„Czuję święta!”- takie słychać komentarze, gdy z początkiem grudnia ktoś obiera w towarzystwie mandarynkę. Cytrus ten stał się nieodzownym elementem polskiej kultury bożonarodzeniowej, a wręcz świątecznym symbolem. Tylko tak właściwie – dlaczego?

W źródłach dokumentujących tradycje bożonarodzeniowe Polaków można spotkać się z informacją, że mandarynki i pomarańcze były chętnie spożywane w okresie świątecznym już w wieku XIX. Nic w tym dziwnego – Boże Narodzenie na półkuli północnej przypada zimą, kiedy to ziemia daje znikome plony, a wybór rodzimych warzyw czy owoców jest mocno okrojony. Gdy domowe spiżarnie zawodzą, jedyną radą na niedobór witamin jest import tych komponentów do kraju.

Pod koniec listopada w krajach w basenie Morza Śródziemnego rozpoczynają się zbiory cytrusów. To właśnie z Hiszpanii i z Włoch w okresie świątecznym trafiają do nas pachnące, pełne  słońca mandarynki i pomarańcze – dla wielu symbol świąt. Ze względu na niewielką odległość między krajami importu a Polską, cytrusy te zrywane są prawie dojrzałe, a ich transport trwa jedynie kilka dni, co przekłada się na niską cenę towaru w sklepie. (Warto nadmienić, że wiosną i latem cytrusy przywożone są do nas aż z krajów półkuli południowej – dlatego też są one bardzo drogie, a sklepy importują ich o wiele mniej.)

Powyższe czynniki gospodarcze sprawiają, że od stuleci świąteczny handel mandarynkami opłaca się i sklepikarzom, i konsumentom. Jednakże nie można powiedzieć, że to właśnie zadecydowało o wytworzeniu wokół tych cytrusów atmosfery szczególnej symboliki i uwielbienia, jaką zyskują w okresie przedświątecznym. Największą rolę w budowaniu tego mitu odegrała specyfika czasów PRL-u.

Komunizm to okres niedoborów, a nawet i reglamentacji żywności w Polsce. Gdy w dzień powszedni trudno było dostać kawałek mięsa i masła, o słodyczach i innych łakociach nawet nie wspominając, Boże Narodzenie było okazją do upolowania i pozwolenia sobie na niedostępne na co dzień frykasy. Pomarańcze i mandarynki, importowane jedynie w tym okresie, stały się synonimem luksusu – można było pozwolić sobie na nie tylko podczas świąt; ich obecność zwiastowała czas celebracji i samą celebracją była. Warto zauważyć,   że w tym przypadku – a mówimy przecież o transporcie cytrusów do Polski – komunistyczne władze przymykały oko i dawały przyzwolenie na kontakt wszystkich obywateli z dobrami Zachodu. W szary, normalny dzień było to nie do pomyślenia; ta aprobata władz centralnych pokazuje, jak ważnym czasem w polskiej kulturze jest Narodzenie Chrystusa (a przecież komunizm tępił wszelką religię!). Co więcej – aby zakupić mandarynki na święta, nie trzeba było mieć dolarów i iść do Peweksu, wystarczyło stanąć w kolejce do któregoś ze sklepów spożywczych. Wprowadzenie towaru luksusowego, egzotycznego, sprowadzanego z kapitalistycznego świata do powszechnej konsumpcji pokazywało, jak bardzo tradycja kulturowa, uformowana na bazie religii, zakorzeniona jest w społeczeństwie polskim.

Dlaczego więc, choć czasy PRL-u minęły, a legendy o prasowych informacjach o dostawach cytrusów do kraju znamy tylko ze wspomnień dziadków i rodziców, wciąż wyczekujemy pojawienia się mandarynek w sklepach, a wraz z ich zapachem czujemy nadchodzącą Wigilię?

W ustaleniu przyczyn tego zjawiska pomocne mogą okazać się pojęcia pamięci zbiorowej oraz pamięci kulturowej. Pierwsze z nich odnosi się do mitów, tradycji, komunikacji w kręgu kulturowym oraz doświadczeń, jakie kształtują daną zbiorowość. Drugie zaś definiowane jest jako społecznie i kulturowo ukształtowana pamięć indywidualna. Jednostka – człowiek – przyswaja doświadczenia kultury zbiorowej, przywłaszcza elementy społeczno-kulturowe. Korzystając z tych dwóch teorii, łatwo wyjaśnimy, że  przez lata komunizmu cytrusy stały się symbolem luksusu, w krajowym kręgu kulturowym komunikowały dobry status materialny ich posiadacza oraz spajały zbiorowość poprzez wspólne doświadczenie: wpierw wyczekiwania na pojawienie się mandarynek, potem radości z dostępu do nich, poczucia luksusu, europejskości. Tak zaczął rodzić się mit, nieświadomie kultywowany przez osoby urodzone w PRL-u, nieświadomie przekazany przez nie ich dzieciom. Któż w końcu nie słyszał opowieści rodziców, że święta to dla nich wyczekane mandarynki, ich słodki smak  czy zabawa w robienie pacynek ze skórki? Słuchając tych opowieści, pokolenie millenialsów przejęło doświadczenie swoich rodziców, którzy nobilitowali dostępność cytrusów w okresie Bożonarodzeniowym ze względu na ogólne braki żywnościowe w sklepach w ciągu całego roku, oraz brak powszechnego kontaktu z towarami zachodnimi. Ulegliśmy zjawisku postpamięci. Charakteryzuje ona tych, którzy wyrastali w środowisku wspominającym przeżyte wydarzenia, a które znali tylko z opowieści. Nie przeżywamy bezpośrednio traum naszych rodziców związanych z dorastaniem w komunizmie – od pamięci o tych czasach dzieli nas pokoleniowy dystans – ale w pewien sposób przejęliśmy od nich emocje, tradycje i sposoby reagowania związane z pojawianiem się mandarynek na święta. Dla nas, żyjących w kapitalizmie, dostępność szerokiej gamy produktów spożywczych nie stanowi niczego nowego, jednak wraz z nadejściem grudnia wyczekujemy tego ugruntowanego w tradycji przez poprzednie pokolenia smaku i zapachu egzotycznych cytrusów.

Czy kolejne pokolenia w kodzie kulturowym również będą kojarzyć mandarynki z czasem Bożego Narodzenia i dobrobytu? Czy będą miały świadomość, skąd bierze się ich radość na widok pomarańczowych kul w kartonach supermarketów? Możemy jedynie zgadywać, obierając skórkę, dzieląc soczysty owoc na cząstki i wąchając dłonie, na których pozostał zapach mandarynek.

 


Autor: Nina Paśniewska
Zdjęcie: Nina Paśniewska