje jakaś odmienność. W nocy, to miejsce jawi inny świat, do którego łatwo się dostać, ale nie zawsze łatwo dojrzeć jego prawdziwe barwy. Jest to scena, na której aktorzy nie są świadomi, że są nimi dla kogoś. Ten ktoś rozkoszuje się ich grą patrząc z góry, z piątego piętra. Wtedy, w pełnym spektrum, oczy ogarniają krainę podwórkowych dramatów, radości, ekscesów, a czasem niezwykłej monotonii i pustki.

Podwórkowy świat nie jest odbiciem uczuć mieszkańca piątego piętra, który go obserwuje. Wręcz przeciwnie. Tylko od tych osobistych uczuć oddala, by pogrążyć go z dystansu, w emocjach innych, tych na dole. Oni właśnie, swoją obecnością, nadają podwórzu barw i charakteru. Z łatwością dostają się do tego miejsca, ale rzadko kiedy są świadomi prawdy o nim, o sobie.

Rzesze imprezowiczów, ciągnących jeszcze trzeźwym krokiem na pasaż Niepolda, zapuszczają się wgłąb podwórza, by tej trzeźwości się wyzbyć. Wesołe rozmowy, głośny śmiech i ekscytacja w głosach, towarzyszą procesowi stopniowego upijania się. Mieszkaniec pokoju na piątym piętrze patrzy z uśmiechem na twarzy. Na zdrowie. Odchodzą. Cisza.

Słychać jedynie szelest krzaków, po których wesoło biega mały York. Jego pani stoi pod wejściem na klatkę i pali papierosa zapatrzona w telefon. Może o czymś myśli, a może tylko bezmyślnie wertuje Facebook’a, w poszukiwaniu czegoś co ostatecznie można wirtualnie polubić. Ledwo minęła się z gromadką żegnających się z trzeźwością ludzi. Wypaliła papierosa, ani raz nie zwracając uwagi na swojego psa. Z ostatnim pociągnięciem odrywa wzrok od ekranu i rusza w jego stronę. Papieros ląduje na ziemi, pies z ziemi wędruje na ręce i obydwoje znikają za drzwiami klatki.

Tymczasem z bramy przy ulicy Św. Antoniego 14, dudnią niosące się echem po całej podwórkowej krainie, ochrypłe okrzyki zmierzającej do niej ferajny. Kilku masywnych i jakby ociosanych z kamienia mężczyzn. Nieodziane w czapki głowy świecą widoczną łysiną, odbijając światło latarni przy pasażu Pokoyhofa. Zmierzają usiąść na głazach leżących pod pniami drzew. Udają się na naradę, na wiec. Podwórkowi mędrcy spod znaku Mocnego. Siadają w koło, noga na nogę, papieros w lewej, butelka w prawej i jakby wrastają w głazy, na których siedzą. Mieszkaniec pokoju na piątym piętrze przysiada na parapecie, aby czerpać tej prostej mądrości. Menelska prawda jest prawdą najczystszą. Musi się obronić przed kamratami. Musi oprzeć się podważającym tezom, wulgarnym zniewagom. Musi się przebić z najniższego dna, aż po wyżyny piątego piętra. Gęstość słów i napięta atmosfera pod sklepieniem drzew opanowuje wszystko. Nawet gałęzie przestają być jak macki i przestają się ruszać. „No i co teraz kurwa?! A nie mówiłem?!” Balon wątpliwości pęka. Miał rację, więc wszyscy Zdzichowi teraz biją piątki.

Uznana racja jest tylko chwilowym pokrzepieniem ducha. Ciało domaga się procentów, po które cała zgraja rusza do sklepu. Wychodząc furtką od Pokoyhofa mijają młodych imprezowiczów, wracających z zabawy. Od ostatniej sceny podwórkowej sztuki, kiedy byli ledwo pijani, minęło kilka godzin. Teraz już upodleni własnym stanem wracają na scenę. Niewykluczone, że mijając ferajnę, jedni w drugich widzą własne, pokrzywione alkoholem odbicia. Nie szkodzi. Ferajna doświadczona w boju idzie walczyć dalej. Młodzi przystają na podwórzu.

Wódka nie bierze jeńców. Za dnia kulturalni młodzi, studenci, pracownicy korporacji, kwiat narodu. W piątkową noc odgrywają na podwórku scenę własnego upadku. Jeden wymiotuje pod siebie, inni idą chwiejnym krokiem pod ścianę za potrzebą. Ktoś się wywraca, ktoś inny ryczy ze śmiechu. Plączące języki bełkocą wulgarne okrzyki. Cienie spokojnych drzew, cenzurują przed mieszkańcem pokoju na piątym piętrze, zwyrodnienie, które dokonuje się w najodleglejszym kącie podwórza. Z podmuchem wiatru bujającym gałęziami, cała gromadka, już nie do końca pięknych młodych, odchodzi, jak odchodzi burza.

Mieszkaniec pokoju na piątym piętrze chce iść spać. Ostatnie spojrzenie na nocną krainę podwórka, którą, obarczony wypchanymi siatkami, przemierza bezdomny. Wchodzi do śmietnika i zamyka za sobą drzwi. Pora snu. Na scenę podwórza spada kurtyna zasłony w oknie.

Dzień ukazuje oblicze podwórza jak wszystkie inne. Scena zamienia się w pusty, cichy, nudny plac. Tylko nieliczne ptaki szamoczą się z gałęziami drzew jak macki.


Autor: Jan Krzysztof Olendzki