Okrutne morderstwo, nieskończona matczyna miłość i pączkowa policja, czyli słów kilka o tym co zmalował McDonagh w świecie Akademii i dlaczego przez szkic z Trzech Billboardów wyszły dwa Oscary. 

Mildred Hayes (Frances McDormand) jest pyskatą rozwódką, która bez wątpienia mogłaby nosić koronę naczelnej hetery. Poznajemy ją dziesięć miesięcy po okrutnym morderstwie córki. Sprawa rozeszła się po kościach, a miejska policja wolała zająć się jedzeniem pączków i ściganiem dzieciaków na deskorolkach, niż śmiercią małomiasteczkowej nastolatki. Mildred chcąc zwrócić uwagę na bezczynność służb publicznych wynajmuje trzy billboardy przy nieuczęszczanej drodze i uwieszcza na nich prowokujące hasła skierowane do szeryfa Willoughby’ego (Woody Harrelson). Pozornie opuszczona okolica nabiera rozgłosu, a zdesperowana kobieta zyskuje wielu nieprzyjaciół. Rozpoczyna się otwarta wojna między służbistami, którzy znacznie naginają swoje prawa i zdradzoną przez sprawiedliwość matką, która zamierza pomścić dziecko. Zabawa w dobrego i złego glinę przebiega między pozornie zaprzyjaźnionymi mieszkańcami przez co społeczność tworzy obozy racji, gdzie Hayes staje się MacGyverem broniącym godności córki.

Z początku wszystkie postacie są osobliwe i przerysowane, co sprawia, że treść filmu wydaje się oczywista. Jednak im dalej w las, tym łatwiej przyznać, że „wydaje się” jest bardzo trafnym wyrażeniem. Podręcznikowy zarys charakterów wyjaśnia się wraz z rozwojem akcji. Gdy poznajemy powody motywacji, okazuje się, że każda figura jest skomplikowanie złożona ze szwajcarską precyzją. Maska twardej i nieugiętej Mildred ukrywa jej nieskończoną bezsilność związaną z uratą córki. I choć jej opryskliwość i bezpośredniość  od razu przyciąga uwagę i zyskuje sympatię, to widać, że siła do walki wypływa z najciemniejszej części jej duszy. Także Willoughby swoje ojcowskie i małżeńskie ciepło miłości przykrywa płaszczem opanowanego, szanowanego służbisty. Jednak najciekawszą postacią jest Dixon (Sam Rockwell). Mieszkający z matką błędny rycerz miejskiej policji, który otwarcie nienawidzi wszystkich mniejszości. W skrócie: nie daje się lubić – przynajmniej na początku.

Martin McDonagh, który w reżyserskim świecie zabłysnął między innymi z Sześciostrzałowca czy genialnego In Brugge, a którego Akademia nie raz doceniła, i tym razem pokazał klasę. Stworzył film, który bawi się formą wyciągając z każdego gatunku to co najlepsze. Co prawda Trzy billboardy za Ebbing, Missouri nie brzmi jak produkcja, którą trzeba obejrzeć, ale zdecydowanie warto. Skategoryzowano ją jako kryminalny komediodramat, co niezaprzeczalnie widać. McDonagh nie szczędzi scen, w których odbiorca cieszy się do siebie jak wariat, ale również ze łzami w oczach i współczuciem w sercu przeżywa fabularne incydenty. Przeprowadza przez większość stanów emocjonalnych i robi to z premedytacją ewidentnie drocząc się z widzem. Z początku zwraca uwagę na osobowościach, później odchodząc w zapomnienie każe skupić się na historii, gdzie zderza powagę i tragedię z groteską. Wszystko po to, by skończyć z powrotem na bohaterach, którzy okazują się najważniejsi. Reżyser doprawia tę mieszaninę ostrymi, błyskotliwymi tekstami, które bezkompromisowo działają na odbiór.

Ale co właściwie przedstawiają Trzy billboardy za Ebbing, Missouri? Najprostszą odpowiedzią byłaby historia morderstwa, miłości i walki. Jednak obraz Martina McDonagh przedstawia coś więcej – nie bez przyczyny nazywany jest prekursorem teatralnego Nowego Brutalizmu. Z billboardami jest jak ze sztuką nowoczesną – każdy zobaczy na nich coś innego. Jedni jednogłośnie nazwą czarną komedią, inni będą doszukiwać się religijnego pokazania odkupienia cierpienia, a jeszcze inni zobaczą superbohaterkę-outsiderkę, która jako ostatnia dobra dusza będzie walczyć ze złym światem. Jak widać, interpretacji jest kilka, ale co się dzieje za Ebbing musicie zobaczyć sami.

 


Autor: Joanna Kowalska
Zdjęcia: mat. promocyjne