Sylwestrowa noc już za nami, i wbrew stereotypowym komediom, obyło się bez strat w ludziach.

Pierwszy raz miałam okazję spędzać najhuczniejszą noc w roku we Wrocławiu. Podekscytowanie tym faktem mieszało się w moim umyśle z niepokojem, gdyż po zeszłorocznym sylwestrze, spędzonym w centrum Poznania, z minuty na minutę rosła we mnie obawa, że stolica Dolnego Śląska spróbuje dorównać swojemu wielkopolskiemu bratu, który na tę jedną noc zamienia się w eksperymentalny poligon pirotechniczny (bez skrawka chodnika będącego strefą neutralną). Na szczęście nic takiego się nie stało, a wrocławski sylwester okazał się być… wyjątkowo spokojnym.

Jakie było moje zdumienie, gdy spacerowałam wczoraj w okolicach Rynku, i nie dostrzegłam śladów sylwestrowej batalii! Żadnych zostawionych pod budynkami butelek po szampanie, brak śmieci i opakowań po petardach, przejrzyste powietrze – a musicie wiedzieć, że osiedle w moim rodzinnym mieście osnute jest dymem z petard hukowych jeszcze przez kilka dni po trzydziestym pierwszym grudnia. A co się tyczy samych hukówek – umiłowanych przez młodzież w wieku, mówiąc językiem sprzed reformy edukacji, gimnazjalnym, oraz samozwańczych królów osiedli, a znienawidzonych przeze mnie – usłyszałam ich tylko kilka (i tylko kilka razy dość głośno wyrażałam na balkonie, co o nich myślę). Tamtej nocy mogłam swobodnie przejść chodnikiem w szpilkach, bez trzymania duszy na ramieniu i obawy, że buty będą musiały trafić do szewca na wymianę fleków po slalomie między petardkami.

A pokaz fajerwerek na wrocławskim Rynku? Petarda! Choć sama obserwowałam te prywatne, skryta za oknem z podwójną szybą (lęk przed hukiem kazał schronić mi się głęboko w domu), to nagrania przyjaciół, którzy odważyli się stanąć o północy pod Pręgierzem, robią wrażenie. Prawie tak silne, jak wyjątkowo niskie ceny kursów Ubera przed północą. Przyczyniły się one do zmniejszenia strat w ludziach – bezpośredni dojazd z jednej domówki na drugą z pewnością uratował nie jednego. Czy Wrocław zamienił się w tę sylwestrową noc w Arkadię? Może. Choć nie końca, bo na Grabiszynie jakiś imprezowicz podwędził sobie ze stołu mój alkohol. W końcu w te jedną noc wszystko się może zdarzyć.


Autor: Nina Paśniewska

Zdjęcie: Julia Kuśmierczyk / Julia Kuśmierczyk Fotografia