Hagiograficzny obraz życia i twórczości zasłużonego polskiego artysty Władysława Strzemińskiego powidokiem życia Andrzeja Wajdy – pisze Patryk Wolny.

Film „Powidoki” pozostaje z nami, pomimo że jego ojciec, jeden z najlepszych i najbardziej zasłużonych reżyserów polskiego kina, odszedł. Sam obraz jednak pozostawił pewien niedosyt i spore pole do  dyskusji nad sztuką mistrza, ale nie tylko, łatwo bowiem popaść w pułapkę nadinterpretacji.

Powidok – «wrażenie wzrokowe utrzymujące się jakiś czas po ustaniu bodźca, który to wrażenie wywołał»  (sjp.pwn.pl)

Przyglądając się uważnie recenzjom „Powidoków” można doszukać się pewnej tendencji do uzależniania oceny od momentu, w którym film przyszło autorowi oglądać. Punktem zwrotnym jest tutaj śmierć reżysera. I o ile pierwsze opinie odnoszą się stricte do odbioru oraz walorów artystycznych, tak późniejsze mają skłonności do próby doszukiwania się pożegnania Wajdy, którą rzekomo mistrz zawarł w swym ostatnim dziele.

Nie ma wątpliwości, że „Powidoki” to film dobry, jednak nie ustrzegł się on także wad, drobnych (technicznych) potknięć, czy fabularnej skłonności do przedstawiania postaci Władysława Strzemińskiego z tej jasnej, męczeńskiej strony. Mroczne oblicze malarza zostaje dyskretnie zakamuflowane, co w znaczący sposób wpływa na odbiór treści filmu. Umęczony artysta ma (podobno) symbolizować samego reżysera, w pewien fizyczny sposób manifestować jego obecność na ekranach kin dzięki aktorstwu Lindy.

Osobiście daleki jestem od doszukiwania się swoistego testamentu w „Powidokach”, lecz przyznać muszę, że uważny widz bez trudu może dostrzec pewne wspólne elementy. Otóż znakomity w swojej roli Bogusław Linda, który raz kolejny potwierdza swój ogromny talent aktorski, faktycznie momentami do złudzenia przypomina Andrzeja Wajdę. Postać Strzemińskiego, jego szkoła, wszystko to zdaje się odpowiadać elementom z życia zmarłego reżysera, który przecież także wykładał jako artysta i również był założycielem szkoły (Wajda School). Analizując „Powidoki” z perspektywy śmierci mistrza natrafimy na wiele jego śladów, które, czy tego chcemy, czy też nie, obecnie będziemy interpretować z perspektywy ostatniego dzieła.

Pytanie jednak, czy pomoże nam to w lepszym poznaniu reżysera, jak i głębszym zanurzeniu się w filmie, czerpaniu z niego pełnymi garściami? Czy wspomniany powidok, który w formie metaforycznej pozostał po mistrzu, zobowiązuje nas do lepszej oceny jego ostatniego dzieła? Twierdzę, że nie, a podejście powinniśmy zachować trzeźwe i świeże, by móc skupić się na historii Strzemińskiego, jego walce, wartościach, które twórcy starali się zawrzeć w filmie, jednocześnie decydując się na ukazanie niszczycielskiej siły komunistycznych władz, które niwelowały wszelki opór i sprzeciw wobec doktryny socrealizmu.

Podczas pokazu na festiwalu w Gdyni Wajda mówił o swoich planach na przyszłość, także tych dotyczących kolejnych filmów.

„Mam głębokie przekonanie, że to jest początek – 90 lat to nie jest dużo” – A. Wajda

„Powidoki” to 40. film w dorobku Andrzeja Wajdy, którego prezentacja przypadła na 90. urodziny reżysera. Dwa ogromne kamienie milowe w życiu twórcy, który miał jeszcze dość siły, by marzyć i planować kolejne niezapomniane obrazy. „Powidoki” nie są przysłowiową kropką nad „i”, dla mnie to dopiero początek, droga, która, wielu zachęci do podróży w przeszłość, przybliży inne, niezapomniane dzieła mistrza.

Autor | Patryk Wolny

  • Zdjęcia | Anna Włoch / Akson Studio (kadry z filmu „Powidoki”)