Prawda autentyczna – bicia nie było. „Żeby nie było śladów” [RECENZJA]

Cezary Łazarewicz reportaż „Żeby nie było śladów” zaczyna od przytoczenia motta: „Kłamstwa nie chodzą w pojedynkę. […] układają się w system”. Milicjanci maltretujący w 1983 roku Grzegorza Przemyka mieli swoje: „Bić tak, żeby nie było śladów”. Mimo to zostały, a dokładną historię ich zacierania poznajemy dzięki autorowi.

Trudno sobie wyobrazić, żeby w śledztwo dotyczące śmierci jednego maturzysty był zaangażowany cały aparat państwowy. A tak się stało w sprawie Grzegorza Przemyka, którego obrażenia odniesione na komisariacie przy Jezuickiej doprowadziły do śmierci. Służba Bezpieczeństwa powołała specjalne komisje: do zacierania śladów, szukania kozłów ofiarnych i dyskredytacji bądź zmiany zeznań świadków. Na każdym kroku osobiście informowani byli generałowie: Wojciech Jaruzelski i Czesław Kiszczak. Mimo że władza doskonale znała prawdę o przyczynie zgonu maturzysty, postanowiła iść w zaparte. Bo przecież nie mogła przyznać się do błędu.

By władza pozostała władzą

Cezary Łazarewicz miał w 2013 roku napisać tylko artykuł w trzydziestą rocznicę śmierci Przemyka. Przeglądając akta sprawy śmiertelnego pobicia, natknął się na list Barbary Sadowskiej, jego matki. „Ludzie o miedzianym czole, utożsamiający milicję z władzą, postanowili poświęcić prawdę dla swoich doraźnych korzyści, skompromitować wymiar sprawiedliwości w Polsce cynicznymi manipulacjami, które będą kiedyś książkowym przykładem niesprawiedliwości” – pisała. Postanowił odpowiedzieć na jej apel i przebrnąć przez 83 tomy akt, ponad 16 tysięcy kartek. Już za to silne zaangażowanie autora należy mu się uznanie.

Sięgając po sprawę śmierci Przemyka, autor uświadamia czytelnikowi, jak śmierć potrafi być niespodziewana. Grzegorz wyszedł z kolegami, by świętować napisanie matury. Zdążyła zatrzymać ich milicja, pobić jednego z nich, który następnie trafił w ręce nieodpowiedzialnych lekarzy, aż wreszcie na ratunek było już za późno.

Jeden błąd, nadgorliwość milicjantów, zaważył na wszystkim. Rządzący, pozwalając na skazanie winnych, zdyskredytowaliby się jeszcze bardziej w oczach społeczeństwa. Dlatego postanwili iść w zaparte i zaprzeczać, jakoby Przemyk zmarł w wyniku obrażeń z posterunku, tworząc swoją wersję wydarzeń – „prawdę autentyczną”. A tu już reporter zmierza do prawdy uniwersalnej. Władza, by pozostać władzą, nie zdobyła się na przyznanie się do błędu.

Przeżyć historię raz jeszcze

Akta, notatki, rozmowy. Autor nakreśla czytelnikowi pełen obraz podejmowanej sprawy. Razem z nim zaglądamy w notki sporządzone przez najwyższych urzędników SB, które przed laty były znane tylko nielicznym. Razem z nim wertujemy akta, zawierające stenogramy z przesłuchań świadków i na własnej skórze odczuwamy presję wywieraną przez władzę. Wreszcie razem z nim próbujemy nawiązać kontakt z osobami bezpośrednio zaangażowanymi w sprawę, by przeżyć ją po kilkudziesięciu latach na nowo. I nie zapomnieć.

Czytelnik poznaje szczegółowo nie tylko akcję toczącego się dramatu, ale i jego bohaterów. Łazarewicz dzień po dniu odnotowuje najważniejsze wydarzenia oraz rozmowy, a kolejne miesiące rozdziela kreślonymi portretami osób, o których pisze. Czytamy przede wszystkim o historii Barbary Sadowskiej, niespełnionej poetki. Dla wielu stała się ona symbolem cierpiącej matki. Poznajemy m.in. kulisy wychowania jej oraz jej syna. Jednak autor nie narzuca nam swojej oceny – pozwala rozważyć ją samemu.

Historia nie musi się powtórzyć

„Gdy sześćdziesiąt tysięcy ludzi wspólnie milczy na jeden temat, to jest to głośniejsze niż krzyk z tysięcy gardeł” – te słowa z relacji pogrzebu Grzegorza Przemyka szczególnie oddają wydźwięk książki Łazarewicza. Władza cenzurowała wszelkie informacje o śmierci maturzysty i infiltrowała całe jego otoczenie. Mimo to, ludzie znaleźli rozwiązanie na pokazanie swej siły, dając znak, że rządzącym tylko pozornie się upiekło.

Reportaż „Żeby nie było śladów” pozostawia też czytelnika z pytaniem: „Kto bardziej cierpiał?”. Grzegorz, który padł ofiarą opresyjnego systemu i oddał niewinne życie; czy Barbara, zmuszona żyć z tą świadomością, będąca nawet oskarżana o przyczynienie się do śmierci syna?

Książka Cezarego Łazarewicza wciąga czytelnika jak dobry kryminał. Tyle że ta historia, choć równie nieprawdopodobna, wydarzyła się naprawdę. Nam, czytelnikom, pozostaje zapoznać się z nią, by nie dopuścić, aby kiedykolwiek zatoczyła koło.

Cezary Łazarewicz „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka”, wyd. Czarne, 2016, liczba stron: 320


Nagrody:
– Nagroda MediaTory w kategorii: Obserwator,
– Nagroda im. Oskara Haleckiego za najlepszą książkę popularnonaukową poświęconą historii Polski w XX w.,
– Książka 2016 roku w plebiscycie Radia Kraków.

Nominacje:
– Nagroda Radia ZET im. Andrzeja Woyciechowskiego,
– Śląski Wawrzyn Literacki,
– Nike,
– Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego.


Autor: Mariusz Bartodziej