Pochodzący z Wrocławia Damian Janikowski udanie powrócił do klatki KSW. Na KSW 50 w Londynie brązowy medalista olimpijski z 2012 roku poddał, choć można to było też uznać za techniczny nokaut, brytyjskiego zawodnika Tony’ego Gilesa w zaledwie minutę i dwadzieścia sekund.

Dla Janikowskiego ta walka była absolutnym restartem kariery. Po trzech efektownych zwycięstwach na start przyszły dwie porażki. Jak przegranej z Michałem Materlą można się było jeszcze spodziewać, tak brutalny nokaut jaki zafundował wrocławianinowi Aleksandar Ilić był niemałą niespodzianką. Rywal Polaka Tony Giles lekko mówiąc wrażenia nie robił. W Wielkiej Brytanii zasłynął głównie z telewizyjnego show Gypsy Next Door. Jego dotychczasowych rywali natomiast najlepiej po prostu nie komentować, gdyż szkoda słów.

Jeśli nie umiesz pływać, to nie wskakujesz do oceanu. Natomiast jeśli nie potrafisz się bić w innych płaszczyznach niż stójka, to po prostu trzymaj się z dala od MMA. Brytyjczyk najwyraźniej ewidentnie o tym nie wiedział, a Janikowski doskonale to wykorzystał. Już na samym początku sprowadził rywala do parteru i zaczął rozbijać. W pewnym momencie Giles zaczął krzyczeć coś do sędziego. Po chwili dyskusji walka została przerwana, co wywołało ogólne zaskoczenie. Okazało się, że rywal Janikowskiego po prostu uznał, że dalsza walka nie ma sensu i poddał się. Polak został ogłoszony zwycięzcą. Było to jedno z najdziwniejszych zakończeń walki w historii KSW, a wrocławianin wygrał oficjalnie przez poddanie mimo iż żadnej dźwigni nie było. To najlepiej pokazuje jakiej klasy rywalem był Tony Giles. Jednak zwycięstwo to zwycięstwo, a Janikowski może teraz z podniesioną głową wrócić do prawdziwej walki. To starcie przypominało bowiem komedię rodem z Monthy Pythona.

https://platform.twitter.com/widgets.js


Autor: Bartosz Królikowski

Zdjęcie: Instagram