Niewielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę, ale w drugiej połowie XX wieku rasizm był w Stanach Zjednoczonych widoczny niemalże na każdym kroku. W tych ciężkich dla czarnoskórych osób czasach, osadzona jest przepiękna historia Tony’ego Vallelonga oraz Dona Shirley. Green Book.

Co w niej takiego wzruszającego i godnego podziwu? Łatwiej było by zapytać co nie jest. Green Book Petera Farrelly’ego opowiada z pozoru prostą historię z prostymi postaciami. Ale im bardziej podróżujemy z bohaterami na południe USA, gdyż na tym opiera się fabuła, tym bardziej zagłębiamy się w problematykę.

Instrukcja dla podróżujących

Może na początku jednak wyjaśnijmy, czym jest tytułowa zielona książka. W przepełnionych nienawiścią do czarnych Stanach Zjednoczonych, w latach 60. istniały takowe poradniki dla czarnoskórych. Wskazywały one miejsca, zwłaszcza na tzw. Deep South (obszar od Texasu do stanu Virginia), gdzie jeść, nocować i ogólnie przebywać mogli ludzie czarnej rasy. Nasi dwaj główni bohaterowie, posługują się właśnie taką książką, podczas swojej podróży.


Duet godny Oscarów

A kim oni właściwie są? Tony Vallelonga, bądź też Tony Lip, jak woli sam siebie określać, to Amerykanin pochodzenia włoskiego. Prosty człowiek, który całe życie spędził na Bronxie, gdzie obecnie stara się utrzymać swoją rodzinę, dorabiając gdzie tylko może. Co najważniejsze, to fakt, że gra go fenomenalny Viggo Mortensen.

Drugi z nich to Don Shirley, czarnoskóry artysta, grający na fortepianie, lead trzyosobowego zespołu grającego muzykę jazzową. W jego rolę wciela się zeszłoroczny laureat nagrody za drugoplanową męską rolę – Mahershala Ali.

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w drodze

Tony potrzebuje pieniędzy, a Don ochroniarza/szofera, który będzie go woził i chronił na trasie koncertowej na południu Stanów. Na początku postacie się między sobą nie dogadują, bardzo łatwo jest zauważyć różnice charakterów. Aczkolwiek, im dłuższą drogę przebywają, napotykają wiele przeciwności losu. Tony, na początku rasista, jest w stanie poświęcić wiele dla Shirleya, w tym swoje zdrowie i pieniądze. Don, na początku postać kompleksowa i zamknięta w sobie, otwiera się przed Tonym, dzięki któremu odnajduję spokój i swoje miejsce na świecie.


Świat, który nas porywa

Historia opowiedziana jest w płynny sposób. W Green Book nie można nic zarzucić narracji, nie ma tutaj żadnego zgrzytu, albo sceny, która nie pasuje. Dialogi są sensowne, momentami zabawne, aby rozluźnić zbudowany wokół świat, który jest pełen napięcia. Sam w sobie jest godny podziwu. Mimo tego, że jestem za młody, to miałem wrażenie że jestem trzecim pasażerem tej wycieczki, i że faktycznie znajduję się w latach sześćdziesiątych. No, poza momentami kiedy byłem zupełnie oczarowany tłem Alabamy i Arkansas – ciężko jest nie pochwalić również zdjęć.


Dużą część sukcesu produkcji Farrelly’ego, zawdzięczamy fantastycznej grze aktorskiej Mortensena i Aliego.  Po wyjściu z sali kinowej byłem w pełni przekonany, że odtwórca roli Aragorna w końcu może doczekać się statuetki, a Ali powtórzy swój sukces z poprzedniego roku. Skąd ten zachwyt? Chociażby z tak prostych scen, kiedy Shirley pomaga pisać Tony’emu list do swojej żony. Dawno w żadnej produkcji nie widziałem tak szczerej, wiarygodnej, pełnej emocji a jednocześnie subtelnej gry aktorskiej. To, że ten duet artystyczny posiada chemię, można stwierdzić gołym okiem.

Wyjść z filmu z uśmiechem na twarzy

To chyba rzadkość w przypadku większości nowych dramatów, żeby tak zakończyć wizytę w kinie. Więc to, jak na mnie oddziałał Green Book, powinniśmy nazwać sukcesem. Nie jest to film, który zatrzęsie Akademią i światem Hollywood. Nie jest to też film, który opiera swój sukces na dzisiejszych, kontrowersyjnych sprawach. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to film, który długo po skończeniu zostaję nam pod powiekami. Zdecydowanie warto jest się wybrać na to do kina – najlepiej z przyjacielem. Prawdopodobnie ponownie uświadomimy sobie, za co go kochamy.


Autor: Mateusz Miter
Zdjęcia: oficjalny Instagram @greenbookmovie, YouTube